ROZMOWY Z KLUCZEM. Wolę Bacha – mówi profesor Maciej Zagórski


O wydanym w zeszłym roku albumie z nokturnami Pawła Łukaszewskiego, karierze pianisty i pedagoga oraz muzyce jako dziedzinie sztuki rozmawiamy z Maciejem Zagórskim, profesorem Uniwersytetu Jana Długosza.

 

 

Jak narodziła się Pańska pasja do muzyki? Od najmłodszych lat wiedział Pan, że chce zostać pianistą?

– Tak, już od dziecka czułem, że mi się to podoba i że chcę to robić. Zacząłem edukację muzyczną w wieku sześciu lat i już w przedszkolu muzycznym zadeklarowałem, że chcę zostać „fortepianistą”. Rodzice nie byli z zawodu muzykami, ale byli muzykalni i zawsze czułem ich wsparcie. W czasach szkolnych fascynowałem się wszystkimi instrumentami klawiszowymi, a szczególnie organami, na których zdarza mi się grać do dzisiaj.

 

Jak wspomina Pan edukację w szkole muzycznej i później w akademii w tak odmiennych od dzisiejszych czasach?

– Zaczynałem naukę w szkole muzycznej w Częstochowie w 1972 roku. Czasy były spokojniejsze, było mniej bodźców, które mogły nas rozpraszać. Prowadziłem normalne życie ucznia dwóch szkół, bo wtedy nie było jeszcze liceum muzycznego. Moim pedagogiem była pani Henryka Zasempa-Kozera. Maturę zdałem w Liceum Ogólnokształcącym, noszącym wówczas imię Pawła Findera, obecnie C.K. Norwida, a w kolejnych dniach broniłem dyplomu w szkole muzycznej drugiego stopnia. Później zostałem studentem Akademii Muzycznej w Warszawie w klasie Kazimierza Gierżoda. Osobowość każdego z pedagogów pozostawiła duży ślad na moim odczuwaniu muzyki. Pamiętam wymagania pani Henryki Zasempy-Kozery, dotyczące prawidłowej realizacji zapisu nutowego oraz sugestywnego przedstawienia przesłania emocji i ekspresji w każdym utworze. Profesor Gierżod, zafascynowany rzadziej wykonywaną muzyką polską, miał też wielkie poczucie estetyki brzmienia fortepianu. Czasami wydawało się, że wszystko jest już opanowane, a tu uwaga, że „to trzeba jeszcze postudiować”. Jego studenci się z tym borykali, ale wysoko postawiona poprzeczka przynosiła dobre rezultaty. Udało mi się też wyjechać na rok do Austrii do 96-letniego dziś profesora Waltera Fleischmanna, Wiedeńczyka od pokoleń i wysokiej klasy specjalisty w zakresie pierwszej szkoły wiedeńskiej, czyli Haydna, Mozarta, Beethovena oraz wczesnego romantyzmu. Napisał książkę Sztuka ukryta w nutach, którą przetłumaczyłem, ukazała się w Wydawnictwie Uniwersytetu Jana Długosza w 2020 roku.

 

Paweł Łukaszewski i Pan jesteście prawie równolatkami, obaj Częstochowianami z urodzenia. Jakie muzyczne argumenty skłoniły Pana do nagrania cyklu nokturnówtego kompozytora?

– Znam się z Pawłem Łukaszewskim jeszcze od czasów szkolnych. Pewnego razu przysłał mi swoje świeżo napisane nokturny. Zostały zadedykowane bratu kompozytora Marcinowi, który je prawykonał, ale pracowałem nad nimi równolegle, moje wykonanie w Filharmonii Częstochowskiej odbyło się około miesiąc później. Okazało się, że im więcej czasu spędziłem nad tym materiałem, uruchamiając swoją wyobraźnię, to wbrew poglądowi, że muzyka z czasem zaczyna nużyć, tu było odwrotnie. Im dalej, tym bardziej czułem oddziaływanie muzyki – jako jej wykonawca, ale także i słuchacz. Powolnie płynący strumień muzyki, co chwilę pojawiające się nowe współbrzmienia, raz zaskakujące, innym razem będące konsekwencją poprzednich taktów wnosiły jednocześnie duży spokój.

 

Co mnie zachwyciło w Nokturnach Pawła Łukaszewskiego w Pana wykonaniu, to subtelne przechodzenie od zagęszczonej faktury do wręcz intymnych, delikatnych motywów, zróżnicowanie dynamiki i tempa oraz wybieranych środków wyrazowych.

– Dokładnie takie mam odczucie i takie są wrażenia osób, które słuchają tego cyklu. Kiedy spojrzymy w nuty, wydaje się, że ta muzyka nie jest szczególnie trudna. Wymogiem na starcie jest posiadanie dość dużych dłoni, żeby móc objąć wszystkie rozpisane współbrzmienia. Największym wyzwaniem jest wsłuchanie się w dźwięk, który na fortepianie z każdym ułamkiem sekundy wygasza się, i dopasowanie do niego kolejnego. Granie następujących po sobie długich akordów wymaga szczególnej uwagi. Czasem jest to konsekwencja współbrzmienia, czasem wygaszanie, a innym razem postawienie kontrastu i rozpoczęcie nowej wypowiedzi. Tytuły utworów noszą nazwy gwiazd widocznych na nieboskłonie. Pojawiła się myśl, że jest to podróż od jednej do drugiej albo nocny spacer pod gwiazdami.

 

W tekście do wydanego albumu zwraca Pan uwagę na głębię wynikającą z religijnej części twórczości Pawła Łukaszewskiego.

– Na przykład pierwszy nokturn „Alsephina” jest inspirowany chóralnym utworem „Nunc dimittis”. Tytuł to słowa starca Symeona „Panie, teraz pozwól mi odejść” po ofiarowaniu Pana Jezusa w świątyni z Ewangelii Świętego Łukasza. Czternasty utwór „Pipirima” nawiązuje z kolei do „O vos omnes” („o wy wszyscy”), czyli lamentacji Jeremiasza, którą się przywołuje w Wielkim Tygodniu: „(…) o wy wszyscy, którzy przechodzicie drogą, spójrzcie na mnie, czy jest gdzieś cierpienie większe od cierpienia mojego (…)”. Jest duże pokrewieństwo pomiędzy tymi religijnymi utworami chóralnymi i nokturnami. Są podobne tematy, oczywiście inaczej grane na fortepianie. Marcin Łukaszewski na jednej z konferencji naukowych przedstawił zestawienie utworów religijnych brata, które zainspirowały jego Nokturny. Odkrywanie, na ile są one do siebie podobne, jest bardzo ciekawe i inspirujące przy czym jedno wysłuchanie nie wystarczy, trzeba się w to bardziej zagłębić.

 

Nokturny Pawła Łukaszewskiego wydają się realizować reguły romantycznej miniatury. Są skondensowane i autonomiczne, choć połączone w spójny cykl. Świeżości, współczesnego sznytu dodaje im stosowanie neotonalnej harmonii, odchodzącej od tradycyjnego systemu dur-moll, ale nie w drastyczny sposób.

– To muzyka, która jest współczesna, ale nie szokuje. Bardzo często pojawiają się w Nokturnach akordy, które wynikają z poszerzonego systemem dur-moll, ale co najważniejsze – trzeba się im poddać i zasłuchać.

 

Dowodzi, że współczesna muzyka klasyczna jest zróżnicowana. Może być artystycznie wyrazista, a jednocześnie po prostu dawać przyjemność słuchania. Nie zawsze tak jest. Jakie refleksje Panu towarzyszą odnośnie pisanych w dzisiejszych czasach kompozycji?

– Zdarza mi się spotkać pewne uprzedzenie do muzyki współczesnej. Chociaż to, co słyszę ostatnio, często mi się podoba, na przykład twórczość związanych z Częstochową Romualda Twardowskiego czy Juliusza Łuciuka. Niedawno w Filharmonii Częstochowskiej odbyło się prawykonanie Concertina na dwa fortepiany i orkiestrę Sławomira Kaczorowskiego. Soliści – Robert Gawroński i Jakub Brawata wraz z Filharmonią Częstochowską pod dyrekcją Jerzego Swobody pokazali bardzo ciekawy utwór, którego się świetnie słuchało. Muzyka lat 70. i 80. ubiegłego wieku mogła szokować. Generalnie jest tak, że muzyki słucha się dobrze, gdy jest logiczna, nawet jeśli jej język odbiega od naszych przyzwyczajeń i oczekiwań. Muzyka w baroku i klasycyzmie była usystematyzowana, u romantyków zaczęło się to zmieniać, pojawił się prymat emocji, następnie eksperymentowania. I jeżeli eksperyment nie jest ujęty w ramy, może być trudny w odbiorze i wywołać u słuchacza poczucie dezorientacji.

 

Sukces frekwencyjny gwarantuje – choć też nie zawsze – zbudowanie programu koncertu na Brahmsie, Beethovenie, Ravelu. Jak to zmienić? A może nie widzi Pan takiej konieczności?

– Nie lubimy muzyki, kiedy jej nie rozumiemy. Utworowi należy poświęcić trochę czasu, nie wydawać przedwczesnych osądów. Dla mnie podstawą jest, czy treść zawarta w muzyce coś wyraża i czy jest przedstawiona w sposób komunikatywny. Wtedy bez względu na to, czy będzie to muzyka etniczna z dalekich stron czy renesansowa, czy skomponowana wczoraj, może być równie ciekawa. Trzeba otworzyć się też na świat innej muzyki, a nie tylko ulubionej. Odbiorca dostaje szansę poznania czegoś nowego, ale musi chcieć z niej skorzystać.

Witold Lutosławski powiedział: „Słabe są dzieła sztuki, których główną zaletą jest ich nowość. Cecha ta bowiem jest tą właśnie, która najszybciej się starzeje.”

– Każda wypowiedź dźwiękowa jest komunikatem. Może dlatego właśnie muzyka współczesna na pewnym etapie nie była zrozumiała, że przekaz kompozytora nie był jasny i nie trafiał w emocje odbiorcy. Samo to, że kompozytor jest nam współczesny, odbiera te same wrażenia co my, sprawia, że jego wrażliwość jest zbliżona do naszej. I tylko od niego zależy, jak to przekaże. Podam przykład słynnego pianisty sprzed ponad stu lat, Ignacego Jana Paderewskiego. Na jego koncerty przychodzili i znawcy, i krytycy, i sławne osobistości, ale również tzw. zwykli ludzie. Dlaczego? Ponieważ sposób jego interpretacji sprawiał, że słuchacz nie czuł się na obcym terenie. Wiedział, że trudne utwory nie będą dla niego tajemnicą. To jest nić, która powinna łączyć kompozytora, wykonawcę i słuchacza. Jak w balladzie „Romantyczność” Mickiewicza: „szkiełko i oko” czy „czucie i wiara”. To nie jest alternatywa albo – albo. Musi być jedno i drugie.

 

A Panu czyja estetyka jest osobiście najbliższa: romantyków czy może na przykład Bartóka, a może dużo wcześniejsza albo właśnie obecna?

– Bardzo lubię przełom klasycyzmu i romantyzmu, czyli mniej więcej czasy młodego Chopina. Jeszcze klasycystyczny porządek i już romantyczna wolność. Kompozytorzy w XX wieku poszukiwali nowych brzmień, ale przede wszystkim powinni pisać prawdę o sobie. Bardzo lubię przytaczać słowa Lutosławskiego, kiedy na pytanie: „Mistrzu, jak pan piszę taką znakomitą muzykę”, odpowiedział: „Piszę taką, jaką chcę usłyszeć”. To świadczy o jego szczerości. Nie tworzył pod publikę, ani pod zamówienie, tylko tak, żeby być w tym autentycznym.

 

Ostatnio spotkałem się z próbą wyznaczenia trzech najważniejszych postaci w historii muzyki poważnej w XX wieku i byli to: Arnold Schönberg, Igor Stravinsky i John Cage. Dodałby Pan kogoś, a może odjął?

– Czytałem książkę o Schönbergu i opis jego kompozycji mnie zachwycił. Gdy jednak zacząłem słuchać jego muzyki, bardziej odczułem w niej pracę intelektu. Schönberg stworzył technikę dodekafoniczną i podziwiam jego precyzyjny sposób myślenia. Był ważną postacią, ale jeśli chodzi o połączenie ścisłego myślenia i ludzkiej wrażliwości, powiem szczerze: wolę Bacha. Utwory Cage’a to były ciekawe eksperymenty, ale czy były fundamentalne dla muzyki jako dziedziny sztuki? Strawiński – tak, jego się świetnie słucha. Powiedziałbym jeszcze o Karolu Szymanowskim, dodałbym Mahlera, Ravela, Debussyego. Nie można pominąć Lutosławskiego, który był klasykiem XX wieku. Dużą wizję tworzył również Penderecki, w jego muzyce klimat, czasem mroczny, wchodził w głęboką strukturę symfoniczną. Henryk Mikołaj Górecki – znakomity kompozytor, konsekwentny i zrozumiały. Nie da się wymienić wszystkich…

 

Jako pedagog z wieloletnim doświadczeniem jak Pan ocenia poziom szkolnictwa muzycznego w Polsce? Z czym dziś muszą sobie radzić młodzi, aspirujący muzycy i jak im się to udaje?

– Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają długim wypowiedziom. 150 lat temu powstawały symfonie, które trwały ponad godzinę albo pięcioczęściowy koncert Ferruccia Busoniego, półtoragodzinny z chórem męskim w finale. Teraz zagranie utworu, który trwa ponad 20 minut, bywa trudne dla młodego pokolenia żyjącego w epoce smsów i krótkich komunikatów. Kolejną kwestią jest chęć natychmiastowego uzyskania efektów wykonanej pracy, a tu należy skalkulować, że opracowanie utworu nie będzie trwało 10 minut, ale kilka tygodni lub dłużej. Trzeba cierpliwości, której młodemu pokoleniu często brakuje. Mój profesor kiedyś powiedział, że są utwory, których trzeba się uczyć do końca życia. I nie chodzi tu o wykonanie nut, ale o głębsze wejście w treść muzyki i przekazanie swojej autentycznej i dojrzałej emocji.

 

Jest Pan pomysłodawcą i do dziś spiritus movens Koncertów Akademickich w Filharmonii Częstochowskiej. To działanie wynika z czystej potrzeby serca?

– Pomysł powstał wiosną 2012 roku gabinecie ówczesnego dyrektora Filharmonii Częstochowskiej Ireneusza Kozery. W spotkaniu uczestniczył także profesor Robert Gawroński, wówczas dziekan Wydziału Sztuki UJD. Postanowiliśmy przenieść koncerty pracowników uczelni z Regionalnego Ośrodka Kultury do filharmonii. Z czasem do występu dołączyliśmy wykład i wernisaż prac plastycznych kolegów z Katedr Malarstwa i Grafiki. Ta formuła trzech wydarzeń w trakcie około dwóch godzin sprawdziła się, zgromadziliśmy całkiem sporą publiczność. Obecnie organizujemy sześć koncertów akademickich w sezonie, cieszą się one dużym zainteresowaniem. Biorą w nich udział również artyści i naukowcy z uczelni partnerskich. Koncerty noszą obecnie nazwę Wieczorów Uniwersyteckich i warto dodać, że 22 kwietnia odbył się już dziewięćdziesiąty Wieczór w tym cyklu.

 

W marcu bieżącego roku w koncercie z tego cyklu odegrał Pan inną niż zazwyczaj rolę. Odbył się recital w Pana wykonaniu, na który złożyły się trzy nokturny Łukaszewskiego, Sonata c-moll D.958 Franza Schuberta oraz prawykonanie Rapsodii hiszpańskiej Lesława Podolskiego, o które szczególnie chciałem Pana zapytać.

– Lesław Podolski jest kolegą z uczelni, prowadzimy zajęcia w sąsiednich salach. Niedawno zaproponował mi wykonanie swojej nowej kompozycji. Spojrzałem w nuty i stwierdziłem, że utwór jest efektowny i wart pokazania. Sama rapsodia trwa 4,5 minuty, daje dużo satysfakcji wykonawcy i wywołuje żywą reakcję słuchaczy. Styl łączy w sobie kilka elementów, jest dużo wirtuozerii, można w nim odnaleźć elementy muzyki hiszpańskiej i rozrywkowej, także pewne odniesienia do jazzu. Dwa tygodnie po prawykonaniu miałem koncert w Akademii Muzycznej Lublanie, gdzie była obecna redaktor z Radia Lublana i wyraziła chęć nagrania rapsodii. Później jeszcze raz wykonywałem ten utwór w Czechach i odbiór był podobnie miły. Jest to przede wszystkim wielki sukces kompozytora. Do tej pory znałem profesora Podolskiego jako aranżera i dyrygenta orkiestr dętych lub kompozytora utworów na orkiestrę symfoniczną, a teraz okazuje się, że jego utwory na fortepian lub na małe składy kameralne zdobywają publiczność.

 

Jakie inne wysiłki podejmuje Pan, aby integrować i promować muzyczne środowisko akademickie w mieście?

– Podejmujemy na przykład działania okolicznościowe. Zorganizowaliśmy 600-lecie

urodzin Jana Długosza, wtedy jeszcze jako Akademia jego imienia. Wówczas udało mi się doprowadzić do powstania dwóch utworów: oratorium „Jan Długosz – dziejopisarz Polski” Juliusza Łuciuka prawykonanego w Filharmonii oraz musicalu „W pracowni mistrza Jana” naszego kolegi z tej lekko jazzowej strony, Korneliusza Wiatra, który pokazaliśmy po dwa razy w Teatrze im. Adama Mickiewicza i w Miejskim Domu Kultury. Cieszyły się bardzo dobrym przyjęciem. Wspólnie tworzymy coroczne Koncerty symfoniczne Katedry Muzyki w grudniu lub w styczniu z profesorem Jerzym Swobodą, który nimi dyryguje.

 

Czy planuje Pan kolejne nagrania? Z jakim kompozytorem czy może jaki konkretny cykl lub utwór chciałby Pan utrwalić w swojej interpretacji?

– Planuję nagranie z sonatami Schuberta. Noszę się również z zamiarem stworzenia

monograficznego nagrania z polonezami polskimi doby przedchopinowskiej. W 2023 roku polonez został wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Pewnego razu za granicą zetknąłem się z opinią, że Chopin musiał być kompozytorem wybitnym, skoro stworzył w Polsce tak znakomitą muzykę. Odebrałem to, jako opinię, jakoby Polska przed Chopinem była pustynią kulturalną. To oczywiste, że Chopin był geniuszem, ale już przed nim działali tu wybitni twórcy: Michał Kleofas Ogiński, Karol Kurpiński, Józef Elsner, Maria Szymanowska. To było mocne środowisko. Chciałbym taki zbiór wydać w wydawnictwie o dużym zasięgu, ponieważ w powszechnej świadomości muzyka fortepianowa w Polsce zaczyna się od Chopina, a to nieprawda.

 

„Moc i magia muzyki leżą w jej nieuchwytności i bezgraniczności. Sugeruje obrazy, ale pozostawia nam swobodę ich wyboru i dostosowania do naszej przyjemności.” Czy i w jakim zakresie podpisałby się Pan pod tym cytatem z Wandy Landowskiej?

– Co do nieuchwytności i bezgraniczności muzyki pełna zgoda. Ale zakończyłbym idąc w kierunku wrażliwości, a nie tylko przyjemności słuchacza. Marsz żałobny oddziałuje na nasze emocje, ale czy są to odczucia przyjemne?

 

rozmawiał: ŁUKASZ GIŻYŃSKI

 

+ foto 1: Prof. Maciej Zagórski

Autor: Agnieszka Małasiewicz, Filharmonia Częstochowska

+ foto 2: Maciej Zagórski podczas Koncertu Akademickiego w Filharmonii Częstochowskiej 4 marca 2026 roku

Autor: Agnieszka Małasiewicz, Filharmonia Częstochowska

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *