TEATR W DOBIE PANDEMII / Dla aktorów powrót do pracy był wybawieniem


Rozmawiamy z dyrektorem Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie Robertem Dorosławskim

 

 

Rozmawiamy z dyrektorem Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie Robertem Dorosławskim

 

 

Temat obecnie najbardziej na czasie, czyli koronawirus i COVID. Okres wakacji był nieco luźniejszy, teraz ponownie grozi nam lockdown. Jak wygląda przyszłość teatru w tej perspektywie?

 

–  Wygląda niedobrze, bo tak naprawdę teatr jest spotkaniem człowieka z człowiekiem. Obojętnie ile ludzi miałoby być na widowni. Telewizyjny, online, internetowy to nie jest teatr w istocie rzeczy i dlatego pomijając już wszystkie inne sprawy, takie jak fakt, że nasza działalność musi być ograniczona między innymi przez względy finansowe, to bardzo niepokoimy się perspektywą ponownego zamknięcia nas w domu. To, że gramy dla połowy czy jednej czwartej widowni jeszcze nie jest najtragiczniejsze, bo ma to tylko wymiar finansowy. Najtrudniejszy dla nas jest brak kontaktu z publicznością. A ta, jak widać, także jest złakniona bezpośredniego spotkania. To jest zupełnie inny rodzaj doświadczenia, przeżycia, niż wyjście do kina, gdzie mamy do czynienia tylko z ekranem.

Czyli wymiana energii po obu stronach rampy?

 

– W teatrze piękne jest też to, że nie ma dwóch takich samych przedstawień. Każdego dnia mimo tego samego tytułu aktor jest innym człowiekiem i styka się z inną publicznością. Dlatego teatr musi grać. Dopóki będzie to możliwe i nie będzie decyzji administracyjnych ani żadnej choroby wśród zespołu. Staramy się zachować ostrożność, robimy wszystko co możliwe, aby zapewnić bezpieczeństwo w naszym teatrze.

 

Co Pański zespół sądzi o pracy podczas pandemii? Jak zmieniło to pracę na scenie?

 

– O ile jeszcze widzowie przychodzący do teatru ponoszą niewielkie ryzyko, o tyle wśród aktorów grających ze sobą jest ono większe, choćby dlatego, że w tej pracy nie da się całkowicie odizolować. Premiera ostatniej sztuki „Fałsz” holenderskiej autorki Lot Vekemans jest taką sztuką pandemiczną. Aktorki są oddzielone pleksią. Może być ona grana w okresie epidemii, ponieważ nie stanowi zagrożenia. Osoby nie są ze sobą w kontakcie. Nawet aktor, który wychodzi na scenę i ma większy kontakt z paniami ma na sobie pełny kombinezon epidemiczny. Nie wiem, czy nie jest to jedyna sztuka w Polsce, która tak mocno uwypukla czas epidemii, chociaż temat jest zupełnie inny. W innych przedstawieniach już tak bezpiecznie nie jest. Ale ja nie widzę w moim zespole wielkiego lęku. Oczywiście uważamy na siebie, ponosimy odpowiedzialność za siebie i za innych. Jeżeli ktoś źle się czuje, ma jakiekolwiek objawy świadczące o chorobie, informuje dyrektora. Zdrowie jest ważniejsze niż odwołanie przedstawienia. Jeżeli będziemy zachowywać się rozsądnie, to istnieje szansa, że nie zarazimy się wzajemnie. Chęć grania wśród aktorów jest ogromna. Euforia, że można wyjść na scenę po prawie ośmiu miesiącach przerwy jest duża, większa niż obawa przed ryzykiem.

Jesienią rozdano nagrody w konkursie Złote Maski. To już kolejny rok bez laureatów z Częstochowy. Konkurencja jest tak wysoka, czy czegoś nam jednak brakuje?

 

– Nie wiem, nie jestem członkiem kapituły, która dokonuje wyboru. Konkurencja rzeczywiście jest duża. Na Śląsku funkcjonuje duża ilość teatrów – dla dzieci, lalkowych, dramatycznych, muzycznych, samorządowych, marszałkowskich, nieinstytucjonalnych W kategoriach aktorskich porównuje się kilkaset kreacji. Konkurencja naprawdę jest spora. Ja nie zawsze mam możliwość oglądania wszystkiego, co dzieje się na scenach naszego województwa. Czasami jestem trochę zdziwiony, gdyż uważam, może subiektywnie, że nasi aktorzy potrafią stworzyć mistrzowskie kreacje, jak na przykład Michał Kula w roli dyrektora Caribaldiego w sztuce „Siła przyzwyczajenia” Thomasa Bernharda. Kiedy tej nominacji nie ma, jestem nieco rozczarowany. My w naszej estetyce teatralnej nieco różnimy się od estetyki teatralnej Górnego Śląska, choć nie wiem z czego to wynika. To, co niektórzy z krytyków uważają za rzeczy świetne, mnie podobają się mniej, a mniej świetne – bardziej. Nie chcę jednak myśleć, że jesteśmy przez komisję traktowani po macoszemu. Wolę sądzić, że po prostu w tym roku byli lepsi.

Czym ostatnia premiera różniła się od poprzednich, tych przed pandemią? Było trudniej, tak samo?

 

– Sądzę, że dla aktorów powrót do pracy był wybawieniem. Aktor bez grania po prostu usycha. I to nie chodzi, jak w sporcie, o brak treningu. Umiejętności warsztatowe zostają. Głód i chęć grania są tak duże, że wyzwala to w nich fantastyczną energię. Trójka grająca w sztuce „Fałsz” czyli Teresa Dzielska, Iwona Chołuj i Maciej Półtorak byli pierwszymi aktorami, którzy wyszli na scenę w czasie pandemii. Przygotowania do tej premiery zaczęły się w maju, kiedy zaczęto luzować lockdown. Jak wspominają, dawało im to dużą radość, a poza tym pewien komfort pracy. W teatrze takim jak nasz, który jest jedynym większym teatrem w mieście, normalnie pracuje się bardzo intensywnie. Gramy rano i wieczorem, odbywamy próby. W trakcie normalnego „niepandemicznego” sezonu grywaliśmy około 320-330 przedstawień w sezonie. Do tego odbywały się próby do czterech, pięciu, a bywało i do sześciu premier. Aktorzy częstochowskiego teatru zazwyczaj są mocno zapracowani. A tutaj zespół twórczy, co podkreślał sam reżyser André Hübner-Ochodlo, miał cały teatr do dyspozycji. Wszyscy mogli skupić się jedynie na tej sztuce. Kiedy aktor przez półtora miesiąca ma możliwość skupienia się na jednej roli, to jest to sytuacja rzadka i komfortowa. Między innymi, choć nie tylko dlatego, te role są tak dobre. Nie są robione w pośpiechu. Dla tego tytułu akurat epidemiczne obostrzenia okazały się dobre.

Jakie plany na przyszłość? Czy pojawią się nowi aktorzy?

 

– Skład aktorów etatowych jest dosyć stały i mało zmienny. Teatr nie ma ani środków ani potrzeby, żeby ten zespół bardzo się rozrastał. Czasem lepszy mniejszy zespół grających aktorów, niż wielki sfrustrowanych artystów grzejących ławkę rezerwową. Nasz jest mały, ale na nasze potrzeby wystarczający. Czasami zresztą do poszczególnych projektów zapraszamy aktorów gościnnych.

Jak ocenia Pan swój zespół? Jest Pan zadowolony, planuje Pan zmiany?

– Po czternastu latach bycia dyrektorem oraz po ponad dwudziestu bycia z tym zespołem jako ich kolega, zatraca się obiektywna ocena. Zbyt dobrze się znamy i prywatnie i zawodowo. Trudno żeby aktor zaskoczył mnie czymś szczególnym na scenie, bo widziałem go w tylu rolach, że mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać. Prawdziwą satysfakcję mam wtedy, kiedy zespół otrzymuje nagrody albo jeżeli jest chwalony przez twórców, krytyków. Ważna dla mnie jest także atmosfera w pracy.

Jak oceniłby Pan poprzedni sezon artystyczny?
– Zaczęliśmy mocno, by nie rzec „z przytupem” –  od „Siły przyzwyczajenia”, później był „Testosteron”, a po nowym roku „Królowa śniegu” w reżyserii naszej dyrektor Magdaleny Piekorz. A potem zostaliśmy zamknięci i odcięci od publiczności. Ja ten sezon oceniam nieźle, natomiast można powiedzieć, że był on w połowie udany, a w połowie w zamknięciu. I choć wróciliśmy w tym sezonie, sytuacja nadal jest dynamiczna i nieprzewidywalna. Teraz pracujemy nad ukraińską sztuką „Dziewiąty dzień księżycowy”, której premiera miała odbyć się jeszcze przed wakacjami.

Planuje Pan poszerzyć repertuar o sztukę nawiązującą do polskiej literatury klasycznej?

– Plan na ten sezon został już prawie ustalony, lecz ponieważ nasz zespół jest jeszcze przed spotkaniem z panią dyrektor, nie będę zdradzać zbyt wiele. W naszych planach znajduje się tytuł klasyczny, ale nie będzie to klasyka polska.

 

Rozmawiała Magdalena Guzowska

 

fot. Archiwum Teatru

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *