Wychowankowie Włókniarza w Grand Prix: Sławomir Drabik


Już w najbliższą sobotę (30 kwietnia) rusza tegoroczne Speedway Grand Prix, wyłaniające medalistów Indywidualnych Mistrzostw Świata. Interesujące dla sympatyków żużla jest z pewnością to, że rozgrywki wracają do starej formuły, zgodnie z którą przeprowadzano je do 2019 roku.

 

Odbywać się będą pojedyncze turnieje w wybranych miastach w Polsce i na świecie. W latach 2020-2021, ze względu na okoliczności pandemiczne, spowodowane chorobą covid-19, niektóre turnieje rozgrywane były według tzw. „podwójnego standardu”. Dwie rundy SGP, dzień po dniu, organizowane były m.in. we Wrocławiu, Pradze, Lublinie czy Toruniu. Mało tego z powodu licznych zakażeń wirusem SARS CoV-2 w wielu krajach nie było możliwości rozegrania choćby jednego turnieju. Teraz seria wraca do swojej dawnej formy, co kibicom żużla na całym świecie przysporzy wielu, dodatkowych emocji, jak również wrażeń.

W naszym nowym cyklu nie chcielibyśmy się skupić jednakże na samych rozgrywkach, a na zawodnikach, którzy, będąc wychowankami Włókniarza Częstochowa, mieli styczność z Speedway Grand Prix. Nazwiska te nikomu z częstochowskiego żużlowego środowiska na pewno nie są obce. Kojarzą je pokolenia zarówno starsze jak i młodsze. Pragniemy jednocześnie zaznaczyć, że mowa tutaj o żużlowcach ściśle powiązanych z tym cyklem, którego pierwsza edycja miała miejsce w 1995 roku. Wcześniej Indywidualne Mistrzostwa Świata miały charakter turnieju jednodniowego. Na początek: Sławomir Drabik

Legendarny „Slammer”, choć w IMŚ zadebiutował już 1992 r. (w finale we Wrocławiu zajął dziewiąte miejsce) w samym SGP znalazł się pięć lat później. By jednak mógł w tych rozgrywkach wystąpić, musiał najpierw przejść drogę eliminacyjną. W sezonie 1996 dotarł do Finału Kontynentalnego w niemieckim Abensbergu. Na torze w kraju naszego zachodniego sąsiada bezpośredni awans do elitarnego cyklu, na następny rok, wywalczył po biegu dodatkowym. W pokonanym polu pozostawił Węgra Zoltána Adorjána, reprezentanta gospodarzy Roberta Bartha, a także Rosjanina Rinata Mardanszyna. Drabikowi dało to w efekcie drugie miejsce w całych zawodach. Wyżej od niego w klasyfikacji końcowej był jedynie Tomasz Gollob.

Nadszedł 17 maja 1997 r. Dzień, w którym „Drabson” zadebiutował jako stały uczestnik Grand Prix. Wówczas doszło do pierwszej rundy w Pradze. Dwukrotny Indywidualny Mistrz Polski już w pierwszej swojej gonitwie pokazał klasę i brawurową jazdę, do której przyzwyczaił wszystkich fanów speedway’a z Częstochowy i nie tylko. Niemal od razu po starcie objął prowadzenie, utrzymując je do końca wyścigu. Za swoimi plecami przywiózł nie byle kogo, bo m.in. broniącego złotego medalu IMŚ z 1996 r. Billy’ego Hamilla czy, stanowiącego już wtedy światową czołówkę, Tony’ego Rickardssona. W kolejnych wyścigach Pan Sławomir wywalczył jeszcze jedną „trójkę”, dwie „dwójki”, a także jedną „jedynkę”. Ze zdobytymi w sumie 11 punktami wszedł do Wielkiego Finału. W tym starciu krajowy lider Włókniarza początkowo jechał na drugiej pozycji. Jednak już na pierwszym łuku minął go Billy Hamill. Gdy wydawało się, że Drabik dojedzie trzeci do mety, tuż przed ukończeniem przedostatniego okrążenia pod płotem objechał go Tomasz Gollob. Koniec końców częstochowianin musiał się zadowolić czwartą lokatą w zawodach. Praska Marketa w tym dniu należała z kolei do Grega Hancocka.

Bardzo udany występ Sławomira Drabika w stolicy Czech mógł zwiastować, że powalczy o jak najlepszy rezultat w całym cyklu. Niestety później za wiele ugrał. W następnej rundzie w szwedzkim Linköping uplasował się zaledwie na piętnastej pozycji. W trzecim turnieju w Landshut (Niemcy) odnotował nieco lepszy start. Uzbierał łącznie 6 „oczek”, co pozwoliło mu zająć jedenaste miejsce. Udało mu się nawet wygrać jeden wyścig, a konkretnie ósmy, i to w mocnej obsadzie. Pokonał w nim bowiem, Tony’ego Rickardssona, Jimmy’ego Nilsena i Grega Hancocka. W czwartej rundzie SGP 1997 w Bradford ponownie zaprezentował się poniżej oczekiwań. Podobnie jak w Linköping, w brytyjskiej odsłonie był dopiero piętnasty z 2 punktami na koncie.

Na dużo lepszy start w IMŚ krajowego lidera Włókniarza liczono z pewnością w zawodach we Wrocławiu. Jak się później okazało, nadzieje nie minęły się z rzeczywistością. I tak jak w Czechach, „Drabol” imprezę rozpoczął od zwycięstwa. Doszło do tego w trzecim wyścigu dnia. Znów najlepiej z całej czteroosobowej stawki zawodników najlepiej rozegrał pierwszy łuk zaraz po momencie startowym i pewny swego pomknął do mety po trzy punkty. Tym samym nie dał najmniejszych szans swoim przeciwnikom, a więc Hansowi Nielsenowi, Peterowi Karlssonowi, a także Leigh Adamsowi. Potem do swojego dorobku dorzucił jeszcze trzy „dwójki” i jedną „jedynkę”. Zagwarantowało mu udział w gonitwie o piąte miejsce w turnieju na Stadionie Olimpijskim. W przedostatnim starciu zawodów już nie pojechał tak jak oczekiwano, choć początkowo zapowiadało się naprawdę dobrze. Znowu Drabik wyszedł najlepiej spod taśmy maszyny startowej, lecz nieco później starł się z Rickardssonem, co skrzętnie wykorzystali Mark Loram i Chris Louis. W wyniku całego zamieszania „Drabski” stracił spory dystans do reszty stawki i po ukończeniu czterech okrążeń przyjechał ostatni. W całej piątej rundzie, w stolicy ówczesnego województwa wrocławskiego, sklasyfikowany został zaś na ósmej pozycji.

W szóstym etapie całorocznej serii SGP 1997 w duńskim Vojens spisał się najsłabiej. Zdobył tylko jeden punkt w drugim biegu, korzystając na upadku Jespera Bruun Jensena. W końcowej klasyfikacji generalnej uplasował się na jedenastym miejscu, nie zyskując prawa do startów na przyszły rok. Była to zatem jedyna przygoda Sławomira Drabika z najbardziej prestiżowymi międzynarodowymi indywidualnymi rozgrywkami. Częstochowska legenda przed szansą powrotu na światowe salony stanęła w 2004 r. Wówczas Pan Sławomir brylował na żużlowych torach jak za dawnych lat. Mówiło się, że przeżywa druga młodość. Startował też w eliminacjach do Speedway Grand Prix 2005. Niestety w jednej z rund w czeskich Slanach nabawił się kontuzji kręgosłupa. Uraz ten wykluczył go z dalszego uczestnictwa w kwalifikacjach do elitarnego cyklu.

Norbert Giżyński

Foto. Grzegorz Przygodziński

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.