Jak przestała istnieć Parośla, czyli początek rzezi na Wołyniu


Uprzedzam, że to nie będzie zwykły felieton. To próba odzyskania z przeszłości wydarzeń tragicznych, potwornych, niewyobrażalnych.

To zapis zbrodni, która 9 lutego 1943 roku rozpoczęła krwawy szlak wiodący wołyńskimi wioskami, by dopełnić się 11 lipca. Tamtego roku na Wołyniu w bestialski sposób zamordowano ok. 60 tysięcy Polaków. Sąsiadów, znajomych czasem członków rodzin… Nie zginęli w walce, w czasie potyczek wojennych. Zginęli, dla zaspokojenia rządzy mordu. Dla barbarzyńskiej przyjemności zadawania cierpienia.
Wołyńska kolonia Parośla. Mroźny zimowy świt. Hryhorij Perehijniak ps. „Dowbeszka-Korobka” wraz z kompanami – banderowcami całkowicie opanowują kolonię. Poprzedniego dnia odnieśli zwycięstwo w potyczce z Niemcami. Pojmali sześciu jeńców – Kozaków. Przybyli udają partyzantów sowieckich. Rozchodzą się po domach, żądają jedzenia. Mają za pasem noże, siekiery, karabiny. Wartownicy pilnują mieszkańców domostw. Nikt nie wyjdzie z domu bez ich asysty. Są również w domu Kołodyńskich. Tam najpierw – tuż przed obiadem – zamordowali Kozaków. Według relacji świadka, 12 letniego Witka Kołodyńskiego: „Słychać było odgłosy rąbania i nieludzkie jęki. Po kilku minutach szedł następny Kozak, a my słyszeliśmy podobne do poprzednich jęki i odgłosy. Tak było aż do ostatniego (…)” Później oprawcy posilali się obiadem… Dalej znów z relacji Witka (12 lat !): ”Po obiedzie, do sypialni wszedł dowódca z miną bardzo zadowoloną, za nim kilku bandytów rozebranych do koszul, roześmianych. Dowódca powiedział nam: „Musicie się położyć, my was powiążemy, żeby Niemcy was nie skrzywdzili za przetrzymywanie i karmienie partyzantów”. To przekonuje gospodarzy. Jeszcze nie podejrzewają, że szykują się do śmierci. Giną od ciosów siekier, jak pozostali. Łącznie – 149 osób. Cała ludność kolonii, wraz z przypadkowo przebywającymi w Parośli osobami. Przeżywa 12 ciężko rannych, w tym Witek Kołodyński i jego siostra Lila. Witek tak wspomina najtrudniejsze chwile tamtego dnia, pewnie i całego życia: „Byliśmy bardzo zziębnięci, zdrętwiali, zalani krwią. Lila wstała i pomogła wstać mnie. Widok, który naszym oczom ukazał się, był straszny. Nie do objęcia umysłem ludzkim, tym bardziej umysłem dziecięcym. Rodzice mieli głowy rozrąbane na pół. Mamy długi warkocz był odcięty. W głowie ojca pozostawiona siekiera (…) W kołysce najmłodsza Bogusia, w wieku 1, 5 roku, uderzona była siekierą w czoło. Przez dłuższy czas była w konwulsjach, które miotały kołyską”. Tego dnia kolonia Parośla przestała istnieć.
Nie było moim zamysłem epatowanie okrucieństwem. Nie na moją ani z pewnością Twoją Czytelniku to wrażliwość. Czy jednak nie trzeba nam dziś szczególnie głośno i bezpośrednio mówić o tych zbrodniach? Czy ofiarom nie należy się choćby prawda o ich umieraniu?
Dopóki nie nazwie się zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce, popełnionych przez bandyckie hordy UPA, ludobójstwem; dopóki nie nazwie się wszystkich ofiar tych zbrodni, nie wolno nam milczeć! W tym roku przypada 70. rocznica zbrodni na Wołyniu. Kulminacją obchodów będzie dzień 11 lipca. Jednak już dziś, również w imię normalizacji stosunków z sąsiadami, które oparte na kłamstwie czy półprawdzie nie mogą być fundamentem przyszłości, zmierzmy się z tamtymi zapomnianymi zbrodniami.
Anna Dąbrowska
Teksty źródłowe:
Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”, Warszawa 2000.
Grzegorz Motyka, „Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006

r

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *