Klasę oboju od dziesięciu lat prowadzi znany w Częstochowie muzyk, pierwszy oboista Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Częstochowskiej, profesor Wojciech Pompka, absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach im. Karola Szymanowskiego, w klasie profesora Tomasza Miczki, wybitnego oboisty, muzyka Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, obecnie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. W rozmowie z „Gazetą Częstochowską” Wojciech Pompka opowiada o szkole i zaletach instrumentu.

Proszę zdradzić jak zaczęła się współpraca z Jasnogórską Szkołą Muzyczną?
– Właśnie obchodzę jubileusz 10-lecia pracy w tej placówce. Moimi pierwszymi uczniami byli: Karolina Ociepa, która w tym roku zdaje dyplom i maturę oraz Kacper Hennig. Współpraca wynikła z rozmowy, była potrzeba i zostałem zatrudniony. Jestem aktywnie grającym muzykiem i swoją karierę związałem z obojem, który pokochałem kształcąc się w Szkole Muzycznej w Częstochowie, w klasie pana magistra Marcina Langnera. Tak mnie zaraził tym instrumentem, że nie mogę już bez niego żyć.
Obój to był pierwszy wybór?
– Zaczęło się od keyboardu, który dostałem na Pierwszą Komunię, ale przygoda potrwała rok. Mocno się zniechęciłem, nawet deklarowałem, że nigdy na niczym nie będę grał. Potem młodszy o siedem lat mój brat miał płucne problemy oddechowe i z zalecenia lekarza musiał dmuchać balonik. Wówczas śp. pan Bogdan Pięta doradził mamie, aby brat rozpoczął naukę gry na trąbce. On ćwiczył, ja go podpatrywałem. Byłem w drugiej klasie gimnazjum i za namową mamy udałem się do pana Bogdana, który polecił mi klarnet. Nauka mnie tak pochłonęła, że w trzy miesiące zrobiłem roczny program. To była ciężka praca, utkana z cierpliwości i codziennej systematyczności. W Szkole Muzycznej chciałem dalej uczyć się grać na klarnecie, ale mówili, że jestem już za stary i dali mi do wyboru cztery instrumenty: obój, fagot, waltornię i puzon. Wybrałem obój.
Czyli niepodważalnie systematyczność to podstawa w edukacji muzycznej najważniejsze…
– Ale małe dzieciaczki muszą wdrażać się stopniowo, na początku ćwiczą po 15 – 20 minut dziennie. W tej nauce oprócz opanowania instrumentu i pokonania trudności technicznych, najistotniejsza jest codzienna praca nad samym sobą, nad motywacją. Nawet, gdy boli głowa, nie ma się siły i ochoty do pracy, a ciągnie do gry w piłkę czy wyjścia na dwór – trzeba wziąć instrument i ćwiczyć. Codziennie kształtować poczucie obowiązku i charakter. Przy okazji rozwijamy cały organizm. Gra na oboju to nie jest to bowiem tylko kwestia dmuchania w niego, to angażowanie i koordynacja całego naszego ciała, wszystkich partii mięśni i zmysłów. Prawa ręka robi coś innego niż druga, nogi trzymają rytm, uszy muszą słuchać co wydobywamy, oczy – czytać co jest na pięciolinii, a nasza głowa to wszystko analizuje. Więc gra to jest bardzo złożony proces pracy umysłowej. Amerykanie zrobili badania na temat pracy mózgu. Istniał mit, że wykorzystujemy tylko do trzech procent naszego umysłu. Zbadano ludzi w różnych aktywnościach i zawodach. Wykorzystano do tego aparaturę w kształcie hełmu z elektronicznymi lampkami, sygnalizującymi aktywność mózgową świeceniem. U wielu ludzi zapalały się tylko pojedyncze lampki w poszczególnych partiach głowy, natomiast gdy ktoś grał na instrumencie lampek zapalało się znacznie więcej, a jak grał w zespole i musiał słuchać nie tylko siebie, ale pozostałych muzyków, to zapalonych lampek było jeszcze więcej, a jak muzyk wszedł do orkiestry, to była to już dyskoteka lampek, rozświetlała się cała głowa, co świadczyło o zaangażowaniu całego ciała i jego samoświadomości.
Stałymi ćwiczeniami synchronizujemy ciało. Przestajemy myśleć o ograniczeniach, następuje rozluźnienie i skupiamy się na muzyce. Nie musimy myśleć nad tym, w jaki sposób wydobywamy dźwięk, a zaczynamy słyszeć wszystko dokoła. Tego uczymy się stopniowo, w zespole: duecie, trio, kwintecie. I wreszcie wchodząc do orkiestry muzyk artysta dochodzi do takiego etapu, że siedząc w środku słyszy siebie, ma świadomość swojego głosu i swojej obecności w zespole, ale także słyszy każdy dźwięk, który go otacza. Staje się częścią całości, słyszy całą orkiestrę razem i każdego muzyka osobno.
Jaką rolę pełni obój w orkiestrze?
– To jeden z trzech najważniejszych orkiestrze, obok pierwszych skrzypiec i pierwszej waltorni. Jeżeli orkiestra ma świetnych tych trzech muzyków, to buduje wysoki poziom, ponieważ to są instrumenty, które mają najwięcej partii solowych we wszystkich epokach muzyki klasycznej. Koncertmistrz skrzypek wyznacza trendy, w momentach solowych wychodzi na prym, ale obój i waltornia to dwaj snajperzy, którzy co rusz zostają sami albo przy cichym akompaniamencie i muszą wyjść nad orkiestrę, świecić, brylować. Odpowiedzialność i satysfakcja ogromne, ale jest mały aspekt, o którym się nie mówi, bo obój i waltornia to dwa najcięższe i najtrudniejsze do grania instrumenty, ale rekompensują to najpiękniejszym dźwiękiem, który rozmiękcza serce. W średniowieczu oboistów wynajmowano do grania romantycznych melodii pod oknem czy balkonem, aby rozkochać w sobie kobietę. Niestety, żeby móc tak pięknie grać i śpiewać na tym instrumencie, trzeba pokonać duży wysiłek. Obój wymaga bardzo dużego ciśnienia wdmuchiwanego powietrza do instrumentu, podobnie jest w waltorni. To instrument dęty, drewniany, gdzie do grania używa się stroika – cienkiej rureczki z przywiązanymi dwoma trzcinami, tak wyprofilowanymi, że w momencie wdmuchiwania powietrza stroik zaczyna drgać i pobudza powietrze do drgania, które przekształca się w dźwięk. Stroiczek ma szerokość od 6 do 7 milimetrów, a średnicę otworu – niecałe pół milimetra, więc powietrze wtłaczamy jak do zatkanej rurki. Dmuchać trzeba tak, żeby powietrza weszło jak najwięcej i z odpowiednią prędkością, aby wytworzyć wibracje. Początki to właśnie nauka techniki dmuchania ze stroikiem – odpowiedniego ułożenia ust, nabierania powietrza.
Jak Pan przekonuje swoich uczniów do tego żeby się nie zniechęcali, bo nauka jest dosyć trudna i trzeba wiele wysiłku, aby poznać i pokochać obój.
– Żeby się nauczyć oboju, tej perełki orkiestry, trzeba utrzymać systematykę i nie poddawać się kryzysom. Sam w swojej karierze chciałem trzykrotnie zrezygnować, nawet na etapie studiów i dziękuję Bogu, i rodzicom, szczególnie mamie, że potrafiła mnie wspierać i dodawać wiary. Gdybym się poddał, nie byłoby tego, co osiągnąłem, a dzisiaj najbardziej sobie cenię moją wspaniałą pracę, to że gram w Filharmonii Częstochowskiej, że robię to, co kocham, że mogę grać na instrumencie i że mogę dzielić się moją muzyką i emocjami na scenie. Dzielić się pasją, moją miłością, uniesieniami i chwilami na estradzie, kiedy wszystko cichnie, zostaję sam, a cała sala nas słucha. Jest to coś niesamowitego, ale żeby dojść do tego miejsca, trzeba przejść bardzo ciężką drogę, która się składa także z porażek, trudności, przykrości, z nieudanych występów, z różnych problemów – tu stroik się zepsuł, tu instrument nie działa, tu zasłabłem, nie miałem siły dmuchać. Nie każdy jest w stanie tę drogę przejść i wytrzymać, ale na pewno wiele to nas uczy. Cieszy mnie również fakt, że jako nauczyciel mogę dzielić się tą drogą i przekazywać swoją wiedzę uczniom, którym życzę jak najlepiej, wierzę w nich i trzymam za nich mocno kciuki. Mam już dwójkę absolwentów i widzę z jaką radością, choć nie związali przyszłości z muzyką, wspominają szkołę i naukę.
Umiejętności pozostają…
– Tak, iluż lekarzy, prawników, prezesów wielkich firm i instytucji, ludzi na najwyższych stanowiskach to absolwenci szkoły muzycznej drugiego stopnia, którzy rozwijali się dzięki nauce gry na instrumencie. Nauczyli się pracy nad sobą, podzielności uwagi, wrażliwości, empatii, szerszego spojrzenia, dostrzegania szczegółów. To sprawiło, że są świetnymi specjalistami w swych profesjach. A muzyka towarzyszy im w życiu, są wiernymi melomanami, stwarzają możliwości kształcenia muzycznego swoim dzieciom.
Często uczniom, gdy czasem zastanawiają, po co ten trud, mówię: „Jeżeli nie chcesz być muzykiem, to musisz wiedzieć jedną ważną rzecz, przede wszystkim nie każdy ma talent, a talent to dar, który dostajemy po to, żeby go rozwijać. Więc jak masz talent do muzyki, to powinieneś go rozwijać, a on ci kiedyś się odwdzięczy.” Jak ważne jest kształcenie muzyczne wskazuje historia. Przecież dzieci królów, książąt, szlachty musiały biegle grać na dwóch, trzech instrumentach. Czy zostawali muzykami? To było dla kształcenia umysłu, bo w tym wieku ucząc się budujemy najsilniejsze narzędzie w życiu, czyli umysł.
Jak sądzę, dlatego powstała Jasnogórska Szkoła Muzyczna. Rośnie bowiem świadomość rodziców o wpływie kształcenia muzycznego na rozwój dzieci. Jak Pan ocenia szkołę, z perspektywy dziesięciu lat?
– Bardzo i szczerze polecam naszą szkołę. Panuje tu wyjątkowa atmosfera, bardzo miło się pracuje. Kadra jest młoda, nauczyciele są pasjonatami, pracują z powołania i dzielą się swoimi doświadczeniami. Najpiękniejszą rzeczą w życiu jest to, gdy twoja pasja staje się twoją pracą. Dla nas, nauczycieli, największą radością jest obserwowanie postępów uczniów, jak pięknie się rozwijają i kształtują, jak nas gonią i daj Boże, niech nas przeganiają i idą w świat, by dzielić się muzyką i pasją.
Podstawą w szkole jest indywidualne podejście do ucznia.
– Pracujemy jeden na jeden, a po latach wytwarza się więź i jesteśmy już jak muzyczna rodzina, znamy się jak łyse konie. Karolina wchodzi na lekcje i już widzę, że dzisiaj to ma zły dzień, albo wchodzi do sali, patrzy na mnie i myśli: o dzisiaj będzie męczył. (śmiech) Każde dziecko jest indywidualnością, ze swoimi problemami, ma inną mentalność i wychowanie, do każdego trzeba znaleźć właściwe podejście i sposób komunikacji.
Jak Pan spełnia się w zawodzie nauczyciela, jak udaje się łączyć zawód aktywnego muzyka z nauką w szkole? Lepiej uczyć czy grać?
– Zdecydowanie lepiej jest grać (śmiech). Uczę, gram i jeszcze dyryguję. Kocham te wszystkie formy pracy muzyczno-artystycznej, zawsze daję 150 procent siebie, ale granie sprawia mi największy komfort psychiczny, ponieważ sam jestem odpowiedzialny za efekt końcowy mojego działania. W nauczaniu, wiele zależy od tego, co zrobi uczeń. Podobnie w dyrygenturze, mogę machać pałeczką, tłumaczyć, a wszystko jest zależne jak to artysta odbierze i zinterpretuje. Zawsze powtarzam uczniom, że możesz mieć najlepszego na świecie nauczyciela, najlepszy instrument, nuty, ale to jest tylko 3-5 procent, 95-97 procent to Twoja ciężka praca. Nauczyciel daje kierunek, instrument jest jak wędka, narzędzie, którym działamy, ale cała reszta, to praca indywidualna. Dlatego serce rośnie, gdy uczniowie, jak na przykład Karolina, chcą pracować, są ambitni i doskonalą swój talent.
Ilu uczniów Pan uczy?
– W tym momencie mam ośmioro uczniów, na różnych poziomach – od pierwszej klasy szkoły podstawowej do klasy maturalnej. Plusem szkoły jest to, że promuje wszystkie instrumenty. Jeździmy do przedszkoli i szkół, organizujemy koncerty edukacyjne na terenie Częstochowy i w regionie.
Dzięki naszym, wspaniałym uczniom z wszystkich klas docieramy do dzieci i młodzieży. Jak mały Tomuś z przebojem wychodzi na scenę i na oboju gra radosne melodie, to jest to najlepsza promocja. Obój jest mało znany, sam kiedyś swoim kolegom, gdy o niego pytali, mówiłem: „to taka fujarka” (śmiech). Teraz działamy, promujemy, aby to zmienić i pokazać jego piękno.
Fujarka, ale z ogromną historią, znana już w starożytności…
– Pierwsze były aulosy i szałamaje, wykorzystywane w aspektach religijnych. Służyły też na wojnach do wystraszenia przeciwnika. Na przodzie szły szałamaje (większe oboje) i tworzyły wrzask. Pokazuje to np. film „Faraon”. Potem robiono mniejsze formy oboju, które miały bardziej delikatny, radosny dźwięk. Z czasem zaczęto wykorzystywać obój w muzyce klasycznej. Dzisiaj służy niemal w każdej muzyce, jest nawet kilku oboistów, którzy się zajmują stricte muzyką jazzową. Studiując w Katowicach miałem przyjemność współpracować z wydziałem jazzu i muzyki rozrywkowej, bardzo dobrze to wspominam.
Jest to zatem uniwersalny instrument, ale nade wszystko – miłosny. Mamy kilka odmian oboju. Od oboju barokowego, obój miłosnego (oboe d’amore); rożka angielskiego (corno inglese); obój myśliwski (oboe da caccia), po współczesny obój systemu francuskiego który przez został tak udoskonalony na przestrzeni wieków że jest najczęściej wykorzystywany i stał się wręcz uniwersalnym instrumentem. Choć pozostałe odmiany również są wykorzystywane ze względu na swoje indywidualne i nie powtarzalne brzmienie, które ciężko jakkolwiek zastąpić.
Jacy kompozytorzy specjalizowali się w pisaniu utworów na obój?
– Był nim Antonio Pasculli, włoski kompozytor, który wykreował linię koncertów i utworów wirtuozyjnych na obój. Potem Eugenio Bocce. W romantyzmie kompozytorzy przepisywali obojowi solowe partie w koncertach. Brahms napisał Koncert Skrzypcowy, w którym obój w drugiej części gra główny temat, tak piękny, że nawet skrzypek dla którego został napisany ten koncert powiedział: „Jak mogłeś dać najpiękniejszą frazę obojowi, to jest koncert na skrzypce, a obój kradnie wszystko”. Ale myślę że to w baroku nastąpiło największe wyróżnienie tego instrumentu. Vivaldi, Albinoni, Teleman, Handel, Bach – każdy pisał koncerty na obój.
Jak wiem, szkoła dba o instrumentarium.
– Uczniowie przechodząc do nas, dostają stroiki, mogą też wypożyczać dobrej klasy instrumenty. To duży plus, jak ja chodziłem do szkoły było bardzo ciężko z instrumentami. Były przestarzałe, w kiepskiej kondycji, a praca na nich zamiast dawać frajdę, sprawiała masę problemów i zmuszała do cotygodniowych regulacji i napraw. Teraz to wygląda zupełnie inaczej. Tak więc fajna szkoła, instrumenty są, nauczyciel nawet nie męczy za bardzo(śmiech). Wspaniałe warunki do rozwoju, potrzebne są tylko dobre chęci i zapał. Warto przyjść do nas, zapoznać się z instrumentem i jak się jest przekonanym, to wybrać obój. Zapraszamy na dni otwarte, organizujemy za niewysoką opłatą warsztaty dla dzieci z profesjonalnym nauczycielem. Warto skorzystać, by się przekonać wcześniej, czy chce się uczyć w takiej szkole.
Czy ma Pan jakieś sukcesy na swoim koncie?
– Bardzo dużo działam muzycznie, praktycznie każdego miesiąca gram, bądź dyryguję kilka koncertów. W ubiegłym roku na Jasnej Górze podczas Festiwalu Gaude Mater grałem Koncert podwójny Bacha ze Stefanem Plewniakiem, świetnym skrzypkiem, światowej klasy wiolinista. Miałem kilka znaczących koncertów solowych na przestrzeni naszego kraju. Bardzo też dużo działam jako dyrygent. Miałem też przyjemność prowadzić z pulpitu dyrygenckiego Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Częstochowskiej i tu drugi rok z rzędu podczas Festiwalu Wiolinistycznego im. Bronisława Hubermana ze znakomitymi solistami: Adamem Baudychem (2024r.) oraz Adamem Klockiem i Bartłomiejem Niziołem (2025r.). To z takich największych moich osiągnieć z ostatniego czasu, a zagłębiając się wstecz można by jeszcze wymieniać. Na szczęście cały czas dużo się dzieje w moim życiu artystycznym i nie tylko, przez co nie ma zbyt wiele czasu na rozmyślanie o tym co było. Cieszę się tym wszystkim, uczę i wyciągam wnioski, a przede wszystkim patrzę do przodu i wykorzystuję ten dar, który mi dano, czyli muzykę i staram się jak najlepiej dzielić nim z innymi.
Dziękuję za rozmowę
URSZULA GIŻYŃSKA
