Z MUZYKĄ (PRAWIE) O WSZYSTKIM. Jazz i renesans


Korzystanie z nowinek technologicznych wiąże się z koniecznością obwarowania pewnym zbiorem reguł. Bez tego mogą wymknąć się spod kontroli, czasem wręcz stanowić zagrożenie. Zasady można narzucić, niekiedy konstytuują się samoistnie, innym razem stanowią naturalną konsekwencję zmian. Są przypadki, że rewolucje prowadzą do utraty pewnego dobra, co nie oznacza, że bezpowrotnie.

Z ciekawą myślą spotkałem się podczas lektury „Muzyki dawnej. Bardzo krótkiego wprowadzenia” Thomasa Forresta Kelly’ego [Fundacja in Canto, Kraków 2024]. Wynalezienie w pierwszej połowie XV wieku druku przez Johannesa Gutenberga wywróciło świat do góry nogami. Możliwość bardziej masowego utrwalania na piśmie wiedzy i literatury przyczyniła się do ich upowszechniania.
Rewolucja dotknęła również muzyki. Do tej chwili możemy posiłkować się głównie owocami mrówczej pracy mnichów i mniszek różnych zakonów, których archaiczne formy – w związku ze specyfiką użytkowania przez zamknięte kręgi wykonawców podczas liturgii i w ściśle określonych okolicznościach – obecnie sprawiają trudności w interpretacji i odtworzeniu w oryginalnej formie. W dodatku były to przede wszystkich msze, motety i inne formy wokalne.
Pieśni świeckie i utwory instrumentalne oczywiście istniały. Ulotnie, podczas jednorazowego występu. Później poszło z górki i zbiegiem lat partytury stawały się coraz powszechniejsze, dzięki czemu dziś możemy cieszyć uszy najwybitniejszymi dziełami Vivaldiego, Bacha, Mozarta, Beethovena et consortes. To niewątpliwie korzyści i to jedne z wielu tego wiekopomnego wynalazku. Rzecz jasna zapis nie mógł być przypadkowy, stąd ukształtowały się zasady jego prowadzenia. W pewnym sensie muzyka została skodyfikowana.
I tu powracamy do wywodu Kelly’ego i konkluzji z niego wynikającej. Sprzed gutenbergowskiego odkrycia nie zachowała się cała masa wybitnej literatury muzycznej, obecnie nie do odtworzenia. Druk spowodował jednak zanik innego nurtu, wartościowego dzięki swej ulotności i czerpania bezpośrednio z chwili natchnienia, czyli improwizacji. Okazuje się, iż taką właśnie praktyką parały się renesansowe consortes (zespoły instrumentalne, na viole, cynki, szałamaje itp.; obecnie mające swoje współczesne odpowiedniki: skrzypce, wiolonczele czy oboje; popularne były też wszelkiej wysokości dźwięku flety proste). Zachowane ryciny i przekazy wskazują, że było to ówcześnie zjawisko powszechne i stojące na wysokim poziomie wykonawczym. Czyli druk spontaniczność w muzyce zabił…
Z tym że – jak to mówią – w przyrodzie nic nie ginie, a przynajmniej nie przepada. Po latach improwizacja powróciła do łask, odradzając się w pełnej krasie pod postacią jazzu, podbijając sale koncertowe na całym świecie i zdobywając serca rzeszy miłośników. Nawet współczesna muzyka klasyczna już od początku XX wieku czerpie garściami z jego dorobku.

ŁUKASZ GIŻYŃSKI

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *