Marzę o spektaklu muzycznym


Rozmawiamy z częstochowską aktorką Teatru im. Adama Mickiewicza PAULĄ KWIETNIEWSKĄ, z którą spotkaliśmy się w Klubie Paradoks podczas jej koncertu w ramach „Młodej Sceny Jazzowej”.
Było to bardzo energetyczne spotkanie. Paula i towarzyszący jej muzycy – Michał Rorat, Bartek Bednarek i Adam Golicki – dali popis sztuki wokalnej i instrumentalnej. Artystka zaprezentowała szeroki wachlarz swoich możliwości interpretacyjnych – od piosenek lirycznych i aktorskich, po utwory swingowo-jazzowe z tzw. „pazurem”, np., „Sing, sing” Maryli Rodowicz. Jak zdradza aktorka, nowy repertuar przygotowała pod wpływem kolegów-muzyków. – Uległam im, a po spontanicznej reakcji publiczności widzę, że dobrze się stało – mówi. Dopełnieniem występu był świetny akompaniament muzyczny oraz żywiołowe solówki instrumentalistów.

Aktorka śpiewająca. Z konieczności czy zamiłowania?
– Absolutnie z zamiłowania. Nic się nie zmieniło od lat. Kocham teatr, kocham śpiewanie.

Jednak w ostatnim czasie dominuje śpiewanie?
– Rzeczywiście, więcej koncertuję i występuję na scenie wokalnej niż teatralnej, ale mam nadzieję, że nadrobię to w najbliższym czasie.

Co zatem słychać u wokalistki Pauli Kwietniewskiej?
– Ostatnio z moimi muzykami byliśmy w Budapeszcie, a 14 lutego graliśmy duży koncert walentynkowy w Warszawie. Dzisiaj mieliśmy, a szczególnie ja, duży sprawdzian, bo dużo utworów wykonaliśmy po raz pierwszy.

Pani muzykowanie nabiera zatem coraz większego rozmachu. Najpierw była piosenka poetycka.
– Tak, zaczęło się w 1991 roku, gdy po raz pierwszy pojechałam do Olsztyna na festiwal piosenki i poezji śpiewanej, któremu przewodniczył wspaniały profesor Aleksander Bardini. Później, głównie dzięki kontaktom z Wojciechem Puszkiem, dość mocno zaprzyjaźniłam się ze środowiskiem jazzowym i… jazzem. Rozpoczęłam współpracę z młodymi, niezwykle utalentowanymi muzykami – pianistą Michałem Roratem i Marcinem Pożarlikiem. Teraz Marcina zastąpił gitarzysta basowy Bartek Bednarek i dołączył do nas perkusista Adam Golicki, który w tym roku kończy Akademię Muzyczną we Wrocławiu na Wydziale Jazzu i Rozrywki.

Czy konfrontuje Pani swoje umiejętności na festiwalach i konkursach?
– Jako licealistka często jeździłam na przeróżne przeglądy, ale później zaniechałam tego. Być może w najbliższym czasie spróbuję sił na Festiwalu Piosenki Aktorskiej. Chciałam na nim wystąpić już w wieku czternastu lat. Niestety, mój akces był zdecydowanie przedwczesny – stwierdzono, że jestem za młoda i odesłano do domu.

Czyli śpiewanie zaczęło się bardzo wcześnie, jeżeli jako czternastolatka czuła się Pani na siłach, by zmierzyć się z trudną materią piosenki aktorskiej?
– Widownię zjednywałam sobie mając dwa latka. Sadzałam na kanapie rodzinę i musieli mnie słuchać. Najwierniejszą publicznością był ukochany wujek, choć wobec niego stosowałam mały „szantaż”. Ciągnęłam go za krawat i mówiłam, że jak nie będzie słuchał, to go „pociągnę za ten sznurek” (śmiech). Wówczas moim hitem – co jest utrwalone na taśmach – było remedium Maryli Rodowicz „Wsiąść do pociągu byle jakiego”. I chyba od tego zaczęła się moja przygoda z piosenką, choć pewnie i wcześniej, gdy mama mi śpiewała do kołyski. Mama jest pasjonatką muzyki, stworzyła przebogaty zbiór płyt – od klasyki do jazzu. W naszym domu zawsze rozbrzmiewała muzyka – albo Chopin, albo Sojka.

Atmosfera domu to jedno, a talent to druga strona medalu.
– Talent jest ważny, ale w tym zawodzie nieodłącznym elementem jest praca. A także podglądanie innych, uczenie się od mistrzów.

Kogo zatem Pani podgląda?
– Ostatnio piosenkarki jazzowe, aczkolwiek cały czas podkreślam, że nie jestem wokalistką jazzową, a aktorką, która śpiewa.

Dała się też Pani zapamiętać z pięknych koncertów kolęd.
– Uwielbiam kolędy i czas Świąt Bożego Narodzenia. Marzę, by polska tradycja kolędowania rodzinnego nabrała więcej mocy. Muzyka ma wielką siłę i trzeba nią budować serdeczność domową.

Jak to się stało, że doświadczona wokalistka występuje na „Młodej Scenie Jazzowej”.
– Czekałam na to pytanie. (śmiech) Chcę nadmienić, że występują tu artyści do 35. roku życia, więc się z powodzeniem mieszczę. Ale szczerze? Było to możliwe dzięki zapobiegliwości wiceprezesa Częstochowskiego Stowarzyszenia Jazzowego Jana Długosza i muzyka Michała Walczaka, którzy prężnie działają w Stowarzyszeniu. Wielokrotnie pytali mnie, kiedy zaśpiewam i wreszcie udało się im mnie namówić.

Co daje Pani śpiewanie?
– Poczucie wielkiej satysfakcji z tego, że jest się na scenie ze wspaniałymi muzykami, że się z nimi tworzy niezapomniane chwile – dla siebie i publiczności.

W teatrze częstochowskim były wystawiane spektakle muzyczne, ale zabrakło w nich Pani.
– Przepraszam, ale myślę, że to nie jest pytanie do mnie.

Również dość rzadko widujemy Panią na scenie teatralnej. Gra Pani jedynie w „Jabłku” i Alibi”, ale te przedstawienia powstały kilka lat temu. Czy Pani nieobecność wynika z braku czasu dla sceny dramatycznej?
– To też nie jest zależne ode mnie. Muszę jednak podkreślić, że „Jabłko” to dla mnie bardzo ważne przedstawienie, wielkie wyzwanie aktorskie, któremu mam nadzieję sprostałam. Z kolei „Alibi”, z którym pojechaliśmy na Ogólnopolski Festiwal Komedii Talia w Tarnowie, przyniósł mi nagrodę aktorską. O tyle istotną, że znalazłam się w gronie wielkich artystów – Krystyny Jandy i Jerzego Treli. Oni również na tym przeglądzie odebrali nagrody.

Czy nagroda była ukoronowaniem Pani dotychczasowej działalności teatralnej?
– Nie chcę mówić o ukoronowaniu, bo mam nadzieję, że jeszcze wiele przede mną. Kolejne role teatralne i filmowe, bo bardzo mi się marzy dobra fabuła. Nagroda jest docenieniem pracy aktora nad rolą i spektaklem. Jest to moment, w którym może on sobie powiedzieć, że wybrał właściwą drogę. Dla mnie była ona wielkim, ale oczywiście przemiłym, zaskoczeniem i jednocześnie potwierdzeniem, że kiedyś podjęłam dobrą decyzję.

Swoją karierę artystyczną zaczynała Pani od śpiewania.
– Od zawsze pierwszym moim pragnieniem było śpiewanie, dlatego zdecydowałam się na Państwowe Policealne Studium Wokalno-Aktorskie w Gdyni. Gdy na trzecim roku studiów otrzymałam rolę dramatyczną, zaczęły się działania na dwóch torach – w Teatrze Muzycznym w Gdyni i Teatrze Dramatycznym im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. W teatrze muzycznym, gdzie skupia się na śpiewaniu, brakowało mi zaplecza teatralnego, podbudowy dramatycznej, postaciowania. To zadecydowało o moim rozwoju w tym kierunku. Kilka lat temu podjęłam studia w Akademii Teatralnej w Warszawie.

Jak Pani trafiła do Częstochowy?
– Pan Marek Perepeczko, dyrektor częstochowskiego teatru, poszukiwał odtwórczyni do roli Uczennicy w „Lekcji” Eugene Ionesco. I tak się szczęśliwie złożyło, że wybrał mnie. Początkowo miałam towarzyszyć na scenie Andrzejowi Iwińskiemu, ale potem obsada uległa zmianie i Profesora zagrał Michał Kula. Za tę kreację otrzymywał później nagrody.

Co najważniejsze jest w życiu artystki?
– Posłużę się tekstem wielkiego Jeremiego Przybory. Napisał kiedyś: „Rodzina, rodzina. Rodzina, ach rodzina. Rodzina nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej ni ma, samotnyś jak pies”. Również dla aktorki rodzina jest najważniejsza, choć mówi się o gwiazdach, które „rodzą role, nie dzieci”. Spełnianie się w zawodzie jest wspaniałe i życzę również sobie, bym mogła się tak realizować, ale nieodłącznym elementem znajdywania radości w tym, co robię, jest dla mnie bliskość rodziny.

Wspierająca rodzina jest z pewnością pomocna w karierze i odniesieniu sukcesu. Co jeszcze?
– Zawsze zadaję sobie pytanie: co jest sukcesem? Czy to, że kogoś widzimy w serialu w telewizji, czy to, że ktoś wytrwale podąża wytyczoną drogą i jest wierny swoim przekonaniom? Dla każdego sukces, to coś innego.

A czym jest dla Pani?
– Tym, że do tej pory, mimo upływu lat, robię to, o czym zawsze marzyłam i że jest to akceptowane przez publiczność.

Kto jest Pani przewodnikiem w aktorstwie?
– Ostatnio uważnie śledzę – między innymi – dokonania sceniczne Janusza Gajosa. Jestem dla niego pełna uznania, jego role są przemyślane i dopracowane w każdym szczególe. Oglądam dużo spektakli, choćby z uwagi na studia. Podglądam, jak aktorzy pracują, rozwijają się pod okiem reżyserów. Wielu jest dla mnie wzorem, wielu mi się podoba. Podziwiam też amerykańskich aktorów, którzy nie grają, tylko po prostu są na planie.

O czym marzy Paula Kwietniewska?
– O stworzeniu spektaklu muzycznego, który wystawiłabym na scenie częstochowskiego teatru. I jeszcze, by zagrać w filmie, by sprawdzić się przed kamerą.

A o jakiej roli?
– Na pewno chciałabym zagrać w Szekspirze.

Dziękuję za rozmowę.

URSZULA GIŻYŃSKA

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *