ĆWIERĆ KILO BRAHMSA


Odwiedziłem ostatnio jeden z supermarketów, gdzie zwykle dokonuję zakupów i, jak to człowiek ubogi finansem, ale nie duchem, rzuciłem okiem na obszary, gdzie sprzedaje się w ramach tzw. promocji. Jeszcze niedawno stały tam stosy pojemników z piwem, ale tym razem było to coś o wiele bardziej atrakcyjnego. Klasycy muzyki na wagę. Kasety i kompakty. Wcale niedrogo. Niecałe 10 złotych za kilogram. Przeprowadziłem w myślach kilka szybkich działań matematycznych i zafundowałem sobie pół kilo Chopina, ćwierć kilo Brahmsa i na deser dorzuciłem jeszcze 10 deka Verdiego. Rozśpiewało mi się w duszy, choć wiedziałem, że to unurzanie się w muzycznym klasyku tęgo odbije się na bilansie zakupów, ale co tam. Raz się żyje.
Z powodu tego Brahmsa musiałem ograniczyć wagę zakupu łopatki wieprzowej, a Chopin wyeliminował kiełbasę krakowska podsuszaną i trudno. Nie mam nic przeciwko łopatce z wieprzowiny, szczególnie dobrze przyrządzonej, ale sonaty Brahmsa też nie są od macochy. Przez chwilę przypomniał mi się poemat Norwida „Fortepian Chopina”, gdzie wieszcz konkluduje, że „Ideał sięgnął bruku”. Tym razem ideał sięgnął wagi, ale takie już mamy czasy i obyczaje. Od przygnębienia uratowało mnie spojrzenie na regały z muzyką disco, disco polo i kompakty trzech intelektualnych blondynek Spice Girls albo Old Spice, gdzie ceny towaru były wysokie i godne. Na szczęście, nie cała sztuka traktowana jest obcesowo i per noga, przez wolny rynek. Były też książki na wagę. Pewnie zafundowałbym sobie z pół kilo Herberta, albo sonetów Szekspira, albo nawet z 10 deka wierszy haiku, ale były tylko melodramaty i komiksy. Tymczasem nie jest tajemnicą, że sztuka i artykuły żywnościowe znakomicie się uzupełniają, jeśli tylko kieruje nami wrażliwość i blade światło rozumu. Położone w jednym koszyku Preludium Deszczowe obok włoszczyzny znakomicie przedłuża świeżość warzywa, zaś powieść „Ogniem i mieczem” jest dobrym uzupełnieniem do potraw z grilla. Wie o tym każdy kucharz i każdy krytyk sztuki.
Tak czy inaczej, życie w warunkach wolnego rynku, nieustannie stawia nas przed bolesnymi wyborami, jeśli weźmiemy pod uwagę chudość kiesy. Kiedy przeciętny rodak stanie wieczorem, z banknotem 10 złotowym w kieszeni i z jednej strony ma do wyboru wizytę w muzeum, a z drugiej bar i ewentualność trzech piw – to jest rozdarty jak sosna. Wiadomo, że 90% rodaków wybierze w takim przypadku muzeum, ale niepokój wewnętrzny pozostaje. Oczywiście, mamy czas wakacyjny i tylko to może usprawiedliwić fakt, że pokpiwam sobie z problemów poważnych. Dzisiejszy zglobalizowany świat oferuje nam kulturową papkę. Produkując ją cały wysiłek wkłada w to, żebyśmy się czasem nie namęczyli umysłowo w czasie konsumpcji. Wyzwania, stawianie trudnych pytań, kunszt formy – to wszystko nie jest w cenie, bo się nie sprzeda. Normę wyznaczają seriale, opery mydlane i sitcomy. Ja się nawet na to nie obrażam, bowiem trudno obrażać się na wschody i zachody słońca albo częstotliwość opadów. Większość z nas poszukuje w kulturze rozrywki, odreagowania, ucieczki w świat wymyślony, żeby w nierealnym, choć na moment oderwać się od stresów i problemów, aż nadto realnych. Dlatego mamy to, co mamy. Tzw. sztuka lekkostrawna po cenach wysokich, a mistrzowie i klasycy hurtowo i na wagę.
Dan 17.07.2001

ANDRZEJ BŁASZCZYK

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.