3 TONY RYB DZIENNIE!


Skrzyknęli się w szóstkę: Mirosław Reterski, Krzysztof Markisz, Tomasz Gryglewski, Mirosław Skrocki, Janusz Kasprzycki, Zdzisław Mielczarek, członkowie częstochowskiego koła wędkarskiego Lakord-Sazan, i pojechali na Lofoty, wyspy norweskie, by łowić duże ryby.

Skrzyknęli się w szóstkę: Mirosław Reterski, Krzysztof Markisz, Tomasz Gryglewski, Mirosław Skrocki, Janusz Kasprzycki, Zdzisław Mielczarek, członkowie częstochowskiego koła wędkarskiego Lakord-Sazan, i pojechali na Lofoty, wyspy norweskie, by łowić duże ryby.
– Wyjechaliśmy z Częstochowy dwoma prywatnymi autami 30 maja i po niespełna czterech dniach podróży byliśmy na miejscu – opowiada Zdzisław Mielczarek, uczestnik tej niecodziennej wyprawy. Dotarliśmy do osady położonej 300 kilometrów za północnym kołem podbiegunowym. Wokół były tylko mchy, skały, ziemię pokrywała metrowa warstwa lodu, czuliśmy się prawie jak na Księżycu. Temperatura wahała się od plus dwóch do plus trzech stopni. Co ciekawe, temperatura wody w morzu dochodziła do plus dziesięciu. Mieszkaliśmy w niedużym domku, tuż obok przystani. Stąd codziennie łódkami motorowymi wypływaliśmy w morze. Ryby brały jak szalone…
Trwający właśnie w tej części świata dzień polarny pozwalał nam wędkować i w dzień, i w nocy. W nocy było nawet widniej, bo niebo nie było tak zachmurzone. Trochę to nas myliło i nieraz traciliśmy orientację, co do pory dnia; łowiliśmy w nocy, a w dzień spaliśmy. Na rybę nie czekało się dłużej niż 10 sekund! Byliśmy wyposażeni w wędki morskie z ciężarem wyrzutu 150 – 600 gram. Każdy z nas „łapał” ogromne ilości ryb – nawet do trzech ton dziennie! Prześcigaliśmy się nawzajem. Za tę wędkarską nadgorliwość jeden z naszej szóstki dostał przydomek Pstrowski, a drugi – Birkut. Brały przede wszystkim dorsze, czerniaki, catfische, lumpy, łososie, seelaksy, szkaradnice. Wszyscy, poza mną, pobili swoje życiowe rekordy. Mnie się nie udało. Złowiony sześć lat temu w Szwecji dorsz ważący 17,350 kilograma nadal jest moją największą, życiową rybą. Na Lofotach rekordzistą okazał się być dorsz o wadze 17,150 kilograma, złowił go Krzysztof Markisz.
Część z naszych połowów wypuszczaliśmy z powrotem do wody, część mroziliśmy w pobliskiej przetwórni rybnej u zaprzyjaźnionego Norwega Mortena, by potem przywieźć je do kraju, a dwie, trzy sztuki braliśmy na wspólną kolację. W regionie, w którym byliśmy ryby przyrządza się na co najmniej sto sposobów. Jednak mnie osobiście najbardziej smakowała… wątroba z wieloryba, którą częstował wspomniany Morten.
Jak się okazało, Norwedzy mieszkający za kołem podbiegunowym nie należą do pracoholików. Pracują tylko we wtorki, środy i czwartki. Ich średnia płaca wynosi około 4,5 tysiąca dolarów. Ale to ich nie satysfakcjonuje, bo ciągle strajkują. Poza wspomnianymi dniami pracy czynne są tylko… knajpy. Tam, ze względu na panującą w Norwegii prohibicję, najmocniejszym trunkiem jest piwo. Jego cena, w przeliczeniu na nasze pieniądze, wynosi 30 zł! By kupić coś „mocniejszego” trzeba pokonać nawet kilkaset kilometrów. Sklepy z wysokoprocentowym alkoholem czynne są jedynie dwie godziny, od 12.00 do 14.00. Ale nie ten stan rzeczy nam się nie spodobał, najbardziej byliśmy zdegustowani… urodą mieszkających tam Norweżek.
Chociaż byliśmy już w różnych częściach świata, tu, wszyscy zgodnie, naprawdę byliśmy zachwyceni odmiennością klimatu, krajobrazów, tundrową roślinnością i naturalnie wspaniałymi połowami. Była to nasza wyprawa życia. Wróciliśmy do Polski 14 czerwca i niemal natychmiast postanowiliśmy powrócić w to samo miejsce za rok. Z tym, że następnym razem udamy się na Lofoty samolotem, by zyskać tydzień… na wędkowanie.

WIESŁAW ZDANOWICZ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code