CZĘSTOCHOWIANKI / Rozmowa z Dagmarą Jakubowską-Kaffką, częstochowską malarką i nauczycielką plastyki


W Częstochowie urodziło się i mieszka wielu artystów, o których talentach i dziełach nie mówi się na co dzień, mimo, że ich twórczość nierzadko potrafi być inspirująca. Jednym z takich artystów jest Dagmara Jakubowska-Kaffka, nauczycielka plastyki i malarka, specjalizująca się w abstrakcji, z którą mieliśmy okazję porozmawiać na temat inspiracji zarówno artystycznych, jak i tych związanych z życiem rodzinnym.  

Jest Pani częstochowianką?

– Tak, jestem częstochowianką. Urodziłam się w Częstochowie i mieszkam tutaj od lat.

Czy Częstochowa inspiruje Panią jako artystkę?

– Powiem tak – lubię Częstochowę. Znam osoby, które się tu urodziły, ale nie są zbyt przychylnie do tego miasta nastawione. Ja lubię Częstochowę, bardzo dobrze się tu czuję. Im jestem starsza, tym bardziej wolę mniejsze miasta. Mniej hałasu, mniej ludzi. Częstochowa jest dla mnie idealna. Być może dlatego jest mi tu dobrze, bo tutaj się urodziłam. Najważniejsze jest dla mnie otoczenie moich przyjaciół i mojej rodziny, ponieważ tworzy to „ten” klimat. Uważam, że Częstochowa jest pięknym, rozwijającym się miastem i oferuje wiele możliwości – także dla artystów.

Od czego, tak właściwie, zaczęła się Pani przygoda z malarstwem bądź sztuką ogółem?

– Zaczęła się ona już w dzieciństwie. Często jest tak, że w okresie dzieciństwa człowiek nie do końca wie, co chce robić – ja nie miałem tego problemu. Odkąd zaczęłam świadomie malować w wieku 10 bądź 11 lat, wiedziałam, że chcę to robić. Jestem introwertykiem i mój introwertyzm jest w tym przypadku o tyle dobry, że mogę sobie w spokoju usiąść i malować, bez udziału jakichś dodatkowych osób, w związku z czym tym bardziej mnie ten zawód pociągał. Z tego powodu poszłam do liceum plastycznego, gdzie utwierdziłam się w przekonaniu, że to jest to, a dalej na studia artystyczne, również w naszym mieście. Jestem bardzo zadowolona, gdyż pracuję w zawodzie, który kocham – malowanie to moja pasja i moja praca zarazem.

Pani „mentorką” była pani Małgorzata Sętowska. W jaki sposób jej prace i działalność wpłynęły na Panią?

– Pani Sętowska uczyła mnie plastyki w szkole podstawowej w klasach VI-VIII. Była to cudowna osoba, ciepła i lubiana przez wszystkich, a przy tym bardzo zdolna artystka. Często zgłaszała mnie na olimpiady z historii sztuki i to bez pytania mnie o zdanie! (śmiech) Rzecz w tym, że to ona właśnie podsunęła mi myśl, by iść do liceum plastycznego i kształcić się w tym kierunku. Wprawdzie nie każdy artysta kończy artystyczne szkoły, niemniej poważnie się nad tym zastanowiłam. Ogółem rzecz biorąc miałyśmy bardzo dobry kontakt i była pierwszą osobą, która uwierzyła we mnie bardziej niż ja w siebie.

W Pani twórczości dominuje abstrakcja. Proszę powiedzieć, skąd zainteresowanie tym stylem?

– Wyjdźmy od faktu, że abstrakcja daje mi wolność. Pamiętam, jak jeszcze całkiem niedawno malowałam portrety, bo fascynowały mnie twarze ludzi, ale moje ostatnie wystawy dotyczyły właśnie obrazów abstrakcyjnych. Zainteresowanie abstrakcją wynika również z tego, że są to swego rodzaju sny, z których, jeśli coś utkwi mi w pamięci, wyciągam jakiś fragment, który potem przekładam na kolor i kompozycję abstrakcyjną. Niektórzy mówią, że abstrakcja jest prosta i każdy może sobie ją namalować. Nie do końca tak jest, bo przecież malarstwo ma swoje zasady. Obraz musi mieć kompozycję, odpowiednio dobrane kolory i odpowiednią perspektywę. Te aspekty również są ważne w malarstwie abstrakcyjnym.

W nawiązaniu do tego, co przed chwilą zostało powiedziane – powiedziała Pani kiedyś: „Maluję portrety, pejzaże, ale dla mnie najważniejszy nie jest temat, ale kolor, kompozycje, emocje.” Może to Pani rozwinąć?

– Trochę już o tym powiedziałam, niemniej rzeczywiście chodzi o to, że, po pierwsze, malarstwo opiera się na m.in. położeniu odpowiedniego koloru w odpowiednim miejscu. Po drugie, emocje, czy właściwie ich uchwycenie, są o tyle istotne, że oddziałują na odbiorcę. Nierzadko spotykałam się z sytuacjami, gdzie ktoś, oglądając moje obrazy, mówił mi: „Wiesz, ja się nie znam, ale to mi się bardzo podoba”. Odbiorca nie musi mieć zatem specjalistycznej wiedzy – wystarczy, że czuje emocje zawarte w obrazie. Temat, w istocie, nie jest aż tak istotny. Ważniejsze jest to, co się z nim zrobi na płótnie. To przekłada się z kolei na rzeczy, które wymieniłam.

Dopytałbym jeszcze o te emocje. To, co przed chwilą zostało powiedziane, skojarzyło mi się z chwytaniem takich ulotnych chwil, odczuć. Czy w Pani twórczości obecne są elementy impresjonizmu bądź, czy inspiruje się Pani impresjonistami?

– Lubię impresjonizm, a szczególnie lubię kogoś, kto być może niezupełnie jest impresjonistą, ale jest z nim związany – Vincenta van Gogha. Uważam go za geniusza malarstwa. Kiedy malowałam pejzaże, pewne osoby mówiły mi, że dany obraz przypomina im twórczość tego malarza. Aczkolwiek to nie jest tak, że się nim w pełni świadomie inspirowałam. To raczej przychodziło do mnie naturalnie, ponieważ często myślę o van Goghu i fascynuje mnie jego twórczość. Malowałam kiedyś cykl pejzaży, zatytułowany Wodne impresje i tam, jak sądzę, najbardziej rzuca się w oczy wpływ van Gogha na moje malarstwo.

A jakimi twórcami malarskimi ogółem się Pani inspiruje?

– Oprócz van Gogha, inspiruję się także Salvadorem Dali. Geniuszem jest ponadto Rembrandt. Z polskich, czy nawet częstochowskich artystów wymieniłabym pana Andrzeja Desperaka. To także jeden z moich nauczycieli, a przy tym artysta-filozof. Świetnym twórcą był również Zdzisław Beksiński. Genialne pomysły i genialna technika to dwie rzeczy, które pobudzają wyobraźnię.

Wracając jeszcze do abstrakcji – czy od razu wiedziała Pani, że chce się Pani zająć tym właśnie stylem, czy w międzyczasie były jakieś inne albo eksperymentowała Pani z nimi?

– Abstrakcja pociągała mnie od samego początku. Myślę, że wynikało to z tego, że chciałam malować obrazy zupełnie z wyobraźni, bez żadnego konkretnego tematu, choć moje abstrakcje, oczywiście, mają swoje tytuły. Lubię utrwalać swoje emocje, a po reakcjach osób, które oglądają moje obrazy, widzę, że mi to wychodzi.

Przechodząc powoli do tematów prywatnych, rodzinnych, czy ma Pani w rodzinie osoby, które są uzdolnione artystycznie i które przekazały Pani zamiłowanie do sztuki lub na których się Pani wzorowała?

– Tak – tą osobą jest mój tata. Co prawda nie skończył on żadnej artystycznej szkoły – jest bardziej samoukiem – ale pamiętam, że zawsze rysował. Jego rysunki mam do tej pory – portretował mnie i mamę. Jest bardzo uzdolniony artystycznie, a jego dziadek także był artystą, ale bardziej rzemieślnikiem, bo wykonywał m.in. meble artystyczne. Myślę więc, że swoje zdolności odziedziczyłam właśnie po przodkach od strony taty. Wspomnę tutaj jeszcze o moim mężu, który, choć artystą nie jest, bardzo mnie wspiera i nieustannie motywuje do działania.

A czym lubi Pani się zajmować w czasie wolnym?

– Bardzo lubię czytać.

Jakich twórców?

– Łatwiej będzie mi chyba powiedzieć, jakie gatunki lubię. Lubię więc książki biograficzne i historyczne. W przypadku biografii interesują mnie biografie aktorów filmowych, malarzy i pisarzy, w przypadku historii – książki na temat II wojny światowej. Jeśli chodzi z kolei o powieści, to lubię thrillery. W zasadzie jeśli chodzi o twórców, to czytam m.in. Franza Kafkę i Alberto Moravię.

A oprócz czytania?

– Lubię spędzać czas z moją córką, Pauliną. Kiedyś po prostu się z nią bawiłam, ale teraz ma już 12 lat, więc wychodzimy razem z nią i mężem Michałem na długie spacery lub wymyślamy sobie różne historyjki, które potem odgrywamy w domu, bawiąc się w coś w rodzaju teatru. W wolnym czasie uwielbiam również odbywać spacery z moim psem – Nino. Piesek jest ze schroniska i ma ok. 8 lat, przy czym u nas mieszka od lat 5. To, że znalazł się w domu, to zasługa mojej córki. Sama miałam psa, który odszedł w 2003 roku, a ponieważ bardzo się do niego przywiązałam, nie chciałam go zastępować, przez co potem przez bardzo długi czas nie miałam zwierzaka. Dopiero córka nakłoniła mnie do zakupu Nino, którego pokochałam na zabój.

A jak nazywał się ten pierwszy pies?

– Freddie, ponieważ jestem wielką fanką Freddie’iego Mercury’ego.

W tym miejscu nie mogę nie zapytać o Pani gust muzyczny.

– Chciałabym tu podkreślić, że chodziłam również do szkoły muzycznej. Uczyłam się tam gry na fortepianie, pokochałam też muzykę klasyczną, w szczególności opery i twórczość Mozarta. Nasłuchałam się jej w teatrach i operach właśnie, ponieważ moja mama, pracując na Politechnice Częstochowskiej, organizowała wycieczki do m.in. teatru w Łodzi i Opery Śląskiej w Bytomiu, na które mnie zabierała. To właśnie dzięki temu zobaczyłam wiele musicali, operetek itp.

A propos czytania i wymyślanych historyjek – czy myślała Pani kiedyś o tym, by napisać jakąś powieść?

– Kiedy byłam 10-letnią dziewczynką, miałam krótki epizod pisania wierszy, szczególnie dla mamy. Nie myślałam jednak nigdy o pisaniu na poważnie. Mogłabym napisać coś dla rodziny czy bliskiego grona, natomiast chyba nie odważyłabym się oficjalnie czegokolwiek wydać – to nie dla mnie. Warto jednak wspomnieć, że jest wiele osób, które zajmują się zarówno malowaniem, jak i pisaniem.

Gdyby nie zajęła się Pani malarstwem, to jaka byłaby alternatywa?

– Zawsze, jak byłam małą dziewczynką, mówiłam, że będę aktorką. Mam w rodzinie aktorkę, siostrę cioteczną, która zawsze do tego dążyła i się jej udało. U mnie z kolei wyglądało to w ten sposób, że lubiłam grać przed lustrem, natomiast niekoniecznie chciałam z tym wychodzić do ludzi. Uważam, że mój introwertyzm byłby tutaj przeszkodą. Zawsze podziwiałam aktorów, którzy twierdzili lub twierdzą, że mają ogromną tremę przed wyjście na scenę, a po wyjściu grają rewelacyjnie. Nigdy nie mieściło mi się to w głowie i do tej pory nie mieści. Oprócz tego myślałam również o tym, by zostać weterynarzem. Zrezygnowałam jednak z tego pomysłu dlatego, że musiałabym doświadczać wielu przykrych sytuacji, związanych ze zwierzętami, co przy mojej empatii byłoby nie do wytrzymania.

Jest Pani w stanie wymienić kilka swoich ostatnich malarskich sukcesów?

– Ostatnią większą wystawę miałam w 2018 roku, kiedy to ówczesny dyrektor Muzeum Częstochowskiego, pan Tadeusz Piersiak, zaproponował mi wystawę w Galerii „Wejściówka” w Ośrodku Promocji Kultury Gaude Mater. Obejmowała ona zarówno obrazy abstrakcyjne, jak i portrety.

Czy ma Pani jakieś plany na przyszłość w związku z malarstwem?

– Generalnie w okresie pandemii malowałam o wiele mniej niż przedtem. Teraz znów maluję częściej i w związku z tym mam nadzieję, że pod koniec roku, może w listopadzie, uda mi się zorganizować wystawę gdzieś poza Częstochową. Najlepiej byłoby w Krakowie, zwłaszcza, że już poczyniłam pewne kroki ku temu, by właśnie tam się odbyła. Wystawa składałaby się głównie z moich abstrakcji.

Proszę jeszcze powiedzieć, jak wygląda Pani praca na co dzień.

– Na co dzień uczę tu, w Klubie Spółdzielczym Częstochowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Nasza Praca”. Uczę dzieci sztuki, malarstwa, rysunku, rzeźby, a nawet grafiki, aczkolwiek w ramach tego ostatniego jedynie linoryt, ponieważ na inne techniki nie mamy warunków. Wykonujemy je w ten sposób, że dzieci wycinają kształty w linoleum, następnie smarują je czarną plakatową farbą, przykładają do kartki i deptają lub przybijają jakimś narzędziem, a na końcu odsłaniają. Jest to o tyle ciekawe, że odmienne od zwykłego malowania. Oprócz dzieci uczę jeszcze na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, który działa przy Politechnice Częstochowskiej. Tam prowadzę zajęcia artystyczne z dorosłymi, a trwa to już 9 lat. Daje mi to bardzo dużo satysfakcji. Z tych dorosłych utworzyła się zresztą grupa o nazwie „Werniks”, która co roku ma swoje własne wystawy. W tym były już trzy, a będzie jeszcze jedna, dotycząca surrealizmu, w Regionalnym Ośrodku Kultury.

Rozmawiał Michał Siciński   

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.