W blasku Jasnej Góry


W grudniu ubiegłego roku państwo Halina (z domu Domżalska) i Zygmunt Nowiccy obchodzili jubileusz 65-lecia małżeństwa. Pani Halina jest jak żywa iskra, ciągle roześmiana, pogodna; pan Zygmunt – to mężczyzna dostojny, z wysublimowanym poczuciem humoru. Ich dom emanuje serdecznością i miłością. A oni zachwycają energią i ujmującym ciepłem. Przy kawie wspominany koleje życia małżonków. Oboje nie dowierzają, że tak szybko minęło 65 lat, ale cieszą się każdą wspólną chwilą. – Otrzymaliśmy wielki dar. Dzisiaj pragniemy jedynie zdrowia – mówią.

Zygmunt Nowicki urodził się 2 sierpnia 1922 roku w Częstochowie, Halina – 16 marca 1924 roku w Chełmży na Pomorzu. Pan Zygmunt jest częstochowianinem. Jego rodzice przed wojną mieli tu wytwórnię kafli oraz sklep przy ul. Krakowskiej. Zygmunt często wspomina tragiczne losy swoich rodziców i dziadków, którzy przed I wojną światową zostali wywiezieni na roboty do Charkowa w Rosji. – Do Częstochowy wrócili po odzyskaniu niepodległości przez Polskę. Podróż w bydlęcych wagonach pozostawiła jednak bolesną ranę. W drodze zmarł mój dziadek i jego ciało wyrzucono po drodze. Nie znamy miejsca jego pochówku – opowiada.
Nasi bohaterowie poznali się w Częstochowie w czasie okupacji niemieckiej. – Z Chełmży do Częstochowy w 1940 roku przygoniła mnie wojna. Zamieszkałam z rodzicami przy ul. Krakowskiej. Podjęłam pracę w papierni, by uniknąć wywózki do Niemiec na przymusowe roboty. W papierni pracowała również siostra Zygmunta – Anna. Byliśmy młodzi, więc mimo okupacji czasem organizowaliśmy spotkania przy muzyce. Na jedną z prywatek zaprosiłam Annę i jej brata. I Amor wypuścił strzałę. Może nie była to pierwsza miłość, ale na pewno od pierwszego wejrzenia – opowiada pani Halina. – Tak, wpadło się jak śliwka w kompot – śmieje się pan Zygmunt.
Po wyzwoleniu Halina wróciła z rodzicami do Chełmży, by pomóc im w prowadzeniu sklepu rzeźniczego. Zygmunt tęsknił i zaczął regularnie jeździć do dziewczyny. Jeździł i wyjeździł. W 25 grudnia 1947 roku młodzi pobrali się. Ślub odbył się w Chełmży. Potem, po kilku miesiącach nowożeńcy powrócili do Częstochowy. Zamieszkali przy ul. Krakowskiej, w mieszkaniu podarowanym przez pana Rowińskiego, właściciela restauracji przy ul. Piłsudskiego. Po kilku kolejnych przeprowadzkach państwo Nowiccy wreszcie mogli cieszyć się przytulnym, własnym mieszkaniem przy ul. POW w Częstochowie, gdzie mieszkają do dzisiaj.
Pan Zygmunt jest absolwentem prestiżowej szkoły średniej „Handlówki”, w której naukę rozpoczął jeszcze przed wybuchem II wojny światowej w 1937 roku, a zakończył w 1947 r. W 1952 roku ukończył studia w Wyższej Szkole Administracyjno-Handlowej w Częstochowie (później Wyższa Szkoła Ekonomiczna). Pierwszą pracę zawodową zaczął w czasie studiów. Pełnił funkcję kierownika biura Miejskiej Orkiestry Symfonicznej w Częstochowie. Pracę w Orkiestrze (1 grudnia 1950 r. –30 czerwca 1952 r.) wspomina z ogromnym sentymentem, choć nie był to łatwy czas na upowszechnianie kultury wyższej. W pamięci szczególnie utkwił mu epizod z 1951 roku. – Otrzymałem polecenie od dyrektora Orkiestry – Wacława Geigera, by przygotować koncert w Lublińcu. Zgodę na występ w miejscowym Domu Kultury uzyskałem w Wydziale Kultury Urzędu Miasta. Bilety rozprowadziliśmy poprzez lublinieckie księgarnie. Sprzedały się świetnie i wszystko zapowiadało się optymistycznie. Do dnia koncertu. Wówczas spotkała nas przykra niespodzianka. Gdy Orkiestra dotarła do Domu Kultury w Lublińcu zastała zamknięte drzwi. Przed budynkiem czekało mnóstwo ludzi, bo wejście blokowało kilku milicjantów. Stało się to z polecenia władz Lublińca, które sądziły, że Częstochowska Orkiestra Symfoniczna, to dziki zespół. A przecież była ona zalegalizowana i subwencjonowana przez Ministerstwo Kultury. Dopiero osobista interwencja dyrektora Geigera i jego deklaracja, że w tej sytuacji Orkiestra dla melomanów zagra pod gołym niebem na rynku w Lublińcu skruszyły opór władz. Koncert odbył się w Domu Kultury i był wspaniały. Widownia wypełniona do ostatniego miejsca i owacje publiczności. Muzycy bisowali kilkakrotnie – opowiada pan Zygmunt. Kolejne prace wykonywał w Hucie Częstochowskiej, potem w Instalu, Komobeksie, z którego został na 3,5 roku oddelegowany do Magdeburga w Niemczech oraz w Zjednoczeniu Górnictwa Rud Żelaza i wreszcie – już na emeryturze – w PGM-ie, gdzie współpracę zaproponował mu dyrektor Mieczysław Hrehorów. Pani Halina natomiast nadal pomagała rodzicom w Chełmży w prowadzeniu zakładu, ale nade wszystko poświęciła się wychowaniu dzieci. Zawsze ceniła prawdomówność, uczciwość, szacunek do ludzi i działalność społeczną i te wartości wpajała swoim dzieciom. Oboje zawsze też kładli nacisk na kultywowanie tradycji. Wspólne święta, zjazdy rodzinne z okazji ważnych rocznic. I takie spotkanie całej rodziny, dla blisko stu osób, urządzili ostatnio w Koszalówce.
Państwo Nowiccy to dusze społecznikowskie. Halina już przed wojną działała w harcerstwie, potem podejmowała różne inicjatywy miejskie, działkowe i osiedlowe. Aktywnie wspierała, między innymi, budowę Pomnika Poległym w Obronie Ojczyzny 1939-1945, który stanął na Placu Pamięci Narodowej w Częstochowie, działała też w Stowarzyszeniu Maria. Zygmunt współtworzył Towarzystwo Przyjaciół Częstochowy i pomagał w zebraniu funduszy na pomnika Kazimierza Pułaskiego, działał też w Towarzystwie Naukowym, reaktywował w Kłobucku Koło PTTK. A jako młody chłopak, przed wojną, rozwinął wątek harcerski. Ich społeczne zaangażowanie uhonorowano licznymi odznaczeniami.
Jaka jest recepta Haliny i Zygmunta na szczęśliwe pożycie? Pani Halina bez zastanowienia mówi, że śmiech, taniec i basen. – Mnie to trzyma, że jestem stale wesoła. Lubię się śmiać, nie duszę w sobie żalów i zmartwień. I uwielbiam się bawić i tańczyć. Wystarczy, że zagrają i już ruszam w tany – mówi. Nawet na jubileuszowym weselu zakasowała wszystkich swoją taneczną werwą. A spontaniczna była zawsze, zarażając swoją żywiołowością bliskich. – Uwielbialiśmy wycieczki z przyjaciółmi. Wystarczyło, że podczas pogaduszek na podwórku padło hasło: jedziemy i ruszaliśmy w drogę. Często też, tuż po ślubie, bawiliśmy się w ulubionym lokalu „Na Górce” – mówi pani Halina. Męża ceni za jego dobroć, oddanie rodzinie i poczucie humoru. Pan Zygmunt śmiejąc się potwierdza: „tak, jesteśmy zgodni i do wójta nie chodzimy”. – Żona od ślubu rządzi. Co ważniejsze sprawy biorę na siebie, te mniej ważne załatwia żona. I tak 65 lat minęło i bez tych ważnych spraw – żartuje.
Państwo Nowiccy mają dwoje dzieci. 52-letnia córka Zofia, przez wiele lat pracowała na kierowniczych stanowiskach w bankach, w tym NBP do chwili jego likwidacji, a potem do emerytury jako generalny audytor w częstochowskim magistracie. Syn Kazimierz ma 50 lat i ukończył Technikum Górnicze w Łęczycy. Doczekali się czworo wnuków. U córki – Marka i Jacka, u syna – Hanny i Pawła oraz trojga uroczych prawnuków: Hani, Eryka i Igora. Dobrze czują się w Częstochowie, żyjąc w cieniu Jasnej Góry. Wolne chwile najchętniej spędzają na działce. Cieszą się sobą, wnukami i prawnukami.

URSZULA GIŻYŃSKA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *