Klarnecista Maciej Gołębiowski pochodzi z Częstochowy, ale od lat mieszka i tworzy w Wiedniu. 17 października wystąpił z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Częstochowskiej pod batutą maestro Adama Klocka i towarzyszeniem Marii Petrovej na perkusji. W przeddzień w rozmowie dla Gazety Częstochowskiej opowiedział o osobistym wymiarze wykonanej suity „7 światów”, rodzinnych korzeniach oraz o swojej pracy i spojrzeniu na muzykę. Zapraszamy do lektury.

Pochodzi Pan z muzykalnej rodziny. Tata Włodzimierz, obecnie już na emeryturze, przez lata grał na klarnecie w Orkiestrze Symfonicznej Filharmonii Częstochowskiej, z kolei siostra Kalina jest altowiolistką i występuje w tym samym zespole. Jak daleko sięgają u Państwa te instrumentalne tradycje?
– Zaczynają się od naszego ojca, który jako pierwszy profesjonalnie zajął się muzyką. Z opowieści taty wiem, że mój dziadek, którego nie poznałem, oraz wujek w czasach wojennych i powojennych grali muzykę użytkową na weselach i różnego rodzaju uroczystościach.
Jak wygląda życie codzienne w tak umuzykalnionej rodzinie?
– (śmiech) Może taki krótki przykład z czasów, kiedy mieszkaliśmy razem: przed południem kościół i potem do obiadu ćwiczenie. W jednym pomieszczeniu ja, w drugim siostra, w trzecim brat miał swoje początki na perkusji. Dom był mocno muzyczny. Chociaż muszę przyznać, że ojciec nigdy w nim nie grał. Kiedy ćwiczył albo mnie zabierał, żebyśmy razem próbowali, było to zawsze w gmachu Filharmonii.
Czy to właśnie tata był Pana pierwszym nauczycielem klarnetu?
– Zacząłem moją edukację muzyczną na fortepianie i z perspektywy czasu oceniam, że to była bardzo dobra decyzja. Uzyskałem szersze pojęcie o harmonice i jak to później połączyć z głosem klarnetu. Do tej pory gram na fortepianie, akompaniuję moim uczniom w Wiedniu w szkołach państwowych. Mając dobry background, dopiero po kilku latach niejako wspólnie, ale również pod wpływem ojca, zmieniłem instrument na klarnet. W międzyczasie bardzo zafascynowały mnie organy i u byłego dyrektora liceum muzycznego w Częstochowie, pana Adama Mroczka miałem krótką, trzyletnią przygodę nauki gry na organach.
Jest Pan artystą wszechstronnie uzdolnionym, co przejawia się także w działach podejmowanych na polu produkcji, teatralnej…
– W czasie krótko przed „koroną”, czyli w latach 2019-2020, otworzyły się pewne możliwości, pojawiły się zapytania, czy mógłbym napisać i zagrać muzykę do słuchowisk radiowych. Stworzyłem trzy takie godzinne podcasty dla narodowego radia austriackiego. Są puszczane w dalszym ciągu.
Od 20 lat prowadzę też agencję artystyczną zajmującą się produkcją spektakli dla dzieci. Jako muzyk miałem w ciągu ostatnich kilkunastu lat parę angaży, gdzie występowałem nie tylko siedząc z instrumentem, ale biorąc aktywny udział w akcji na scenie.
Studiował Pan na Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach i następnie w Universität für Musik und darstellende Kunst w Grazu w Austrii.
– Była to jedna z największych instytucji w Austrii, w tej chwili jeszcze bardziej się rozbudowała. Edukacja dała mi duże doświadczenie również ze względu na mocny w kształceniu instrumentalistów dział muzyki współczesnej, gdzie aktywnie działało kilku kompozytorów. Na przełomie września i października odbywa się tam duży festiwal muzyki współczesnej Steirischer Herbst, czyli Styryjska Jesień, coś jak Warszawska Jesień, gdzie studenci jako zespół wykonawczy brali udział w prawykonaniach.
Jak Pan ocenia różnice w edukacji muzycznej w Polsce i w Austrii?
– Pierwsze moje wrażenie było takie, że Uniwersytet w Grazu jest bardzo międzynarodowy. Wielu studentów pochodziło z dawnej Jugosławii, Niemiec, Rumunii, Bułgarii, kilku z Polski. Mają wyśmienity wydział jazzowy, gdzie uczyło się sporo Amerykanów. Z mojego punktu widzenia wykształcenie, które odebrałem jeszcze w liceum w Częstochowie, było dużo bardziej zaawansowane niż u kolegów, którzy uczyli się wcześniej w Austrii. Nacisk na ogólne wykształcenie muzyczne, jak historia, harmonia, kontrapunkt, solfeż, przyniósł niesamowite korzyści. W tym zakresie byłem zawsze dwa kroki do przodu, a te 10 lat gry na fortepianie otwierało mi jeszcze szerzej pojęcie, jak pracować z innymi instrumentalistami. Grałem wtedy dużo muzyki kameralnej w składzie z fortepianem i wiolonczelą.
Zdecydował się Pan pozostać w Austrii, obecnie mieszka w Wiedniu. Co zdecydowało o kontynuowaniu kariery za granicą?
– Tam założyłem rodzinę i zdecydowaliśmy, że zostaniemy. Jakby na to nie patrzeć, Wiedeń jest miastem, gdzie można spotkać wielu fantastycznych wykonawców wszystkich możliwych gatunków. I trochę przez przypadek tam po raz pierwszy zetknąłem się z muzyką klezmerską.
Jednak utrzymuje Pan żywe kontakty z Częstochową, nie tylko te rodzinne, ale i z tutejszym środowiskiem muzycznym.
– Bardzo jest to dla mnie ważne. Uważam, że Częstochowa jest istotnym kulturalnym ośrodkiem na mapie południowej Polski. Zawsze z wielką chęcią przyjeżdżam tu zaprezentować taki czy inny program. To dla mnie zaszczyt, że udało się projekt, który gramy jutro, 17 października, pięknie sfinalizować.
W piątkowy wieczór wykona Pan z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Częstochowskiej utwór Michela Beloga „7 Światów – suita crossover na klarnet, perkusję i orkiestrę”. Jak udało mi się ustalić nazwisko kompozytora to po prostu… Pański pseudonim.
– Tak, Michał to moje drugie imię, a Belog to „goleb” od tyłu, czyli początek mojego nazwiska. (śmiech) Taki mały słowny żart.
Proszę przybliżyć genezę powstania dzieła i w jakim stopniu słowo crossover jest kluczowe do jego odbioru i zrozumienia?
– Wykonując ten utwór zabieram publiczność na muzyczną ekspedycję przez siedem światów, odbiorcy pozostawiam do własnej decyzji jakich. Zależało mi, aby przedstawić jak najszersze spektrum muzyki, którą można określić jako neoklasycystyczną, ale jednocześnie czerpiącej z różnych kierunków: z muzyki klezmerskiej, bałkańskiej, bułgarskiej, afroamerykańskiej, brazylijsko-kubańskiej. Aby podkreślić różnorodne rytmy, zaprosiłem do współpracy bułgarską perkusistkę Marię Petrovą, jedną z najlepszych, jakie znam. W 2025 roku spotyka się kilka okrągłych dat. Po pierwsze przed 25 laty profesjonalnie zająłem się muzyką. Drugi jubileusz to moje 50. urodziny. Ten utwór to rodzaj prezentu, który zrobiłem samemu sobie, żeby zagrać muzykę, w której czuję się najlepiej. Moje emocje i lekką wirtuozerię najlepiej jestem w stanie przekazać właśnie w tej kombinacji.
Specjalizuje się Pan również we wspomnianej tradycyjnej muzyce żydowskiej.
– Przed 15 laty założyłem duo Klezmer Reloaded. Obecnie gram w nim z serbskim akordeonistą i jest mocno osadzony w muzyce klezmerskiej. Pozwala ona korzystać z najróżniejszych bodźców: klasycznych, współczesnych, kubańskich, brazylijskich, orientalnych, macedońskich, gdzie klarnet jest instrumentem narodowym, tureckich, greckich. Motywy klezmerskie bez utraty ich charakteru można nagiąć w wiele kierunków, aby brzmiały inaczej, bardziej współcześnie, funkowo, jeszcze ciekawiej z rytmami afroamerykańskimi. Są bardzo wdzięczne do obróbki. Wielu kolegów gra w klasycznie klezmerski sposób, ale mnie to znudziło. Cały czas szukam, rozwijam motywy, dodaję nowe, uważając jednak żeby nie zatracić klezmerskiej bazy. Najbardziej nie lubię w muzyce, kiedy jest przewidywalna, kiedy wiem, co się wydarzy w ciągu następnych szesnastu taktów. Wolę, kiedy zaskakuje. Ale żeby za wszystkim stał solidny warsztat.
Z drugiej strony jest Pan autorem projektu „Klarnet basetowy – Mozart w oryginale”, w ramach którego odtwarza Pan oryginalne utwory Mozarta na ten instrument, zwany mozartowskim. Jak narodziła się ta idea i jaki cel Panu przyświecał?
– Zaczęło się na studiach w Grazu, gdy szukałem tematu do pracy zaliczeniowej. Gdzie można znaleźć lepszą bibliotekę i dostęp do oryginalnych partytur Mozarta niż w Austrii? Po krótkiej kwerendzie okazało się, że przedruki, które ukazały się po śmierci kompozytora i funkcjonowały przez prawie 200 lat, nie były wersjami dzieł klarnetowych, które napisał. Klarnet basetowy zaniknął, nikt więcej na niego nie tworzył. Dopiero w latach 50. XX wieku w Czechach muzykolodzy zaczęli badać, dlaczego niektóre fragmenty utworów są rewelacyjne, a w innych głos klarnetu brzmi, jakby był ucięty lub wklejony. To była baza dla pracy, którą napisałem. W tym czasie francuski producent Buffet Crampon odtworzył współczesną wersję klarnetu basetowego. Zainwestowałem w dwa takie instrumenty i zrekonstruowałem głos klarnetowy, żeby brzmiał zgodnie z zamysłem Mozarta. Trochę pograłem ten program, prowadziłem też wykłady na uczelniach. Od kilku nie mam już z tym większego kontaktu, ale jeszcze go kiedyś odświeżę.
Będąc przy klarnecie basetowym, czym różni się od instrumentu, który najczęściej możemy spotkać na salach koncertowych?
– Jedyna różnica polega na tym, że klarnet basetowy gra cztery dźwięki niżej niż instrument, na którym zwykle wykonywamy jest koncert klarnetowy Mozarta. Ten najniższy rejestr był jego ulubionym. Pozwala to na zupełnie inny przebieg linii melodycznej. Wszystkie oktawowe przeniesienia, które znajdują się w niektórych wydaniach koncertu, ich wtedy w ogóle nie było. Za czasów Wiedeńczyka intonacyjnie brzmiałyby fałszywie. Na współczesnym klarnecie można to zagrać ładnie, ale z oryginałem ma niewiele wspólnego.
Poproszę o przybliżenie mechanizmu działania klarnetu, jak wydobywa się z niego dźwięk i jak wyglądała jego ewolucja na przestrzeni wieków?
– Pierwsze klarnety wyglądały jak duży flet prosty. W porównaniu do niego nie było główki tylko ustnik, do którego przywiązany był sznurkiem drewniany stroik, który trzymało się podobnie jak w oboju wargami. Później okazało się, że dużo łatwiej ustnik ze stroikiem przekręcić i oprzeć na dolnych zębach, wtedy jest większa kontrola nad dźwiękiem. Pierwsze były klapy do przedęcia, które występują też w niektórych fletach prostych – basowym czy barytonowym. Potem w miarę uzupełniania skali chromatycznej klarnetu pojawiały się kolejne, żeby – podobnie jak z klawiszami fortepianu – za każdy kolejny dźwięk odpowiedzialna była inna. 180-200 lat temu powstały dwa systemy klap klarnetów: francuski i niemiecki. Co interesujące, cały świat, oprócz Austrii i Niemiec, do dziś gra na tym pierwszym.
Janusz Ekiert w „Czy wiesz? Zagadki muzyczne” napisał, że klarnet „jednoczy w sobie śpiewny charakter oboju i sprawność techniczną fletu”. Ta wszechstronność sprawiała przez epoki, że był chętnie wykorzystywany przez kompozytorów jako instrument solowy. Czy ma Pan swój ulubiony koncert na klarnet do grania i słuchania?
– Hmm… Nie da się ukryć: Mozart. I do słuchania, i do grania. Uwielbiam też piękny koncert amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda. Jednak bardziej niż klasyczny koncert przemawia do mnie klarnetowa muzyka kameralna: kwintet Brahmsa, tria Schumanna na klarnet, fortepian i altówkę oraz trio Beethovena na klarnet wiolonczelę i fortepian. To moje ulubione utwory, przede wszystkim do słuchania. W ciągu ostatnich kilkunastu lat jako wykonawca trochę odszedłem od stylistyki klasycznej.
Jako laureat wielu konkursów muzycznych jaką Pan ma opinię na ich temat?
– Z własnego doświadczenia wiem, że biorąc udział w konkursach trzeba umieć się oswoić z możliwością porażki, wtedy to ma sens. Przygotowanie, nakład pracy, energii i pieniędzy prędzej czy później przyniesie rezultaty. Wygrana to sytuacja jedna na milion, idealna, ale moim zdaniem sama droga, żeby wystąpić, przygotować program, jest warta wysiłku, ważna dla własnego indywidualnego rozwoju. Jako muzyk już kilkadziesiąt lat temu zdałem sobie z tego sprawę, jak ważna jest umiejętność poradzenia sobie z niepowodzeniem. I że nigdy nie powinno być powodem, żeby się wycofać, tylko podnieść się i działać dalej. W naszym zawodzie psychika odgrywa niesamowitą rolę.
Chciałbym zakończyć rozmowę cytatem z Claude’a Debussy’ego: „Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne – nie potrafi oddać wyrazu; muzyka jest tworzona dla niewyrażalnego.” Jaki jest Pana stosunek do muzyki? Czym jest w Pana opinii?
– Muzyka jest bardzo ważną częścią mojego życia. Nie tylko jako pasywny słuchacz, ale również jako wykonawca mam to szczęście, że mogę ją również kreować i prezentować publiczności tak, jak ją sobie wyobrażam. Claude Debussy trafnie to powiedział. Gdzie słowa są bezsilne, tam przychodzi uczucie, wrażenie, które jest nieopisywalne. Można je zamknąć w nutach, ale niekoniecznie, tylko zagrać dźwiękami. Czy będą zapisane, czy interpretowane na żywo, jest obojętne, jeżeli tylko dotrą do publiczności.
rozmawiał: ŁUKASZ GIŻYŃSKI
+ foto: Maciej Gołębiowski aka Michel Belog podczas wykonania „7 Światów – suity crossover na klarnet, perkusję i orkiestrę” w Filharmonii Częstochowskiej 17 października 2025 roku
Autor: Agnieszka Małasiewicz, Filharmonia Częstochowska
