„Mów mi narcyz”


Częstochowska wokalistka Sylwia Wilfort, występująca pod pseudonimem Sylwia(S), wydała pierwszą autorską płytę „Mów mi Narcyz”. Krążek ukazał się dzięki wsparciu Miejskiego Domu Kultury w Częstochowie.

 

Jak zaczęła się Pani współpraca z Miejskim Domem Kultury, która zaowocowała tak dobrym projektem?

– Do Domu Kultury w Częstochowie uczęszczałam na zajęcia od 15. roku życia. Dzisiaj, gdy tam przychodzę, słyszę: „O, Sylwia przyszła.” To bardzo miłe, że wszyscy mnie pamiętają. Pewnego dnia z panem dyrektorem Miejskiego Domu Kultury Pawłem Musiałem podjęliśmy wspólną inicjatywę w sprawie wydania płyty. Jej producentem został Adam Zarzycki. MDK ma piękne, profesjonalne studio i zadbał o techniczną stronę nagrań i wizualną stronę krążka. Dzięki temu płyta została wydana fachowo, i to stu procentach.

 

To pierwsza Pani płyta, czyli spełnienie marzeń?

– Największych. I jednocześnie zwieńczenie mojej długiej pracy i kolegi Adama Zarzyckiego, człowieka wielu talentów, który napisał muzykę do wszystkich utworów, był producentem płyty i autorem zdjęć do niej. Zatem obydwoje spełniliśmy marzenia. Nie spodziewałam się, bo jestem krytyczna wobec siebie, że będę aż tak dumna z mojej płyty. Mam szczęście w życiu, bo otaczają mnie dobrzy ludzie, którzy dużo dają od siebie. Ktoś mi pisze muzykę do moich teksów, ktoś inny pomaga wydać płyty, czy proponuje wywiad. To są nieocenione rzeczy.

 

Na płycie jest osiem utworów. Teksty są Pani autorstwa?

– Tak. Zabrałam się za pisanie, bo mam kompleksy, że nie potrafię grać na żadnym instrumencie, choć bardzo pragnęłam się nauczyć, i tylko śpiewam. Poprzez pisanie podnoszę sobie swoją samoocenę. Mam nadzieję, że teksty są dobre. Ostatnio w wywiadzie Radio Zawiercie zwrócono uwagę właśnie na teksty moich piosenek. Ze swej strony starałam się, aby album był komplementarny, aby wszystko się ze sobą zgrywało.

 

Tytuł płyty dość zaskakujący. Jaką myśl chciała Pani przekazać poprzez utwór „Mów mi Narcyz”?

– Wszystko zaczęło się właśnie od tej tytułowej piosenki. Zainspirowały mnie tematy psychologiczne związane z osobowością człowieka. Ludzie źle postrzegają osoby narcystyczne, uważają, że są zapatrzone w siebie, a narcyz to bardzo złożona osobowość, która powstaje wskutek różnych, często smutnych przeżyć. Psychologia stała się moim hobby i przeniosłam ją do moich utworów. I tak pierwszy i ostatni są o narcyzmie, drugi – „Ucieczka” – o eskapizmie, czyli osobach, które uciekają w świat fantazji i czasami ciężko im wrócić z niego, przez co czasami zaczyna się im psuć życie.

 

A trzeci utwór „Szepty”, jak widzę, chyba związany z mężem?

– Tak, to piosenka z Projektem 42-200, w którym grał mój mąż Krystian „Smok”, ale jednak to utwór, którego nie słucham. Jest bardzo osobisty, bardzo ważny i długo nad nim pracowaliśmy, ale ciężko się nam go słucha. Oczywiście cieszę się, że jest. Niesie oczyszczenie, dzięki niemu poukładałam sobie pewne rzeczy.

 

Kolejna piosenka to „Lina”?

– To utwór o konformizmie. Też powstał z Projektem 42-200. Mówi o tym, że ludzie, którzy skrajnie podchodzą do życia, w konformizmie często są bardzo nieszczęśliwi. To takie chodzenie po linie, a mało kto to potrafi. Brak własnego zdania, zbytnie uleganie innym – to tworzy konflikt wewnętrzny.

 

Co kryje się pod tytułem piosenki „Okno”? Otwarcie na świat czy zaduma?

– Z jednej strony wybrzmiewa tam chęć zdobycia przestrzeni, ale z drugiej jest on o osobach, które uważają, że są lepsze od innych i zawsze wiedzą więcej. Nie zauważają, że tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Że wszyscy mamy te same prawa, chodzimy po tej samej ziemi i otwieramy okno, i po równo możemy czerpać ze świata. To chyba dotyczy każdego, mnie także. Jak się przeglądamy w lustrze, to tak jak każdy widzimy siebie. W oknach też się odbijamy, ale nie zawsze to widzimy

 

„Prototyp”.

– To ważny utwór, jest o tym, że cały czas jesteśmy jeszcze nie do końca wersją siebie, bo nie wiemy, co się wydarzy za rok i wówczas przecież będę kimś innym niż teraz. Więc teraz jestem jeszcze nie do końca pełną wersją. Czyli chodzi o to, że trudne sytuacje dopiero nas kształtują. W ogóle smutna jest ta płyta, tak sobie teraz myślę.

 

Nostalgiczna. Próba spojrzenia na siebie i innych z różnych pozycji. Może wynikająca z doświadczeń życiowych i spotkań z osobami, z którymi chciałaby się Pani porównać?

– Dokładnie tak jest.

 

I wreszcie „Uczę się oddychać”…

– To jest nareszcie pozytywny utwór, mówi o tym, że z ciężkich sytuacji trzeba czerpać to, co dobre, i się uczyć. Do każdego utworu dołączone są moje krótkie przemyślenia. Przy tym utworze opisuję moje chęci do systematycznego biegania, ale kompletnie mi to nie wychodziło. I dopiero mój mąż, który w sporcie ma spore doświadczenie, powiedział mi: „Zacznij od podstaw, naucz się oddechu jak biegasz”. I faktycznie, jak się nauczyłam oddechu, to bieganie zaczęło mi sprawiać przyjemność. Więc utwór jest o tym, aby w trudnych sytuacjach szukać rozwiązań – prostych. Wówczas wszystko zaczyna się układać. A czasami coś mi nie wychodzi, bo nie zastosowałam prostej zasady – nie włączyłam własnej intuicji. Wówczas myślę dlaczego tego nie zrobiłam, przecież pisałam o tym w swojej piosence.

 

Jakie jest ogólne przesłanie płyty?

– Że cały czas uczymy się siebie. Że musimy siebie słuchać, bo my najlepiej wiemy, co jest dla nas dobre.

 

To płyta dla Pani bardzo ważna. Jak długo powstała?

– Dwa lata. Pisałam utwory, a potem leżały one w szafie. Myślałam, że już się nie uda, aż temat podjął dyrektor Domu Kultury. Zaczęłam odnajdywać moje teksty, do których powstała także muzyka, i nagle wszystko zaczęło się układać.

 

Który z tych utworów jest najważniejszy dla Pani?

– „Ucieczka”. Powstał jako ostatni, i to jest jedyny utwór, który lubię słuchać, bo według mnie jest w nim wszystko jak trzeba. Do pozostałych mam ciągle jakieś zastrzeżenia, a to za duże vibrato, a to zbyt szybko lub za wolno.

 

Przypomnijmy Pani muzyczną historię. Czy wynika ona z tradycji rodzinnych?

– Tak. Śpiewam od zawsze, bo mój tato jest wokalistą i perkusistą. Mój brat natomiast to multiinstrumentalista. Śmieję się, że zabrał mi talenty do wszystkich instrumentów, bo, niestety – nad czym ubolewam – nie gram, ale próbuję, tak tylko dla siebie. Więc to moje śpiewanie wychodziło tak z siebie, było naturalne, bo wszyscy w rodzinie śpiewają, coś robią z muzyką. Pierwszy, debiutancki występ miałam w szkole, w wieku sześciu lat. Wyszłam na scenę i zaśpiewałam, to było takie dla mnie normalne. Mój brat grał, ja śpiewałam. Od tamtej pory śpiewam i przeszłam dużo etapów. Także złości, gdy w gimnazjum stwierdziłam, że mój głos jest beznadziejny i nic z tego nie będzie. Ćwiczyłam, starałam się, a pani w chórze szkolnym ciągle stawiała mnie z chłopakami w jednym rzędzie i mówiła: „Sylwio, masz taki niski głos, że musisz śpiewać z chłopcami”. To było dla mnie straszne, chociaż miała rację. I dzisiaj, gdy jestem dorosła, patrzę na to inaczej. Jak miałam lat 15 zaczęłam uczęszczać na zajęcia wokalne do Miejskiego Domu Kultury w Częstochowie, później, kiedy wróciłam do domu rodzinnego, a pochodzę z Secemina z okolic Włoszczowej, dzięki mojej nauczycielce języka angielskiego w liceum w Szczekocinach trafiłam do Domu Kultury w Zawierciu. Pani spytała, czemu tam nie jeżdżę. No więc wsiadłam do busa i pojechałam. I tak przez rok, pod skrzydłami nauczyciela śpiewu, śpiewaka operowego, pana Leopolda Stawarza, uczyłam się śpiewu. Jak rozpoczęłam studia w Częstochowie, zaczęłam działać na własną rękę. Pisać, występować z zespołem Projekt 42-200. I tak działam do dziś.

 

Zatem oddziedziczony w genach talent do śpiewu szlifuje Pani w dużym wymiarze we własnym zakresie, przy własnej pracy…

– Pracy i jeszcze raz pracy. Z tym talentem to może nie tak do końca… Na szczęście już jesteśmy w czasach, gdzie Internet pomaga w edukacji. Zatem ćwiczę każdego dnia, dzień w dzień. Biedny mój mąż i sąsiedzi.

 

Płyta wydana. Czy są kolejne w planach?

– Nie wiem, czy kolejna, ale zarys już powstaje i mam nadzieję, że już niedługo ukażą się moje nowe wideoklipy. Mam głowę pełną pomysłów, które zapisuję, aby nie tworzyć bałaganu. W pracy i w domu jestem bardzo poukładana, ale artystycznie jestem w pewnym rozpędzie. Zawsze, jak mnie ktoś pytał, czy mam jakieś pasje, odpowiadałam: A wiesz, śpiewam sobie. A odkąd jest ta płyta, to jak mnie ktoś pyta czym się zajmuję poza pracą, mówię: „Jestem wokalistką.” I dążę do tego, żeby mi to zostało, żebym przypadkiem nie straciła weny i zapału. Bo to wszystko to bardzo dużo pracy po pracy. Mnóstwo ćwiczeń, pisania, prób, promocji, e-maili, poszukiwania ludzi do wsparcia przy realizacji kolejnych przedsięwzięć.

 

Czy obecnie występuje Pani? Gdzie można Panią usłyszeć, zobaczyć?

– Jeśli ktoś zechce, to występuję. Ostatnio miałam dwa koncerty w Częstochowie na Starym Rynku, w „Alternatywa 21”. W czerwcu będę też miała koncert w amfiteatrze w Pajęcznie, w październiku w Domu Kultury w Częstochowie. Wszystko jest otwarte..

 

A konkursy? Czy brała Pani udział w jakichś rywalizacjach?

– Raczej nie. Próbowałam dostać się do różnych programów typu: „Szansa na sukces”, „The Voice of Poland” czy do Opola, ale póki co nie miałam szczęścia. Nie jest łatwo, jest tylu zdolnych ludzi. Ale cieszę się, że robię własną muzykę, bo znam swoje możliwości. Wiem, że nie są one wybitne, ale w tym, co sama sobie ułożę, mogę lepiej się pokazać, niż wykonując czyjś repertuar. A do tej pory występowałam głównie gościnnie, przede wszystkim z hip-hopowym zespołem „Projekt 42-200”. Obecnie trochę zmieniło się podziemie częstochowskiego hip-hopu. Kiedyś było bardzo rozwinięte i dużo się działo. Ale znajdują się jeszcze osoby, które słuchają takich piosenek, gdzieś z lokalnych podwórek.

 

Muzykujecie w rodzinnym domu?

– Teraz raczej nie, mój mąż wspiera mnie mentalnie, menadżersko, organizacyjnie. Ma w tym obszarze doświadczenie, więc mogę czerpać z jego wiedzy.

 

Śpiewanie, muzyka, to jak część Pani życia?

– To ważniejsza część. Bez tego trudno byłoby mi żyć. Teraz jak się nad tym skupiłam i tak dużo pracuję, to nawet jak zarwę noc i jestem niewyspana, to jestem bardzo zadowolona.

 

A co w Pani codzienne życie wnosi muzyka?

– Muzyka jest tak ważna dla mnie, że gdybym przestała śpiewać, to na pewno znalazłabym coś, co z muzyką jest związane. W moim domu wszystko kręciło się wokół muzyki, dorastałam w tym klimacie i nie wyobrażam sobie innego funkcjonowania.

 

A jak hip-hop wpłynął na Pani twórczość?

– To dzięki hip-hopowi odważyłam się na pewne rzeczy. Podczas lekcji w Domach Kultury starałam się śpiewać bardzo klasycznie, zgodnie z wytycznymi nauczycieli, szczególnie Leopolda Stawarza, ale hip-hop siedział we mnie. Jednak dopiero przy projekcie ostatniej płyty odważyłam się zarapować i napisałam taką piosenkę. Mój mąż stwierdził, że zrobiłam to super.

A inspiracji poszukuję, słuchając różnych stylów muzycznych. Głównie muzyki hip-hopowej zachodniej, ale też dużo polskiej. A poza tym, zupełnie z innej beczki – słucham muzyki z lat 80. Uwielbiam Ultravox, muzykę elektroniczną. Dlatego na tej płycie są różne style muzyczne, a kolejne utwory to już będzie mieszanka, może nawet wybuchowa. Bardzo szanuję dawnych artystów, bo oni od podstaw sami tworzyli swoją muzykę, sami pisali teksty i muzykę.

 

A najbardziej skryte marzenia?

– Żeby kiedyś żyć głównie z muzyki. Nie mówię, że całkowicie, bo fajnie jest iść do pracy, jeżeli się ją lubi i w niej spełnia, ale żeby muzyka była moim życiem. Żeby kiedyś to, że nagrałam płytę nie pozostało zbyt odległym wspomnieniem. Kiedyś marzyłam o stadionach, estradach, może nie o tysiącach, ale setkach ludzi śpiewających moje piosenki, ale teraz już trochę dorosłam i pragnę po prostu śpiewać dalej.

 

A najważniejsze wydarzenia, koncerty?

– W Zawierciu miałam dwa ważne dla mnie występy. Jeden z nich to gala na sali widowiskowej w Domu Kultury, gdzie były przyznawane ważne nagrody. To było bardzo eleganckie wydarzenie, a ja występowałam w towarzystwie trójki muzyków grających na smyczkach. Drugi koncert był z Marylą Rodowicz, a my, młodzi wokaliści z domu Kultury występowaliśmy wcześniej. I tam był stadion pełen ludzi. Śpiewałam piosenkę Urszuli „Rysa na szkle”. Zeszłam ze sceny z myślą, że tak powinno być co weekend, że to jest to.

 

A czego nauczyli Panią w MDK w Częstochowie?

– Najważniejszych technicznie rzeczy, na które często ludzie nie zwracają uwagi u siebie i u innych. To są odpowiednia dykcja i interpretacja tekstu. Pan Paweł Sołtysik powtarzał: „Tonację się dostosuje, technika – bardzo ważna, ale dykcja i interpretacja są najważniejsze”. Jako piętnastolatka brałam po raz pierwszy udział w konkursie i to był jedyny konkurs, w którym cokolwiek wygrałam, bo zdobyłam drugie miejsce, a to dlatego, że dobrze zinterpretowałam piosenkę. A był to dość trudny utwór: „Czas nas uczy pogody”. Natomiast pan Leopold Stawarz odkrył u mnie coś, z czego w ogóle sobie nie zadawałam sprawy: rejestr głowowy, i mówił, że muszę nad tym pracować. Nawet najlepsi wokaliści idą pod skrzydła trenera i z pewnością osoba mająca wiedzę w temacie spojrzałaby na mnie profesjonalnie. Oczywiście czasem brakuje mi trenera, ale już poznałam się na moim głosie i sama sobie jestem trenerem, bardzo krytycznym.

Czy ma Pani jeszcze inne pasje?            

– Ostatnio odkryłam u siebie pasję gotowania. Wymogło to na mnie zdrowie, odkąd dowiedziałam się, że wiele produktów żywnościowych mi szkodzi. Początkowo gotowanie było dla mnie męczące, ale teraz sprawia mi ogromną radość, co więcej, rozwija moją kulinarną fantazję. Recenzje od męża zbieram dobre, więc chyba dobrze mi to wychodzi. I kolejna pasja to sport – kiedyś siatkówka, teraz bieganie.

 

Czy nuci Pani przy gotowaniu?

– Ja cały czas nucę, ale nie zawsze jest to przyjemne dla słuchacza, bo sobie robię treningi. Wymyślę jakiś ozdobnik, który jest mi ciężko zaśpiewać i go podśpiewuję – w różnym tempie i tonacjach. Mieszkanie z osobą, która ma takie pasje, jest straszne…

 

Mąż chyba nie narzeka?

– No, różnie. Czasem po prostu wychodzi na dwór, czasami chce być miły i mówi mi, żebym się nie przetrenowała.

Dziękuję za rozmowę i życzę zatem spełnienia marzeń. Niech muzyka trwa w Pani sercu i duszy. Niech rozbrzmiewa.

 

 

 

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.