Michał Świącik: Mecze przegrywaliśmy nie tylko przez Fredrika Lindgrena


„Nie dramatyzowałbym, że to „tylko” piąte miejsce. Należy bowiem pamiętać, że wiele polskich zespołów tak naprawdę uczyniłoby wszystko, aby znaleźć się w PGE Ekstralidze, a następnie w niej być i nie schodzić poniżej piątego miejsca” – mówi Michał Świącik, prezes Włókniarza Częstochowa. Co jeszcze w rozmowie z „Gazetą Częstochowską” przekazał działacz? Zapraszamy do lektury!

 

Eltrox Włókniarz Częstochowa po raz drugi z rzędu zajął piąte miejsce w PGE Ekstralidze Choć w pewnym momencie na nowo odrodziły się nadzieje na awans do rundy play-off, to niestety koniec końców ponownie trzeba było obejść się smakiem…

– Naszym, założonym wspólnie z trenerem, zamiarem był awans do play-offów. Ubolewamy nad tym, że nie udało nam się wejść do tej fazy. Przyczyną takiego stanu rzeczy była bardzo mocna zmiana składu Włókniarza (w porównaniu do sezonu 2020 – dop. autor). Postawiliśmy na jego odmłodzenie, pozyskując m.in. Bartosza Smektałę czy Kacpra Worynę. W sezonie zdarzały się mecze, które przegrywaliśmy stratą 2–4 punktów, co oczywiście odbiło się na naszej pozycji w tabeli. Z drugiej strony, nie dramatyzowałbym, że to „tylko” piąte miejsce. Należy bowiem pamiętać, że wiele polskich zespołów uczyniłoby wszystko, aby znaleźć się w PGE Ekstralidze i nie schodzić poniżej piątego miejsca. Pragnę również przypomnieć, że w 2016 roku nie było nas w ogóle w żużlowej Ekstralidze. Cały czas walczymy i staramy się iść do przodu, a – przypomnę – że w międzyczasie był brązowy medal. Zbudowanie młodego składu niosło za sobą pewne ryzyko. W naszym przypadku skończyło się pozycją poza czwórką najlepszych, choć wiele nie brakowało by być wyżej.

Który Pana zdaniem mecz doprowadził do braku awansu do fazy finałowej? Czy był to przegrany pojedynek jedenastej kolejki ze Stalą Gorzów u siebie bądź porażka ze Spartą Wrocław na wyjeździe w dwunastej. A może któraś z jeszcze wcześniejszych przegranych na własnym torze z Unią Leszno albo, właśnie, ze Spartą? Opinie na ten temat były różne.

– Mogliśmy awansować do play-offów, na wyjazdach w Toruniu, Gorzowie, Lesznie i we Wrocławiu, gdzie udowodniliśmy, że potrafimy pokazać pazur i jeździć na wysokim poziomie. Ale stało się inaczej. W mojej opinii, nie powinna się nam przytrafić pierwsza przegrana na własnym torze z Unią Leszno (11 kwietnia br. – dop. autor). Tym bardziej, że w pierwszej serii tego spotkania pokazaliśmy skuteczną jazdę. Z Lechem Kędziorą (obecnym trenerem Włókniarza Częstochowa – dop. autor) będziemy analizować przyczyny błędów naszej drużyny. Niezrozumiałe dla mnie były decyzje odnośnie kosmetyki toru wprowadzone podczas tego pojedynku, po pierwszej serii. Chyba mogę zdradzić, że w początkowej fazie meczu z całej Polski przychodziły do mnie wiadomości SMS-owe, w których wróżono nam wysoką wygraną i nagle, przy niskiej temperaturze, niesamowitej wilgotności powietrza i bardzo namokniętym torze, zapadło postanowienie o wyjeździe na tor polewaczki. Po tych pracach widzieliśmy, jak losy meczu radykalnie się zmieniły na korzyść gości. Jeśli chodzi o mecz ze Spartą Wrocław, to jeden z moich znajomych ze stolicy Dolnego Śląska powiedział mi: „Podeszliście do tego starcia bardzo wystraszeni. Dało się to zauważyć w parku maszyn”. Trudno było mi się z nim nie zgodzić, bo w istocie przed tym pojedynkiem nasza drużyna była bardzo mocno spięta. I wszystko wyszło w trakcie meczu, który przegraliśmy. A w rewanżu we Wrocławiu napsuliśmy nieco krwi Sparcie. Oprócz spotkania z Unią Leszno, uważam, że przynajmniej jeszcze jednego meczu na swoim terenie bezapelacyjnie nie powinniśmy przegrać, a mianowicie 2 lipca ze Stalą Gorzów. Już w czasie próby toru Bartosz Zmarzlik, po odjechaniu jednego kółka, wskazywał kciuk w górę w kierunku trenera Stali Stanisława Chomskiego. Miał w ten sposób przekazać, jakoby tor jest przygotowany odpowiednio pod zespół przyjezdnych. Sami goście po meczu nie ukrywali zdziwienia z przygotowania toru, który bardzo im pasował. O ile zrobienie sypkiego toru pod gości z Lublina można wytłumaczyć, to już pod Stal Gorzów – nie bardzo. Teraz mamy doświadczonego trenera, który wie, że przy toromistrzu trzeba być obecnym podczas prac przygotowawczych. W związku z tym mamy nadzieję, że częstochowska nawierzchnia będzie przypominać tę, na której żużlowcy ścigali się za czasów, gdy Lech Kędziora został pierwszy raz trenerem Włókniarza (2017 rok – dop. autor) i problemy torowe z ostatnich sezonów będą nas omijać.

W trakcie sezonu w związku z nierówną jazdą drugiej linii zespołu wśród kibiców, ekspertów nasuwała się m.in. opcja wystawienia któregoś z juniorów pod numerem tzw. „seniorskim”. Natomiast miejsce rezerwowego miałby zająć ktoś z drugiej linii (do lat 24). Czy takowe rozwiązanie było rozważane również przez sztab szkoleniowy?

– Były momenty, kiedy trener Piotr Świderski dokonywał zmian w zestawieniu, choć może nie w takim stopniu, jak zasugerowano w pytaniu. Jednakże pamiętajmy, że przede wszystkim zależne jest to od zawodników, w tym wypadku juniorów, a więc np. Jakuba Miśkowiaka bądź Mateusza Świdnickiego, czy udźwigną ciężar tej pozycji w zespole. Nie można na siłę wrzucać ich tam, gdzie nie czują się gotowi. Nigdy nie ingerowałem w sprawy dotyczące wystawienia składu czy ustawienia par, bo leży to w obowiązkach trenera. Miałem swoje spostrzeżenia, którymi dzieliłem się z trenerem po meczach bądź sezonie, bo niektóre rzeczy można było rzeczywiście inaczej wykonywać, ale pamiętajmy, że w trakcie zawodów panuje specyficzne napięcie, królują ciśnienie i nerwy.

Po, w opinii publicznej – nie tylko pod Jasną Górą – nie do końca udanym sezonie zastanawiano się, co dalej z Fredrikiem Lindgrenem, mimo jego słabej jazdy i ważnej umowy z klubem. Szwed ostatecznie pozostał we Włókniarzu. Jednakże czy były po sezonie, lub nawet w jego trakcie, prowadzone rozmowy z samym zawodnikiem na temat jego przyszłości w „biało-zielonej” drużynie?

– Uważam, że nie można mówić o nieudanym sezonie. Bo gdyby taki był, to walczylibyśmy o utrzymanie, bądź spadlibyśmy. Opinia, że nasza końcowa pozycja świadczy, iż sezon nam się nie udał, jest niesprawiedliwa. W toku takiego rozumowania, czy nasza ewentualna walka o ekstraligowy byt lub spadek wiązałyby się z końcem klubu? Spójrzmy na przykładzie Apatora Toruń, który w ubiegłym roku wrócił do Ekstraligi. A teraz jest tak „dozbrojony”, że być może będzie dzielił i rządził w najwyższej klasie rozgrywkowej. Natomiast jeżeli chodzi o Fredrika Lindgrena, oczywiście, że z nim rozmawialiśmy. Martwiliśmy się jego postawą. Pytaliśmy co się dzieje. Nie ma co ukrywać, że jest to zawodnik, który miał pełnić rolę jednego z dwóch liderów. Naszym zdaniem jego słabsze mecze mocno oceniane były przez przegrane mecze, których autorami byli również inni zawodnicy. Proszę pamiętać, że przegrywaliśmy spotkania nie tylko z powodu słabej jazdy Fredrika Lindgrena, ale też słabszej postawy pozostałych zawodników. Każdy kibic, do czego oczywiście ma prawo, doszukiwał się brakujących punktów. U kogo? Głównie u drugiego lidera, czyli „Fredki”. Ale nie doliczył tego, że jakby ktoś z pozostałej trójki seniorów w danym meczu zdobył choćby o jeden czy dwa punkty więcej, to wtedy wynik byłby inny. Przyczyną nienajlepszej jazdy „Frieddiego” był jego trudny rok. Choroby, rozłąka rodzinna, choroba dziecka, do którego nie mógł dojeżdżać przez odizolowanie w Polsce, odbijały się na jego psychice. Ktoś spyta, dlaczego jeździł lepiej w Grand Prix? Lecz tam nie ma nad głową drużyny, klubu, kibiców, sponsorów i hejtu. Jedzie sam dla siebie.

 

Nie jest tajemnicą, że Fredrikowi Lindgrenowi nie układała się współpraca z byłym już szkoleniowcem ekipy z Częstochowy, Piotrem Świderski. Było to widać zwłaszcza w meczu ostatniej kolejki PGEE w Grudziądzu. Proszę powiedzieć, czy właśnie ta konkretna sytuacja na linii zawodnik-trener nie tyle była, a mogła być powodem dyskusji, które odbywaliście razem z „Freddiem”?

Nie wiem, czy była, ale mogła. Na pewno słabsza jazda Fredrika w minionym sezonie mogła być również spowodowana tą sytuacją. Zawodnik, który w pewnym momencie ma obniżkę formy powinien czuć wsparcie trenera, który winien być ostoją w takich chwilach. Jeżeli zaś żużlowiec tego rodzaju pomocy nie otrzymuje lub otrzymuje ją w niezrozumiały dla siebie sposób, zaczyna tworzyć się problem. Nie będę tutaj negował pracy Piotra, bo tak czy siak dobrze się z nim współpracowało. Myślę natomiast, że Piotr z pewnością musi nabrać doświadczenia w współpracy z zawodnikami klasy światowej. Należy wiedzieć, że każdy z nich jest to odrębna indywidualność, ma swój charakter. I każdy z nich potrzebuje innego podejścia. Na pewno Piotr będzie tych cech dopiero nabierał. Tak jest z każdym trenerem na początku kariery. Być może na kanwie tego powstawały różnice zdań między zawodnikami zagranicznymi, w tym Fredrikiem Lindgrenem, a trenerem.

Skład drużyny pozostał praktycznie taki sam jak w minionym sezonie. I o ile jeszcze przed zakończeniem sezonu niemalże pewne było, że wszyscy podstawowi zawodnicy dalej będą jeździć w „lwim” kevlarze, to jednak niepokojąca wydawała się sytuacja z Jakubem Miśkowiakiem. W zasadzie dopiero pod koniec okienka transferowego oficjalnie ogłoszono, że obecny mistrz świata juniorów zostaje we Włókniarzu. Dlaczego?

– Już dwa miesiące przed rozpoczęciem okienka transferowego wiedzieliśmy, że Kuba nadal będzie jeździć w Częstochowie. Wszystko wspólnie uzgodniliśmy. Co rok zresztą tak postępujemy. Nigdy nie mieliśmy z tym problemu, zarówno my jak i zawodnik. Podaliśmy sobie ręce tuż po ostatnim meczu w rozgrywkach ligowych. Wiedziałem, że decyzja Jakuba w żadnym razie się nie zmieni. Dziwi mnie fakt, że mimo tej wiedzy prezesi innych klubów dzwonią i próbują zmienić decyzję zawodników.

Może Pan zdradzić, które to były kluby?

Jest kilka takich. Natomiast ja nie mogłem zrozumieć zachowania tych prezesów, którzy wykonywali telefony do żużlowców, mających podpisane wieloletnie kontrakty z naszym klubem. Mówię tutaj chociażby o juniorach, Mateuszu Świdnickim i reszcie. Tym bardziej jest to dziwne, że te telefony były kierowane bezpośrednio do nich, a nie do klubu. Wszak w takim okresie klub jakby pełni też rolę menadżera zawodnika.

Odejście Bartłomieja Kowalskiego nikogo nie zaskoczyło. Zaskoczeniem natomiast był szybki punkt zwrotny w jego sprawie. Był on mocno łączony ze Stalą Gorzów, tuż przed rozpoczęciem okienka transferowego w sieci pojawiło się nawet słynne zdjęcie młodego zawodnika w barwach klubu z woj. lubuskiego w towarzystwie m.in. prezesa Marka Grzyba. Wybór jednak padł na Spartę Wrocław. Czy Państwo jako klub Włókniarz nie byliście zdziwieni takim obrotem sytuacji?

– Nie, posiadaliśmy wcześniej wiedzę, że zawodnik rozmawiał z kilkoma klubami. GKM-em Grudziądz, Apatorem Toruń, Stalą Gorzów, a na koniec wybór padł na Wrocław. To była decyzja żużlowca. Co do sposobu tych rozmów z poszczególnymi klubami, nie będę się wypowiadał. Myślę, że to jest sprawa Bartka.

Sam Bartłomiej Kowalski, w momencie odejścia, wyrażał chęć powrotu do „Lwów” w przyszłości. Wiem, że to pytanie zadaję za wcześnie, ale czy możliwe będzie ponowne pozyskanie wychowanka szkółki Janusza Kołodzieja po sezonie 2022? Wtedy wiek juniora kończyć będą Jakub Miśkowiak i Mateusz Świdnicki.

– Wszystko może się zdarzyć. Jeśli zarówno z naszej jak i Bartka strony wyjdzie zainteresowanie nawiązania ponownej współpracy, to na pewno będziemy rozmawiać.

Co rok, także w Częstochowie, pojawia się temat Maksyma Drabika. Już od dłuższego czasu praktycznie wiadome było, że zasili on szeregi Motoru Lublin. Czy jednak były podejmowane jakieś kroki, aby zakontraktować młodego „Drabsona”?

– Z naszej strony – były. W tym roku osobiście próbowałem się z nim skontaktować, natomiast od razu podziękował. Szkoda, bo może i mielibyśmy poważne wzmocnienie drużyny. Nie wiem, co jest powodem takiej postawy żużlowca, zwłaszcza że w okresie przejściowym między sezonami 2018 i 2019 praktycznie dwiema nogami był już we Włókniarzu. Być może jeszcze kiedyś wystartuje z „Lwem” na piersi, czego sobie i jemu życzę. Startuje teraz u moich kolegów: Jakuba Kępy i Piotra Więckowskiego i życzę mu jak najlepiej.

Nowym-starym zawodnikiem w zespole będzie Rune Holta, z którym podpisaliście kontrakt warszawski. Z tego zapisu wynika, że w każdej chwili żużlowiec może zostać wypożyczony do innego klubu. Jednakże, gdy będzie potrzeba i możliwość, skorzystacie z jego usług?

– Na tę chwilę z Rune Holtą jest podpisana umowa warszawska. Nie braliśmy go pod uwagę jako zawodnika, ścigającego się w przyszłym roku we Włókniarzu Częstochowa i nawet nie rozmawialiśmy z nim na ten temat. Dopiero pod koniec okresu transferowego Holta zgłosił się do nas właśnie z taką prośbą, którą spełniliśmy.

Czy mimo wszystko obecność we Włókniarzu Norwega z polskim paszportem może być też niejako motywacją dla innych zawodników? Czy w międzyczasie taka koncepcja może się gdzieś rodziła?

– Najlepszą motywacją dla innych zawodników jest odpowiednio ustawiona drabinka punktowa, awansowa etc. (śmiech). Natomiast mówiąc całkowicie poważnie, nie wiem co przyniesie przyszłość. Być może jest to pomysł warty przynajmniej przemyślenia przez trenera.

Zdecydowaliście się na wypożyczenie do Wilków Krosno Franciszka Karczewskiego w przypadku rozgrywek ligowych; w juniorskich dalej bowiem będzie jeździć w ekipie „Lwów”. W ubiegłym sezonie, w wszelkiego rodzaju zawodach młodzieżowych, pokazał, że drzemie w nim ogromny talent. Czy wykonując taki ruch mieliście w zamyśle możliwość jego rozwoju poprzez stopniowe zdobywanie doświadczeń w niższych ligach?

– Można stwierdzić, że jest to etap ułożonego przez nas programu. Od wielu lat dość mocno współpracujemy z klubem z Krosna np. w kwestii wypożyczania zawodników.  Z miłą chęcią widziałbym Franka w juniorskiej kadrze Włókniarza w nadchodzącym sezonie. Chyba nie ma dla tego chłopaka nic lepszego niż walka w ligowych zawodach. Myślę, że właśnie jazda w takiej drużynie jak Wilki Krosno może przynosić należyte efekty dla obu stron. My na pewno zadbamy o usprzętowienie tego zawodnika na jak najwyższym poziomie. Uczynimy wszystko, żeby już w roku 2023 mógł nas godnie reprezentować w lidze. Myślę, że Franciszek będzie dążyć do tego samego. W zestawieniu juniorskim mamy też pozostałych fajnych zawodników, m.in. nowo pozyskanego, rodem ze Rudy Śląskiej, Marcela Kowolika, będącego rodziną z Sebastianem Kowolikiem, który równie niegdyś jeździł z „lwem” na plastronie. Do tego grona dochodzą chociażby Szymon Ludwiczak czy Kacper Halkiewicz. Jest więc w czym wybierać, jeśli chodzi o młodzieżowców. Można też dodać, że już w przeciągu dwóch lat może nastąpić spory dodatkowy wysyp nowych licencji ligowych w dorosłym żużlu w naszym klubie.

W czasie naszej rozmowy wspominał Pan o Lechu Kędziorze. W Częstochowie wiąże się spore nadzieje z jego powrotem na stanowisko trenera drużyny. Kibice liczą na poprawę atmosfery w zespole i lepsze przygotowanie toru za sprawą nowego-starego szkoleniowca. Pamiętamy bowiem, kiedy w sezonie 2017 skazywany wówczas na spadek Włókniarz, pod kierownictwem właśnie Pana Lecha wzniósł się – można rzec – na wyżyny i zajął piąte miejsce w Ekstralidze, ocierając się o play-offy.

– Gdy po tamtym sezonie żegnałem się z Lechem, powiedzieliśmy sobie: „Do widzenia”. Od tej pory mieliśmy ze sobą stały, a zarazem bardzo dobry kontakt. Już dwa lata temu wiedziałem, że powrót Lecha będzie nieunikniony. Rok 2017 to był okres, w którym przez pierwszą połowę sezonu pracował wspólnie z wcześniejszym naszym toromistrzem Andrzejem Puczyńskim, a drugą połowę z następcą „Andzi” Damianem Leszczyniakiem, który zbierał wówczas pierwsze doświadczenia w tym fachu. Oko trenera Kędziory robiło na pewno swoje w kwestiach torowych. Przejdę na chwilę do tematu feralnego meczu z Gorzowem z sierpnia 2020 roku, po którym przyznano walkowera na naszą niekorzyść. Niektórzy kibice twierdzili wówczas, że prezes Włókniarza Częstochowa ingeruje w sprawy torowe. Stanowczo odpowiem: nie ingeruję. Śmiało można o to spytać trenerów: Cieślaka, Kędziory czy też Świderskiego. Wprawdzie zawsze zabiegałem, żeby tor sprzyjał jak najodpowiedniejszym warunkom do ścigania, jeżdżenia, ale nie nagabywałem w tych sprawach żadnego ze szkoleniowców. Nie leży to w moich obowiązkach. Wracając do Lecha Kędziory, wiedziałem, że jest to człowiek, który na bieżąco wszystkiego pilnuje. Potrzebowaliśmy w sztabie szkoleniowym kogoś, kto okiełzna prace torowe. Zaznaczam jednak, że to nie trener przygotowuje nawierzchnię do zawodów, a toromistrz. Trener musi przede wszystkim nadzorować poczynania torowe i wskazywać w jakim kierunku te mają iść. Jestem przekonany – i jednocześnie mam nadzieję – że trener Kędziora swoją obecnością i opieką dopilnuje, żeby tor był przygotowany według określonych procedur i określonego czasu. Chodzi głównie o powtarzalność toru. Wszak ostatnio często się zdarzało, że przy jakichś dziwnych okolicznościach u siebie przegrywaliśmy, a na obcych terenach wygrywaliśmy.

Nowością będą rozgrywki o nazwie „Ekstraliga U24”, w których punkty dla Włókniarza mają zdobywać m.in. Adriej Rozaliuk, Jakub Martyniak, Kajetan Kupiec czy Kamil Król. Możliwość startów w tych zmaganiach będzie miał również Jonas Jeppessen. Jak się Pan zapatruje na te zmagania?

– Jestem zwolennikiem tezy, żeby formować drużynę według własnych myśli. Jeżeli ktoś życzy sobie powołanie do składu Polaków, to też się to czyni. To samo powinno być stosowane, gdy ma się zamiar wystawienia zawodników zagranicznych. Jestem nieco zawiedziony, że „Ekstraliga U24” została przyjęta w takiej formie, gdyż w tych rozgrywkach wolałbym wystawić drużynę składającą się wyłącznie z Polaków. Chciałbym zatem, aby służyły one szczególnie jako możliwość szkolenia i rozwoju naszych młodych zawodników. Stety bądź niestety, w składzie, w ramach tych zmagań, musi być też dwóch obcokrajowców. Na ten moment są z nami wspomniani Andriej Rozaliuk i Jonas Jeppesen. Lada dzień naszą kadrę „U24” ma zasilić jeszcze dwóch obcokrajowców. Na początku sezonu natomiast możliwe, że powiększymy kadrę o kilku zawodników, którzy będą zdawać żużlową licencję. I dla nich też musi być miejsce w tym zespole. Nasuwają się jednakże pytania: kiedy ruszy „Ekstraliga U24” i kiedy odbędą się pierwsze egzaminy certyfikacyjne w 2022 r.? Jak już poznamy odpowiedzi na te pytania, wtedy będziemy wiedzieć jak nasze młode zestawienie będzie wyglądać. My tak czy inaczej podchodzimy do tych rozgrywek, jako stricte szkoleniowe, dające opcję podnoszenia umiejętności. Nie będziemy wywierać presji na nikim, że musi być zdobyty medal w „U24”. Bo te chcemy wywalczyć przede wszystkim w Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów i PGE Ekstralidze.

Jak dobrze rozumiem, ta dwójka nowych obcokrajowców, którzy niebawem najprawdopodobniej dołączą do Włókniarza, ma wzmocnić jedynie formację „U24”?

– Głównie tak, choć niewykluczone, iż rozwiną się oni na tyle, że będą wskakiwać do pierwszej, ligowej drużyny. Sobie – jak również tym nowym zawodnikom – życzyłbym tego. W związku z tym, wiążę także mocne nadzieje z Adriejem Rozaliukiem. Jest to młody, ale bardzo ambitny chłopak ze Wschodu, który chce coś w sporcie osiągnąć. Mieszka już w Polsce. Pracuje i wynajmuje mieszkanie w Częstochowie. Tutaj też pójdzie do szkoły. Notabene płynie w jego żyłach krew sportowca. Był nawet mistrzem Ukrainy w pływaniu w jednej z młodzieżowych kategorii.

Jak, na obecną chwilę, wygląda kwestia sponsora tytularnego? Czy w dalszym ciągu będzie nim firma Eltrox?

– O sponsora tytularnego proszę się nie martwić. Obowiązują nas tajemnice umów biznesowych. Nie mogę aktualnie powiedzieć za dużo w tej sprawie, gdyż w dalszym ciągu prowadzone są rozmowy. Zapewniam natomiast, że Włókniarz nie zostanie bez sponsora tytularnego

Czy już jest znany, przynajmniej, planowany termin przedsezonowej prezentacji? I czy możliwe będzie przeprowadzenie jej w gronie kibiców, mimo panującej wciąż pandemii?

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że w dalszym ciągu trwa okres pandemii. Nie ukrywam, że boimy się pewnych zakazów czy obostrzeń. Prezentacja w Częstochowie była przeprowadzana niemalże zawsze z pełnym rozmachem. Na pewno wszyscy byśmy chcieli, żeby było podobnie przed sezonem 2022. Szukamy też oszczędności. Nie dysponujemy takimi środkami jak w poprzednich latach choćby ze względu na brak kibiców na stadionie podczas niektórych meczów. Na to składa również wyjątkowo, na tle pozostałych ekstraligowych drużyn, zmniejszone wsparcie ze strony samorządu.

Znane są już wstępne prognozy, dotyczące dofinansowania w ramach promocji miasta poprzez sport. Według tych danych, Włókniarz ma otrzymać środki pieniężne w wysokości 1.5 miliona złotych. Czy to kwota, której się spodziewaliście?

– Póki co, to są szkicowe informacje. Uważam, że sport w Częstochowie wyróżnia się na tle innych miast, z tego też względu powinniśmy robić wszystko, żeby utrzymać taki stan rzeczy. W naszym mieście bowiem mamy żużlową Ekstraligę czy piłkarską Ekstraklasę. W 1. Lidze piłkarskiej ponadto bardzo dobre wyniki osiąga Skra Częstochowa. Trudno rywalizuje się z innymi klubami, biorącymi udział w tej samej klasie rozgrywkowej, które mają większe wsparcie. Niektórzy pytają się, dlaczego samorządy mają finansować sport. Taka pomoc w rzeczywistości nie polega na finansowaniu, a wykupieniu reklamy we Włókniarzu czy Rakowie. Jeżeli w innych miastach takie praktyki są stosowane – a my mamy zamiar z nimi rywalizować – to trudno aby u nas było inaczej. Miejmy nadzieję, że to dopiero projekt budżetu.

Chciałbym się zapytać, bo z pewnością to najbardziej interesuje żużlowych sympatyków w Częstochowie, o jasno określony cel w nadchodzących ekstraligowych rozgrywkach. Do fazy play-off na pewno będzie łatwiej awansować w przyszłym roku, gdyż startować w nich będzie sześć drużyn. Jest to więc Wasz plan minimum. Jaki jest natomiast cel maksimum?

– Planem maksimum będzie na pewno złoty medal, zaś minimum, jak – play-offy. Jeśli nie nadarzą się niemiłe niespodzianki, czyli kontuzje czy inne nieprzewidywane kłopoty zawodników, to będzie dobrze. Staramy się podchodzić profesjonalnie i rzeczowo do przygotowywania korzystnych warunków dla zawodników. Nie jest też tajemnicą, że zawodnicy w Częstochowie mają podpisane bardzo dobre kontrakty, że o nich dbamy, że czuć rodzinną atmosferę w klubie. Fajnie będzie, jeżeli u nas wreszcie wszystko zagra jak należy. Poniekąd cieszę się, że w zbliżającym się roku dziennikarze, eksperci, nie wróżą nam pozycji lidera, aczkolwiek z drugiej strony jest to trochę dziwne. Rok temu mówiło się, że ten skład jest na medal. Zestawienia nie zmieniliśmy, a teraz obserwatorzy nie mają takiego samego zdania. Zmierzam do tego, że w polskiej lidze są ekipy, które – twierdząc w przenośni – muszą zdobyć medal, patrząc na swoje inwestycje, budżety, prowadzony marketing. A my możemy, mówiąc pół żartem, spłatać im figla.

 

Rozmawiał: Norbert Giżyński

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.