PROBLEM POPRZEMYSŁOWY


Była fabryka. Funkcjonowała ona w sercu miasta przez blisko sto lat. W czasach powrotu do gospodarki rynkowej jej przydatność okazała się zerowa. Upadła. I dziś w sercu miasta mamy górę złomu, odpadów budowlanych, skażoną ziemię…

Problem terenów poprzemysłowych zaczyna być sprawą coraz istotniejszą. W ciągu ostatnich dziesięciu lat nasza gospodarka przeszła ogromny proces restrukturyzacyjny. Nie jesteśmy tu wyjątkiem. Wszędzie, w całym świecie, w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat odbywał się proces podobny. Odchodziły w niebyt potężne zespoły fabryczne zajmujące kilkadziesiąt (kilkaset) hektarów. Zagospodarowanie terenów poprzemysłowych „przećwiczone” było w Pittsburghu (USA), w Nadrenii – Westfalii, w Lille, w Manchester… W latach 60-tych Nadrenia – Westfalia przypominała nasz Górny Śląsk, była krainą pełną wielkich hut i kopalń węgla. Dziś znajdujemy tu zupełnie inny krajobraz.
Zmienia się także krajobraz Częstochowy. W niebyt odchodzą wielkie zakłady włókiennicze, wyraźne „odchudzenie” dotyczy huty. Zagospodarowanie terenów poprzemysłowych także i u nas przestaje być abstrakcją. Dlatego pozwolimy sobie przedstawić omówienie referatu pani dr Anny Starzewskiej – Sikorskiej z Instytutu Ekologii Terenów Uprzemysłowionych, przedstawionego na konferencji w Chorzowie.
„Problem terenów poprzemysłowych jest już od kilku lat postrzegany jako jedna z najważniejszych barier rozwoju regionów (…) Są to obszary o atrakcyjnej lokalizacji, wyposażone często w infrastrukturę, powiązane z zapleczem miejskim, o bliskim i łatwym dostępie. Obszary te występują w różnych analizach jako mocna strona regionu z punktu widzenia strategicznych możliwości rozwojowych” – tak dr Starzewska widzi mocne strony tych terenów. Znamy to i z naszego doświadczenia. Nasza podstrefa SSE zaczęła funkcjonować, gdy wyznaczono ją na dobrze uzbrojonych i dobrze skomunikowanych terenach poprzemysłowych przy hucie „Częstochowa”.
Dobra lokalizacja i dobre uzbrojenie, to jasna strona poprzemysłowej rzeczywistości. Ale obciążeniem tych terenów są skażenia środowiskowe. Duże zakłady funkcjonowały zazwyczaj bez odpowiednich zabezpieczeń, emitowane przez nie zanieczyszczenia degradowały glebę, wody powierzchniowe i gruntowe. Na Górnym Śląsku są całe obszary miast (Bytom, Radzionków, Piekary Śląskie, Miasteczko Śląskie) zanieczyszczone metalami ciężkimi, pochodnymi przemysłu. Podobnie wysoki jest stopień zanieczyszczania substancjami ropopochodnymi i węglowodorami. Zanieczyszczenia oddziaływać mogą na zdrowie pracowników. Często więc z tego właśnie względu inwestorzy rezygnują z budowy nowych przedsiębiorstw na terenach poprzemysłowych. Wolą zaczynać „od zera” na „zielonej łące”.
Istotną więc rzeczą jest rozpoznanie ryzyka. A więc rozpoznanie stopnia zanieczyszczenia i poziomu oddziaływania na zdrowie ludzkie. Są różne formy wykorzystania terenów poprzemysłowych. Wiadomo, że inaczej podchodzimy do oczyszczenia gleby na terenach poprzemysłowych jeśli planujemy tu ogródki działkowe, inaczej, gdy przewidujemy osiedle mieszkaniowe, jeszcze inaczej, gdy widzimy w tym miejscu fabrykę samochodów. Ważne, by stopień zanieczyszczeń i ich rodzaj był dobrze rozpoznany.
Pani Starzewska wskazuje także inne bariery. Może to być bariera społeczna – wraz z upadkiem zakładu ludzie przenoszą się do innych miejsc zamieszkania. Jest więc teren – brak jest w pobliżu potencjalnych, przygotowanych pracowników gotowych podjąć pracę w nowym zakładzie. Ta bariera częściej jednak nie dotyczy braku ludzi, lecz ich kwalifikacji. Mieszkańcy w pobliżu terenu poprzemysłowego przez kilkadziesiąt lat przyzwyczajeni byli do swoistej monokultury. Z dziada pradziada kształcili się na górników czy hutników; trudno im nawet zrozumieć potrzebę przekwalifikowania się. Dlatego (tu już pozwalam sobie wystąpić poza tezy pani Starzewskiej – Sikorskiej) rewitalizacja terenów poprzemysłowych musi się łączyć z inwestycjami edukacyjnymi. Walorem dla inwestorów nie jest sam terenen, jest nim także poziom wykształcenia i możliwości adaptacyjne przyszłych pracowników.
Są także bariery przestrzenne. Zauważmy w naszym przypadku, że huta „Częstochowa” stanowiła zawsze część wyodrębnioną od miasta. Zwalniane tereny pohutnicze nie są więc ujęte w planie zagospodarowania przestrzennego. Z tego też wynika brak ich dobrego skomunikowania, brak włączenia w miejski organizm. Istotne jest tu także (na co uwagę wskazywał architekt miasta Chorzowa, Mariusz Cup) – właściwe postrzeganie substancji terenów fabrycznych. Najprościej bowiem wszystko wyburzyć i zacząć budowę od nowa. Tyle, że wówczas tracimy cenny dorobek cywilizacyjny, szereg budynków fabrycznych stanowi ważne dziedzictwo kulturowe. Trudno sobie wyobrazić, ile by straciło nasze miasto, gdyby wyburzono hale browaru Szwedego, hale „Stradomia” czy „Częstochowianki”. Są to równie ważne zabytki naszej przeszłości, jak i kamienice przy Alejach. Trzeba zatem mieć wizję właściwego zagospodarowania terenu, wizję wpisania go w miasto, zachowania tego co cenne, nadania mu nowej formy. I ta wizja musi zostać wpisana w plan zagospodarowania przestrzennego.
Najistotniejszą jednak barierą blokującą możliwość wykorzystania terenów poprzemysłowych są koszty. Szacuje się, że oczyszczenie terenu zdegradowanego chemicznie kosztuje 100-1000 zł/m kw.; przy degradacji morfologicznej koszt ten rośnie do 1000-10000 zł/m kw. W Ostrawie, chcąc zagospodarować teren po koksowni musiano zerwać i wymienić warstwę ziemi na głębokość 2 m. Ten przykład uświadamia wielkość poniesionych nakładów.
Szacunkowe koszty rekultywacji terenów poprzemysłowych w Polsce wymagałyby nakładów rzędu 1 biliona nowych złotych. I w dodatku ten szacunek nie obejmuje składowisk odpadów niebezpiecznych i terenów leżących wzdłuż szlaków komunikacyjnych. Koszt rekultywacji niektórych obszarów wielokrotnie przekracza ich wartość.
W II Polityce Ekologicznej Polski uznaje się za jeden z priorytetów „maksymalne zagospodarowanie nieużytków poprzemysłowych”. Ten problem dostrzegany jest także na szczeblu regionalnym. Rewitalizacja obszarów poprzemysłowych znajduje się w priorytetach strategii rozwoju województwa. Powołany został przez władze samorządowe województwa Społeczny Komitet ds. Zagospodarowania Terenów Poprzemysłowych. Na jego czele stoi poseł Platformy Obywatelskiej Jan Rzymełka. Tworzony jest już system zbierania i przetwarzania informacji dotyczących terenów zanieczyszczonych.
Nadal jednak brak jest odpowiedzi, kto realnie ma sfinansować rekultywację tych obszarów. Prawo ochrony środowiska wskazuje tu właściciela terenu. Problem w tym, że najbardziej zdegradowane obszary znajdowały się w posiadaniu przedsiębiorstw państwowych, które uległy likwidacji. Jan Rzymełka stawia tę sprawę jasno: „Były to państwowe przedsiębiorstwa działające według państwowego planu. To państwo powinno przejąć koszt naprawy ich szkód wyrządzonych środowisku”. Instytut Ekologii Terenów Uprzemysłowionych opowiada się za tworzeniem form wsparcia finansowego pozabudżetowego. Państwo, zdaniem Starzewskiej, powinno tu pełnić rolę pomocniczą. Finansować działania pośrednio służące rekultywacji – programy edukacyjne, systemy informacji, monitoringu i dokumentacji terenów poprzemysłowych. Bezpośrednio działania państwo powinny dotyczyć wypadków szczególnych. Dziś np. państwo uczestniczy finansowo w rekultywacji obszarów po bazach wojsk radzieckich, czy w zabezpieczaniu największego wysypiska odpadów niebezpiecznych w Tarnowskich Górach. Bezpośredni udział państwa nie jest – zdaniem Starzewskiej – formą najbardziej pożądaną z punktu widzenia efektywności ekonomicznej. Uważa, że lepiej tu sprawdzić się mogą instytucje pozabudżetowe. Widzi tu pewien mechanizm – konsorcjum finansowane przez banki komercyjne przejmuje (kupuje) zdegradowany teren, inwestuje w jego rekultywację. Następnie zarabia sprzedając już oczyszczony obszar. Ten system sprawdził się w Stanach Zjednoczonych i Holandii. Istotne w rachunku ekonomicznym jest oszacowanie kosztów, wartość prac związanych z oczyszczaniem nie powinna przekraczać 45% wartości nieruchomości (preferowana jest granica 25%).
Ta metoda może sprawdzić się pod pewnymi warunkami. Musi istnieć wcześnie dokładna informacja o terenach, konsorcjum nabywając dany obszar musi mieć dokładną wiedzę o stopniu jego zanieczyszczenia. Na tej podstawie może przygotować biznes-plan (wyliczenie, w którym wartość terenu poprzemysłowego plus koszt jego rekultywacji jest niższa niż dochód ze sprzedaży oczyszczonego obszaru). W ten program muszą się także włączyć samorządy. Od ich udziału – właściwego wpisania terenu w plan zagospodarowania przestrzennego, odpowiedniej promocji gospodarczej tego miejsca, przyznania odpowiednich ulg w podatku od nieruchomości – zależy powodzenie takiego planu.
Przenieśmy taki teoretyczny pomysł na nasz grunt częstochowski. Przyjmijmy, że huta ma opracowaną strategię rozwoju zakładającą wycofanie się z większości dotychczas użytkowanego obszaru. Co dalej? Może powstać konsorcjum składające się z wyodrębnionej z huty spółki i banków finansujących. Konsorcjum kupuje owe tereny od huty i inwestuje w ich rekultywacje. Równocześnie władze miasta przygotowują plan zagospodarowania przestrzennego tych terenów, inwestują w sieć drogową ułatwiającą jego skomunikowanie. Miasto może też przyjąć projekt tworzenia tu np. „parku technologicznego”, gwarantując przyznanie przyszłym inwestorom pewnych ulg podatkowych. Miasto bierze też na siebie część obowiązków wynikających z promocji tego obszaru, kierowanej do potencjalnych inwestorów.
Taka forma ułatwiłaby zagospodarowanie niewykorzystanych obszarów huty. Częstochowa zyskałaby cenny obszar inwestycyjny, w przyszłości zaś zrodzić się tu może tysiące nowych miejsc pracy.
Jak widać – tereny poprzemysłowe – to nie tylko obciążenie środowiskowe. To może być wielka szansa rozwoju naszego miasta. Pod warunkiem, że jest wola działań, by ową szansę wykorzystać.

JAROSŁAW KAPSA

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code