CZĘSTOCHOWSKIE HISTORIE. „Ściany przemówiły”


– rozmowa z dr. Mariuszem Kolmasiakiem o naukowym projekcie wokół sklepu jego pradziadków Holeczków z Rakowa

 

Panie Doktorze, historia Pana Rodziny jest arcyciekawa i mocno związana z Częstochową. Przypomnijmy najpierw fakt ufundowania przez Pana tablicy pamiątkowej ku czci ofiar niemieckiej obławy sprzed 80 lat, jaka miała miejsce na Rakowie, Ostatnim Groszu, Błesznie i we Wrzosowej, która znajduje się w Sanktuarium św. Józefa na Rakowie i którą poświęcono ponad rok temu – 3 listopada 2024 r. Proszę przypomnieć naszym Czytelnikom, dlaczego był Pan fundatorem tablicy?

 

– Rzeczywiście mam wiele interesujących informacji o przodkach, w tym właśnie o tych związanych z Częstochową, niemniej uważam, że przeszłość każdego z nas, na swój sposób, mogła być ciekawa, tylko nie jest już znana. Od swoich nastoletnich lat pytałem o nią dziadków i krewnych, dzięki czemu dysponuję teraz taką wiedzą.

W obławie z listopada 1944 roku, której ofiarą padło wiele rodzin, Niemcy aresztowali mojego pradziadka Jana Holeczka i jego brata Mariana. Obaj trafili do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen i nie przeżyli wojny – pradziadek trafił do Buchenwaldu, gdzie prawdopodobnie zamordowano go zastrzykiem z trucizną, a wujek został zastrzelony w trakcie próby ucieczki z Marszu Śmierci. To była historia znana mi od najmłodszych lat z opowieści mojej Babci, Marii Ziętali. Historia, która niewątpliwie ukształtowała mnie jako człowieka i historyka.

Po śmierci Babci, która jako świadek była depozytariuszką rodzinnej historii, postanowiłem upamiętnić to tragiczne wydarzenie, w wyniku którego Niemcy aresztowali 159 osób, z czego 65 trafiło następnie do obozów koncentracyjnych. Jako historyk zgłębiłem temat i napisałem artykuł, ale chciałem też trwałego upamiętnienia, stąd – bardzo pozytywnie przyjęty przez ks. Marka Kundzicza, proboszcza Sanktuarium Św. Józefa – pomysł na tablicę. Temat jest wciąż otwarty, ponieważ szukam rodzin kolejnych ofiar, aby zestawić ich pełną listę.

 

Pana pradziadek nie pozostawał bierny w czasie II wojny światowej, współpracował z AK, ale prowadził też sklep. Czy w czasie okupacji sklep pełnił jakąś szczególną rolę? 

 

– Sklep spożywczy pradziadków przy ul. Kunickiego 6 na Rakowie, niezależnie od epoki, w której funkcjonował w latach 1935–1975, a zatem na przestrzeni 40 lat, był niewątpliwie centrum tej niewielkiej społeczności skupionej wokół niego. Szczególną rolę pełnił natomiast jego właściciel, czyli Jan Holeczek. Pradziadek współpracował z Armią Krajową, w związku z czym w naszym domu ukrywali się żołnierze podziemia, byli też wspierani żywnością ze sklepu.

 

Po wojnie sklep wyróżniał się swoją kolorystyką handlową. Dzieci przybiegały do niego, aby kupić: bananki, myszki, ciepłe lody… Proszę także z nami powspominać historię funkcjonowania sklepu Pana Pradziadków w okresie powojennym. Jakie ciekawe losy z tego okresu wiążą się z tym miejscem? 

– Tak, słodycze zapadły w pamięci wielu osób, które podzieliły się ze mną swoimi wspomnieniami. A jest to już około 50 osób przepytanych osobiście i kolejnych kilkadziesiąt, które zareagowały na moje posty w Internecie z apelem o kontakt do ludzi, którzy pamiętają sklep. Dlaczego akurat słodycze dominują we wspomnieniach?

Sklep przestał istnieć 50 lat temu – we wrześniu była rocznica śmierci prababci, będąca symboliczną datą jego zamknięcia. Ludzi, którzy robili tam zakupy jako dorośli, nie ma już wielu. Pozostają więc 60- czy 70-latkowie, którzy byli wtedy dziećmi. Ich wspomnienia też są jednak dla mnie bardzo cenne, w co chyba czasem mi nie wierzą (śmiech). Z każdego takiego okruchu z ich wspomnień buduję opowieść o sklepie. Innych źródeł jest bardzo mało, dlatego tak istotne są dla mnie opowieści osób, które tam bywały, choćby najbardziej błahe.

 

Jak przebiegała kwerenda odkrywania dziejów sklepu i związanych z nim historii oraz losów ludzi? Czy łatwo było dotrzeć do tej wiedzy? 

 

– O sklepie chyba po raz pierwszy usłyszałem, gdy jako gimnazjalista natrafiłem na strychu na pudełko ze sklepowymi szpargałami. Zacząłem pytać moją Babcię i tak wciągnęła mnie genealogia. W temacie sklepu nie byłem niestety zbyt wnikliwy – a przynajmniej nie tak, jak dziś, gdy pytam o szczegóły wyposażenia i asortymentu. Wydawało mi się, że skoro w domu poniewierają się resztki mebli, to dają mi one wystarczające wyobrażenie. Okazało się jednak, że do pewnych pytań się dorasta, choć wtedy niestety zazwyczaj nie ma już kogo pytać.

W tym przypadku impulsem było wystawienie na sprzedaż naszego rodzinnego domu i wynikająca z tego moja inicjatywa przekazania tych mebli do muzeum. Nasze częstochowskie niestety nie było w stanie ich przyjąć, ale na szczęście zainteresowało się nimi Muzeum Historii Polski w Warszawie. Nie chciałem jednak przekazywać eksponatu bez historii. Wstawiłem meble do pokoju, w którym niegdyś mieścił się sklep, i w oparciu o nie wypytałem członków rodziny. Okazało się jednak, że ich wspomnienia nie są wystarczające, dlatego zacząłem szukać innych świadków historii i tak zacząłem zapraszać tam dawnych klientów.

Jednocześnie zacząłem zestawiać nasz sklep z przedwojennymi poradnikami dla kupców, dzięki czemu efekty moich dociekań nabrały waloru uniwersalności. Tym samym z planowanego na początku artykułu zaczęła robić się książka o tego typu małych, prywatnych sklepach sprzed wojny, ukazanych na przykładzie sklepu moich pradziadków.

 

Skąd czerpał Pan wiedzę do swoich badań?

 

– Baza źródłowa niestety jest skromna, ponieważ nie mam zbyt wielu rodzinnych materiałów, brakuje mi też fotografii – są tylko dwie sprzed domu z 1947 r., dość słabe, a kwerendy w archiwach czy w prasie nie przyniosły większych efektów. Także zestaw mebli nie zachował się w całości, dlatego bardzo cenne są ich kawałki, które udało mi się odnaleźć w piwnicy, wtórnie wykorzystane tam w regale na przetwory. To części pojemników na materiały sypkie, które stanowiły dolną część mebla na jednej ze ścian, a które przynoszą mi wiedzę jak mógł wyglądać ten element wyposażenia, choć to tylko hipotezy. W piwnicy znalazłem też wykorzystaną jako ściankę oporową do węgla klapę od takiego pojemnika, która jest kolejnym puzzlem w tej układance. Jej wymiary i sposób przycięcia brzegów pod kątem mogą pomóc ustalić głębokość mebla. Jako historyk po raz pierwszy mam na warsztacie projekt, który wymaga sięgnięcia po tak nietypowe źródła – bo te kawałki drewna to właśnie źródła wiedzy. Jeszcze innym przykładem może być znaleziony niedawno fragment listwy przypodłogowej, którą łączę właśnie ze sklepem. Proszę pomyśleć, sklepu nie ma od pół wieku, a w komórce wciąż poniewiera się takie coś! Jak dla mnie to było niesamowite. Tym bardziej, że może mi ona przynieść ogrom wiedzy: że na posadzce były listwy, jaką miały kolorystykę, gdzie co do centymetra znajdował się otwór drzwiowy prowadzący niegdyś z ulicy do sklepu, a także jak duża była stojąca w tym rogu szafa z beczką na naftę, która najwyraźniej uniemożliwiła wtórne obmalowanie listwy. Tyle informacji z kawałka starego drewna. To mnie uczy, że muszę wziąć do rąk każdą deseczkę, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie pochodzi ze sklepu. Jak również każdy kawałek papieru, bo na strychu wciąż można znaleźć resztki asortymentu czy sklepowych rachunków.

Z jakimi specjalistami współpracował Pan? Na ile ta współpraca okazała się dla Pana pracy badawczej owocna? Czy przyniosła jakieś niespodziewane odkrywcze aspekty? 

 

– W sytuacji bardzo skromnej ilości źródeł pisanych i subiektywności wspomnień świadków historii, staram się wycisnąć ile się da z domu i mebli. Niczym wodę z kamienia. Dom i meble zostały pomierzone przez architektów – prof. Sebastiana Wróblewskiego z Politechniki Wrocławskiej oraz Panów Marcina Cieślę i Łukasza Cykowskiego, dzięki czemu będę mógł na papierze próbować snuć swoje hipotezy na temat wyposażenia sklepu.

Ważnym jej uzupełnieniem jest dokumentacja fotograficzna, którą wykonały mi Maja Wytrzymała i Karolina Zarębska. Ich zdjęcia archiwizują obecny stan domu, który wkrótce niestety zostanie przebudowany i utraci swoje walory historyczne.

Jednak największą wiedzę przyniosły zlecone firmie „Konserwator zabytków – Maria Góralczyk” badania stratygraficzne. Pani Konserwator przebadała ściany i meble, rozwarstwiając skalpelem w wyznaczonych miejscach pozostałości farb, i trafiła tam na warstwy malarskie, z których najstarsza sięga założenia sklepu w 1935 r. Ściany przemówiły, dosłownie. Nie tylko bowiem poznałem różne warianty dekoracji malarskiej, ale także wymiar jednego z mebli, który wnioskuję z faktu, że na pewnym regularnym obszarze ściany znajduje się tylko jedna warstwa farby – ta z 1935 r., co może oznaczać, że jak wtedy postawiono tam mebel, tak stał nieruszany przez kolejnych 40 lat. Mam taką górną część i elementy dolnej, więc mam dodatkowe informacje do hipotezy o jego wyglądzie, a przynajmniej proporcji dolnej i górnej części. Obok tego obszaru są z kolei na ścianie dwie kolejne warstwy farby, ale na różnych wysokościach – starsza na całej ścianie, a młodsza od pewnej wysokości, co oznacza że dostawiono tam jakiś mebel. Mam go. Nie ma na nim pierwotnej warstwy z 1935 r., czyli wszystko układa się w całość – po pewnym czasie, być może w czasie wojny, choć to już moja interpretacja, dostawiono mebel utrzymany w tym samym stylu. To hipotezy, które oczywiście wymagają dalszej analizy, niemniej informacji do nich nie uzyskałbym z dokumentów ani ze wspomnień, mogła mi je dać tylko oryginalna materia, jaką są ściany i meble. Słyszałem opinię, że badanie takiego zwyczajnego sklepu to rzadkość, o ile w ogóle ktoś to robił. Tym bardziej cieszę się, że podjąłem się tego zadania.

Umawiałem się też na przebadanie ściany elewacyjnej kamerą termowizyjną w celu znalezienia pierwotnego układu z drzwiami i witryną sklepową, które zostały przebudowane po zlikwidowaniu sklepu. Specjaliści uznali jednak, że w tak wychłodzonym już domu te badania nie przyniosą miarodajnych wyników. Tu znów wkroczy Pani Konserwator, która od wewnątrz odkuje w kilku miejscach tynki. Na zewnątrz sam skułem tynk na gzymsie, odnajdując na nim otwór okna sklepowego, murek międzyokienny i jedną krawędź otworu drzwiowego. Drugiej nie ma, ponieważ najwyraźniej przy przebudowie przemurowano cegły w tym miejscu.

Znajomi żartują, że jak tak dalej pójdzie, to rozbiorę ten dom – faktycznie, rozbieram szafy i zdejmuję boazerię, zdzieram gumolity i tapety, skuwam tynki i będę pertraktował z rodziną zgodę na usunięcie kilku płytek w łazience, ale tylko w ten sposób mogę zebrać wszystkie potrzebne mi informacje. Kusiło mnie też skucie betonowej wylewki w tym pokoju, żeby sięgnąć do przedwojennej posadzki sklepowej, znajdującej się niemal metr niżej. Choć mam dostęp do jej fragmentu pod łazienką, więc przynajmniej wiem, jak wyglądała, co trochę gasi moje zapędy w tym względzie.

Podejmuję się też badań nieinwazyjnych, jak choćby analizy zdjęć sprzed sklepu, w czym pomaga mi mój znajomy Mirek Szponar, fotograf znany szerzej z koloryzacji starych fotografii. Popracował nad nimi i dostrzegł zarys futryny, co pozwoli mi określić proporcje drzwi i umieszczonego nad nimi okienka. Ale żeby to zrobić muszę na zdjęciu policzyć cegły, aby znając ich wymiary określić wymiary stolarki. To oczywiście mało precyzyjne, choć murek międzyokienny według takich obliczeń ze zdjęcia miał mieć 78 cm, a po odkuciu tynku okazało się, że ma 81 cm. Kilkucentymetrowa różnica to nie jest zatem aż taka wielka nieścisłość.

Ponadto poprosiłem o pomoc innego znajomego – Kamila Langiera, archeologa, którego wielu częstochowian kojarzy na pewno z jego działalności popularyzującej lokalną historię. Weszliśmy do piwnicy pod sklepem, gdzie od razu, dzięki swojej szerokiej wiedzy na temat dawnych produktów spożywczych, zwrócił uwagę na poniewierające się tam w ziemi i gruzie butelki – okazało się, że jedna z nich była po zaprawkach do wódki Kabzińskiego, które faktycznie u nas sprzedawano, inna zaś po przedwojennym piwie. W planach mamy przebadanie tego pomieszczenia, ponieważ może tam być więcej takich pamiątek przeszłości.

 

Czy w poszukiwaniu wiedzy o najbliższych coś Pana zaskoczyło?

 

– Genealogia ma to do siebie, że zazwyczaj zaskakuje, co jest wspaniałe. W przypadku sklepu pozytywnie zaskoczyła mnie jego dekoracja malarska z 1935 r., zwłaszcza bardzo ładna faseta wykonana z szablonu. Częstochowa była prowincjonalna wobec głównych miast Polski, Raków był prowincjonalny wobec Częstochowy, a nasza ulica była z kolei prowincjonalna wobec Rakowa, którego ośrodek znajdował się bliżej huty, a mimo to moi pradziadkowie tak pięknie udekorowali swój sklep. Poczucie estetyki jest więc uniwersalne i ponadlokalne.

 

Proszę powiedzieć, co czuje historyk, który podejmuje się badań naukowych, aby udokumentować losy swojej rodziny?

 

– To przede wszystkim niesamowita przygoda, w której bohaterami są moi przodkowie. W tym przypadku to jednak też świadomość, czy wręcz poczucie odpowiedzialności, że te meble i ta historia to nie tylko sprawa mojej rodziny. Sklep miał szersze znaczenie – lokalne, a przez to, że nie bada się ich, to mój projekt zyskuje znaczenie ponadlokalne, w zasadzie ogólnopolskie. Chyba nie ma przesady w tych słowach, jeśli uwzględnić, że meble trafią do Muzeum Historii Polski, stając się tym samym częścią naszej narodowej spuścizny. To z kolei skutkuje satysfakcją z uratowania tych obiektów i tej historii, która w innym wypadku bezpowrotnie by przepadła.

 

Może na koniec opowiedziałby Pan o swoich najnowszych pracach historycznych…

 

– Niedawno miałem spotkanie autorskie w bibliotece publicznej w Kłobucku i tam jeden z słuchaczy stwierdził, że mam bardzo duży rozstrzał tematyczny. Z jednej strony zajmuję się bowiem Józefem Piłsudskim, a z drugiej sklepem spożywczym moich pradziadków. Odparłem, że dla mnie nie ma tu żadnej różnicy, ponieważ oba tematy wynikają u mnie z genealogii. I tak w ramach tej piłsudczykowskiej tematyki nakładem Instytutu Pamięci Narodowej ukazała się niedawno biografia mojego krewnego – prof. Zbigniewa Wójcika, historyka, opozycjonisty i właśnie działacza piłsudczykowskiego. Na warsztacie mam też gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, z którym moi krewni stykali się w Belwederze, czy również związane z nimi międzywojenne Łazienki Królewskie, czyli monografię miejsca, w którym jestem zatrudniony. Do tego trochę drobniejszych tematów i wiele pomysłów na kolejne, na których realizację zabraknie mi życia.

 

Dziękuję za rozmowę

URSZULA GIŻYŃSKA

 

dr Mariusz Kolmasiak, historyk zajmujący się osobą Józefa Piłsudskiego, adiunkt w Dziale Badań Naukowych w Muzeum Łazienki Królewskie. Autor ponad 120 publikacji, w tym 9 książek. W latach 2012–2020 członek Związku Piłsudczyków RP w Częstochowie. W 2023 r. odznaczony Medalem „Pro Patria” za działalność naukową i społeczną.

 

 

FOTO1

Mariusz Kolmasiak przy gzymsie rodzinnego domu, na którym odkrył ślad po sklepowym oknie, 2025 r. Fot. Karolina Zarębska

 

FOTO2

Mariusz Kolmasiak w pokoju, w którym w latach 19135-1975 znajdował się sklep Holeczków, 2025 r. Fot. Maja Wytrzymała

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *