Rozmowa z Martą Honzatko, aktorką i wokalistką Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie


Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie pełen jest wszechstronnie uzdolnionych aktorów. Jednym z nich jest Marta Honzatko – aktorka, ale także wokalista, ponadto występująca swego czasu w krakowskich piwnicach kabaretowych. Postanowiliśmy porozmawiać z artystką, by nie tylko poznać genezę jej zainteresowań, ale również dowiedzieć się, czy w międzyczasie swoich zajęć znajduje chwilę dla siebie.

Jest Pani częstochowianką?

– Nie, urodziłam się w Zielonej Górze, gdzie spędziłam pierwsze 18 lat życia. Kolejne 18 lat życia spędziłam w Krakowie, więc myślę, że przez następne osiemnaście będę związana z Częstochową i, w pewnym sensie, stanę się częstochowianką.

Czy Pani rodzinne strony bądź rodzina inspirują Panią jako aktorkę lub artystkę ogółem?

– Zawsze miałam duże wsparcie od rodziny, mimo, że moja rodzina kompletnie nie ma żadnych powiązań ze sztuką. Z tego, co wiem, to jedynie moja prababcia – której nie zdążyłam poznać – podobno pięknie śpiewała. Moja babcia od strony mamy z kolei też często śpiewała, i to podczas przyziemnych czynności. Jednak aktorów bądź artystów w naszej rodzinie nie było.

A jak, tak właściwie, zaczęła się Pani przygoda z aktorstwem?

– W zasadzie, zaczęła się ona już w szkole podstawowej. Od zawsze ciągnęło mnie do kółek teatralnych, zajęć, które prowadziły panie od języka polskiego, czy do konkursów recytatorskich. Co prawda na początku planowałam zostać weterynarzem, ale los miał względem mnie inne plany. Pamiętam nawet, że zrobili nam kiedyś taki test psychologiczny, na którym napisałam, że chcę studiować w Krakowie aktorstwo. I rzeczywiście, po latach udało mi się te plany zrealizować, więc chyba coś jest na rzeczy! (śmiech)

Czy miała Pani jakąś osobę, „mentora”, którym się Pani inspirowała?

– Zawsze byłam zafascynowana Lizą Minnelli. To wspaniała aktorka i cudowna wokalistka, którą inspirowałam się w młodzieńczych latach. Jeśli chodzi o Polskę, to interesowałam się Edytą Górniak za czasów, gdy rozpoczynała swoją karierę, ponieważ posiadanie głosu takiego, jak jej, było dla mnie marzeniem. Później to zainteresowanie ewoluowało i moich idoli stopniowo przybywało. Jeśli chodzi z kolei o rzeczywistych nauczycieli, to moim pierwszym był człowiek z Zielonej Góry – Krzysztof Mroziński. Chodziłam niegdyś do Studia Piosenki, i tam Krzysztof nakłonił mnie do tego, żeby swoje pasje powiązać z estradą. Potem, jak już przyjechałam do Krakowa, piosenki w szkole teatralnej uczyła mnie Ewa Kornecka, która nauczyła mnie wydobywania aktorskich interpretacji z piosenek.

Jak to się stało, że trafiła Pani do częstochowskiego teatru?

– Powiedziałabym, że wydarzyło się to za sprawą powiązań „mafijno-rodzinnych”. (śmiech) Na początku w Częstochowie pracował tylko mój mąż, Maciek Półtorak. Kiedy jednak okazało się, że ciągle jesteśmy w rozjazdach, wrócił na pewien czas do Krakowa, gdzie w tamtym czasie mieszkałam. Wkrótce jednak teatr za nim zatęsknił, a kiedy dyrektor – Piotr Macalica – dowiedział się, że też jestem aktorką, bardzo chciał mnie poznać. Kiedy się spotkaliśmy, powiedział mi, że brakuje mu do zespołu właśnie takiej osoby jak ja i w ten oto sposób w następnym sezonie występowaliśmy już z Maćkiem na deskach tego samego teatru.

Czy są jakieś typy postaci, które szczególnie lubi Pani grać? Jeśli tak, to jakie?

– Powiem szczerze, że ja najbardziej lubię grać w bajkach. Uwielbiam publiczność dziecięcą – zawsze są szczerzy i bardzo entuzjastycznie reagują. Oczywiście, tak, jak każdy aktor, potrzebuję ról dramatycznych, bo jest to nauka i wyzwanie, podobnie jak role, które w jakimś stopniu są związane ze śpiewaniem, aczkolwiek bajki są dla mnie ogromnym relaksem.

Poza teatrem zdarzało się Pani grać role w filmach i serialach. Proszę powiedzieć, na czym polega różnica w graniu w teatrze, a przed kamerą i który typ „gry” Pani preferuje.

– Miałam zaszczyt zagrać główną rolę w jednym z filmów, w których występowałam – w Czarnym czwartku. To było wspaniałe przeżycie. Epizodyczne role polegają głównie na tym, że przyjeżdża się na plan, na którym działa swego rodzaju maszyna i do tej maszyny trzeba się dostosować. Trudno do końca poczuć „smak” filmu, ponieważ jest się krótko na planie, choć oczywiście wymaga to sporo pracy, bo postać trzeba niekiedy stworzyć dosłownie w jeden dzień. Dłuższe role z kolei to prawdziwa przygoda, gdyż to zupełnie inny rodzaj pracy i zupełnie inny rodzaj, nazwijmy to, skupienia. Osobiście bardzo lubię grać w filmach. Mogę się pochwalić, że nawet ostatnio wystąpiłam w filmie Bejbis Andrzeja Saramonowicza, którego premiera odbędzie się w październiku. Granie przed kamerą to zupełnie inny rodzaj gry – bez nadmiernej ekspresji, a jednocześnie umożliwiający powtarzanie, robienie dubli. W teatrze już tego nie ma, co nie zmienia faktu, że zarówno jeden, jak i drugi rodzaj gry są bardzo pociągające. Nie wiem, czy byłabym w stanie dokonać wyboru, gdyby ktoś kazał mi grać tylko w filmie bądź teatrze. Byłaby to ciężka decyzja.

Czy może Pani powiedzieć coś więcej o roli w filmie Bejbis?

– Za dużo zdradzić nie mogę, niemniej gram tam koleżankę głównej bohaterki, będącą na swój sposób postacią tragikomiczną. (śmiech)

Nawiązując do wspomnianej estrady – występowała Pani w kabaretach Loch Camelot i Piwnica pod Baranami. Proszę powiedzieć, skąd zainteresowanie tego typu twórczością?

– Warto na początku podkreślić, że nie chodzi o typowy kabaret satyryczny, a bardziej klasyczny, artystyczny. Niemniej, o mojej karierze estradowej zadecydował w zasadzie splot wydarzeń. Dostałam się na studia i zainteresowała się mną Ewa Kornecka, ówczesna dyrektor Lochu Camelot, która zaprosiła mnie do śpiewania podczas występów. Później Marek Pacia, z którym mieliśmy zajęcia w szkole teatralnej, a który był dyrektorem artystycznym Piwnicy pod Baranami, zaprosił mnie do występów w tym kabarecie. Przez kilka sezonów biegałam potem między Piwnicą a Lochem, ponieważ obydwa kabarety znajdowały się po dwóch stronach rynku, aż w końcu Piwnica postawiła mi ultimatum, że mam wybrać albo jedno, albo drugie. Zostałam przy Lochu Camelot, ale ostatecznie wyjechałam i zajęłam się innymi rzeczami, skutkiem czego nie miałam już potem czasu na piwnice artystyczne. Trzeba jednak przyznać, że na pewnym etapie rozwoju jest to wspaniałe przeżycie. Z Piwnicą występowałam na różnych wielkich scenach, z Camelotem zaś nawet jeździłam po świecie.

Oprócz typowo artystycznej estrady, zajmowałam się również estradą rozrywkową. Nagrałam płytę z zespołem Honzator, zdecydowanie bardziej nadającą się na dużą scenę. Teraz, po 5 latach, będę go reaktywować wraz z muzykami z Częstochowy. Zapraszam serdecznie na nasze koncerty!

Czy planuje Pani wrócić do kabaretu?

– Do Krakowa już na pewno nie wrócę! (śmiech) Myślę, że jeśli miałabym w czymś takim działać, to raczej w Warszawie lub Częstochowie, ale wolałabym stworzyć coś własnego, ewentualnie na deskach Piwnicy pod Baranami, nad czym zresztą pracuję – chciałabym tam zagrać z chłopakami na jesień.

Tak, jak Pani wspomniała, w 2010 roku zadebiutowała Pani w projekcie muzycznym „Honzatko Rozmontowana”, który później ewoluował, aż w końcu zaowocował wydaniem w 2014 roku płyty Chłopaki na start!. Skąd u Pani zainteresowanie muzyką?

– Właściwie, to ono pojawiło się jako pierwsze – aktorstwo doszło później. Najpierw było wspomniane Studio Piosenki i konkursy wokalne. Potem okazało się, że otworzyli nowy Wydział Wokalno-Estradowy przy szkole teatralnej w Krakowie, co zaintrygowało mnie o tyle, że uświadomiło mi, że można by obydwie te rzeczy połączyć. „Bakcyla” aktorstwo załapałam większego, niż mogłam się spodziewać, ale muzyka i śpiewanie towarzyszyły mi od samego początku.

Jakich wykonawców muzycznych Pani preferuje?

– Powiem szczerze, że ciężko na to pytanie odpowiedzieć. Nie mam niczego ukochanego. Lubię się przyglądać różnym artystom i różnym rodzajom muzyki. Aktualnie jestem zafascynowana muzyczną ścieżką Lady Gagi. To idealny przykład tego, jak można wznieść się na wyżyny komercji i muzyki popowej, by potem stopniowo odsłaniać swoją prawdziwą artystyczną stronę. Jest ona niezwykłą artystką – w tym również, jak się okazało, aktorką – i wielkim wzorem dla mnie. Aż chciałoby się powiedzieć, że jej kariera to kariera-marzenie.

Wykonywała Pani piosenki Marka Grechuty. Czy jest on dla Pani inspiracją?

– Na pewnym etapie twórczości byłam zafascynowana materiałem Szalona lokomotywa. Z całą stanowczością mogę powiedzieć, że w jakimś stopniu mnie to ukształtowało. Zresztą, występowałam niegdyś na jednym z festiwali, poświęconych Markowi Grechucie i pokłosiem tego była możliwość zostania członkiem jury tegoż festiwalu. Przez trzy lata oceniałam potem młodych ludzi, którzy wykonywali jego piosenki, co stanowiło bardzo ciekawe przeżycie. Zdecydowanie jego postać zajmuje ważne miejsce w moim sercu, podobnie jak Grzegorza Turnaua, którego twórczość także wpłynęła na to, co śpiewam dzisiaj.

Czy planuje Pani w najbliższym czasie wydać kolejną płytę bądź podjąć się jakichś nowych projektów związanych z muzyką?

– Tak, jak już mówiłam, będę reaktywowała projekt Honzator, aczkolwiek w zupełnie nowym składzie, co może się wiązać z zupełnie nową jakością. Pracuję także nad swoim osobistym recitalem, więc mam nadzieję, że w nowym sezonie faktycznie będę mogła zaproponować coś nowego. Na razie jednak nie zakładam pracy nad nową płytą, chociaż po drodze jakiś pomysł może się zrodzić. Planuję różne rzeczy, ale nie są one szczególnie mocno sprecyzowane.

Można zdradzić coś więcej a propos nowego recitalu?

– To znaczy, otwieram się na projekt, zakładający pracę z jazzowymi muzykami. Marzy mi się, żeby ze stricte aktorskiego recitalu wynikło jam session.

Przechodząc do tematów nieco bardziej przyziemnych – lubi Pani Częstochowę?

– Lubię. Bardzo dobrze mi się tutaj żyje – przede wszystkim, wolniej. Szczerze mówiąc, wraz z mężem uciekliśmy tu z Krakowa, ponieważ Kraków bardzo się zmienił i stracił tę jakość, którą miał, kiedy przyjechałam tam jako młoda dziewczyna. Być może Częstochowa nie jest tak piękna jak Kraków, ale jednocześnie nie jest tak, powiedziałabym, duszna – łatwiej mi się tu oddycha i funkcjonuje.

A co lubi Pani robić w czasie wolnym?

– Uwielbiam podróże. Właśnie z jednej wróciłam i zaraz jadę w następną! (śmiech) Lubię też spędzać czas na łonie natury. Podoba mi się tutaj w Częstochowie to, że jest Park „Lisiniec”, ponieważ tam można uciec od ludzi nawet w tygodniu. Ponadto, wiadomo, książki. Na ostatnim wyjeździe trochę sobie poczytałam, bo w domu, gdy dzieci biegają wokoło, jest to ciężkie. Oczywiście, czasem trzeba też wyjść gdzieś z przyjaciółmi, ale generalnie, gdy mam wolny czas, mam ochotę uciec od wszystkiego i spędzić trochę czasu ze sobą.

Na początku wspomniała Pani o weterynarii. Czy było to jakieś szczególne zainteresowanie bądź coś z niego zostało do dzisiaj?

– Na pewno mam ogromny sentyment do wszystkich weterynarzy, których znam. Dwoje ludzi z mojego liceum zostało weterynarzami i cały czas obserwuję, jak się rozwijają. Oprócz tego miałam sposobność asystować jednemu znajomemu weterynarzowi przy porodzie psa i ocierać mu okulary z krwi! (śmiech) Zostanie weterynarzem było kiedyś moim marzeniem. Jako dziecko założyłam nawet nieformalny klub miłośników zwierząt. Ciągnęło mnie do tego nawet w liceum, aczkolwiek popadłam w konflikt z nauczycielką biologii, która nie była w stanie przebrnąć przez moją dość ekspresyjną osobowość, przez co ciągle dostawałam słabe oceny. Były one istotne przy zdawaniu na weterynarię, dlatego zniechęciłam się. Od tamtego czasu żartowałam sobie, że spełnię tę ambicję jako aktorka, grając kiedyś weterynarkę na scenie. (śmiech)

Zmierzając już powoli do końca – gdyby nie zajmowała się Pani aktorstwem i sceną, to co wybrała Pani zamiast tego?

– Kiedy zdawałam na aktorstwo, zdawałam równocześnie na dziennikarstwo. Mimo wszystko, zawsze bardziej pociągały mnie humanistyczne kierunki aniżeli weterynaria. Zresztą, od jakiegoś czasu prowadzę cykl wywiadów dla Fundacji Artchata z Krakowa, w ramach którego rozmawiam z różnymi znanymi aktorami, takimi jak Andrzej Grabowski czy Joanna Szczepkowska. Z czasem przekonałam się, że te wywiady mi wychodzą i idą coraz lepiej. Oprócz tego miałam też epizod, kiedy pisałam felietony do gazet. W jednej z krakowskich mam nawet rubrykę, gdzie piszę o wydarzeniach związanych z teatrem. Bardzo mi się to podoba – lubię pisać i rozmawiać z ludźmi.

Czy Pani wywiady można gdzieś obejrzeć?

– Sytuacja wygląda tak, że obecnie wywiady te są streamingowane i tworzone na specjalne zamówienie gminy żydowskiej w Izraelu, aczkolwiek fundacja pracuje nad stworzeniem własnej telewizji internetowej, dzięki czemu takie materiały będą emitowane wszędzie, w tym i w Polsce. Myślę, że to dobrze, bo mamy w planach wywiady m.in. z Januszem Gajosem i Anną Seniuk, więc warto te rozmowy i takich ludzi pokazywać szerszej publiczności.

Czy przekazuje Pani swoim dzieciom miłość do aktorstwa bądź muzyki?

– Bartek Kopeć, nasz kolega z teatru, założył Studio Aktorskie „Mała Rolka”, gdzie uczęszcza mój młodszy syn. Ma tam zajęcia z aktorstwa, piosenki itd. I, rzeczywiście, ma do tego dryg. Co do starszego syna, to chciałaby, żeby śpiewał, bo świetnie mu to wychodziło, jak był mały, aczkolwiek na razie woli sport. Jedno jest pewne – zabieram dzieci do teatru i na koncerty, staram się je uwrażliwiać na sztukę i myślę, że w jakimś stopniu się to udaje. Zdaję sobie sprawę, że zawód aktora jest ciężki i z jednej strony nie chciałabym, żeby moje dzieci w to szły, z drugiej – co innego ja miałabym robić? To moja największa miłość, chociaż bardzo trudna.

Z perspektywy swojego doświadczenia aktorskiego oraz scenicznego, jakich rad udzieliłaby Pani początkującym aktorom i wokalistom?

– Powiem tak – jako młoda osoba zawsze miałam „ciśnienie”. Do wszystkiego dążyłam usilnie i chciałam, żeby wszystko wychodziło jak najlepiej i jak najszybciej. Problem polega na tym, że jak chce się coś osiągnąć na siłę, to człowiek się wypala. Do wszystkiego trzeba podchodzić z dozą cierpliwości. Im większy „luz”, im większy dystans, tym łatwiej wszystko przychodzi. Im więcej zostawimy siebie, im mniej pójdziemy za ogólnym nurtem, tym lepiej. Liczy się przede wszystkim indywidualność, bo ona zawsze się obroni. Życzyłabym więc młodym ludziom, żeby na początku tej drogi mieli jak najwięcej dystansu do samych siebie i swoich celów.

 

Rozmawiał Michał Siciński 

zdjęcie z archiwum prywatnego 

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.