MISTRZOSTWA ŚWIATA CZY KRONIKA WYPADKÓW?


Chorzów ożył dla żużla. Gollob tylko cieniem dawnego Golloba. Sullivan złamał obojczyk. Holta stracił szansę na półfinał.

Działacze bydgoskiej Polonii długo walczyli, by zorganizować w tym roku, oprócz Grand Prix Polski w Bydgoszczy, żużlowe Grand Prix Europy w Chorzowie. I udało się. Celu dopięli, ale prawdę powiedziawszy, po chorzowskim turnieju nie mieli najweselszych min.
Po pierwsze dlatego, że 20 tys. kibiców, którzy zasiedli na Stadionie Śląskim, to frekwencja mizerna, która nie gwarantuje, że koszty związane z przygotowaniem turnieju zwrócą się w całości. Wprost przeciwnie. Wszystko wskazuje na to, że klub znad Brdy do „interesu” dopłaci, dopłaci i to niemało. Konsekwencją absencji publiczności na trybunach, może być także odebranie przez pomysłodawcę cyklu, firmę BSI, praw organizacji w naszym kraju przyszłorocznego GP Europy. Minimalnym pułapem dla chorzowskiej imprezy miała być frekwencja na poziomie 30 tys. O tej prezes klubu z Bydgoszczy, Lech Różycki, mógł tylko pomarzyć.
Fanów czarnego sportu odstraszyło kilka rzeczy – przede wszystkim kiepska pogoda, transmisja telewizyjna i ceny biletów, choć akurat na temat tych ostatnich, zdania były podzielone. Było jeszcze coś, co należało założyć już nieco wcześniej. Forma niedawnego idola żużlowej Polski Tomasza Golloba. A jest z nią z tygodnia na tydzień coraz gorzej. Gollob stracił już szanse medalowe w tegorocznym cyklu Grand Prix, a więc w Chorzowie biało-czerwoni mogli liczyć jedynie na cud, ewentualnie czyniącego systematyczne postępy Krzysztofa Cegielskiego.
Cegielski w Chorzowie odniósł życiowy sukces. Gollob pojechał poniżej możliwości, wręcz fatalnie. Najsurowiej, obok dziennikarzy, ocenili go jednak kibice, fundując mu po wyścigu XVIII prawdziwą porcję gwizdów. Bydgoszczanin jechał w nim na drugiej pozycji, z prawie 30 m przewagą nad Anglikiem Markiem Loramem. Były mistrz świata widząc, że Polak ogląda się za siebie, ruszył za rywalem w szaleńczą pogoń. Na przedostatnim wirażu Loram przypuścił generalny szturm na miejsce zajmowane przez Golloba, na przeciwległej do startu prostej był już przed naszym zawodnikiem. Ten próbował jeszcze kontraatakować, ale uczynił to nieudolnie i w efekcie przewrócił się w bezpośrednim sąsiedztwie ogrodzenia.
Wcześniej z turnieju odpadli inni biało-czerwoni – najszybciej Piotr Protasiewicz. Nieco korzystniej wypadł Jarosław Hampel, który zastąpił Anglika Carla Stonehewera. Do turnieju głównego, z eliminacji, przebili się za to – Sebastian Ułamek oraz Krzysztof Cegielski. Dla Ułamka ten poziom okazał się być nieco za wysoki. Za to bez respektu dla konurencji poczynał sobie Cegielski. Wychowanka gorzowskiej Stali szczęście opuściło dopiero w półfinale. Już sam awans do grona ośmiu najlepszych turnieju był jednak dla Krzysztofa niebywałym sukcesem, z pewnością największym w karierze.
W biegu XXIV Cegielski spóźnił jednak start i jechał na ostatniej pozycji. Na drugim miejscu plasował się, na co dzień zawodnik częstochowskiego Włókniarza Candeli, Ryan Sullivan. Australijczyk na trzecim okrążeniu zaczął mieć poważne kłopoty z utrzymaniem w ryzach swojego sprzętu. Nie dziwota, na obu wirażach chorzowskiego toru potworzyły się bowiem potężne dziury, które co rusz wybijały zawodników z rytmu jazdy. Na kilkadziesiąt metrów przed metą właśnie w taką koleinę wpadł Sullivan. W konsekwencji, nie opanowawszy motocykla, uderzył z całym impetem w bandę. Duńczyk Nicki Pedersen zdołał ominąć przeszkodę. Sztuka ta nie powiodła się Cegielskiemu, który na pełnej szybkości wpadł na rumaka, zagradzającego mu drogę na torze.
Obaj zawodnicy odnieśli bolesne kontuzje. Cegielski, oprócz rany ciętej policzka (założonu mu na nią dwa szwy), doznał złamania kostki u nogi. Sullivan już po zawodach, w szpitalu, dowiedział się, że ma pękniętą kość obojczykową, na szczęście bez przemieszczeń.
– To ja zawiniłem. To mnie pociągnęło na tej dziurze. Motocykl nie zdefektował, zaręczam – mówił skrzywiony z bólu „Kangur”.
W obozie Sullivana nie było więc po zawodach za wesoło. Menedżer Jacek Gajewski raz po raz wykonywał nerwowe telefony rozmawiając głównie po angielsku. Natomiast prezes Włókniarza Candeli Marian Maślanka kręcił z niedowierzaniem głową, „obdzwaniając” znajomych sobie chirurgów i sztab szkoleniowy częstochowskiego klubu.
– To wszystko przez te nerwy i ten tor. Co za pech nas prześladuje. Szybko trzeba dokonać zmiany w składzie na spotkanie ligowe z Atlasem Wrocław. Sullivana zastąpi pewnie Tomczyk – wyjaśniał na gorąco.
Ale Sullivan nie był jedynym zawodnikiem klubu z Olsztyńskiej, który zapoznał się z nawierzchnią chorzowskiego obiektu. Wcześniej leżeli Szwed Andreas Jonsson (pojedynek XII) i Rune Holta. Jonsson padł po tym, jak lekko potrącił go Krzysztof Cegielski, ale arbiter uznał, że to przedstawiciel Trzech Koron był winnym przerwania rywalizacji. Tym samym zamknął mu drogę do dalszej fazy zawodów.
Holta nie popisał się z kolei w gonitwie XX. Na drugim okrążeniu, prowadząc stawkę uczestników zmagań, gwałtownie poderwało mu przód motocykla. Co się działo dalej, łatwo przewidzieć. Norweg z polskim paszportem wykonał niemal piruet i legł na plecach, na szczęście bez uszczerbku dla zdrowia. Dosłownie dwie sekundy wcześniej wywrotkę miał także Czech Lukas Dryml. Arbiter przerwał jednak wyścig dopiero po zdarzeniu Holty. Za to z powtórki wykluczył obu pechowców.
– Jestem wściekły. Pófinały przeleciały mi koło nosa – wyrzucił z siebie niezadowolony Skandynaw.
Rune miał jeszcze jednak bieg ostatniej szansy (XXII), ale tym razem, po mizernym wyjściu spod taśmy, był dopiero ostatni.
Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że chorzowski tor nie był należycie utwardzony, mimo kilkutygodniowych wysiłków całego sztabu ludzi i pod koniec współzawodnictwa, nawet najodważniejsi z odważnych (m.in. Jason Crump) bali się na nim ryzykownie atakować, jak to zwyczajowo czynią podczas innych imprez.
Wyszło więc na to, że obok mistrzowskich zawodów, zaczęła nam powstawać prawdziwa kronika wypadków żużlowych i licznych kontuzji odniesionych przez aktorów tegoż spektaklu. Szkoda, że najczęściej wpisywali się do niej przedstawiciele ligowego klubu spod Jasnej Góry.
Na tor nie narzekał jedynie Nicky Pedersen. W wielkim finale był ostatnim z grona tych, którzy mieli się liczyć w batalii o końcowy sukces. Aliści Nicky wszystkim sprawił psikusa, dystansując Crumpa, Szweda Mikaela Karlssona oraz ogólnego faworyta Tony’ego Rickardssona. Rickardsson nie rodzierał jednak szat. Na dwie imprezy przed zakończeniem wyścigu o tytuł mistrza świata (Vojens i Sydney), już może gotować się do zajęcia miejsca na najwyższym stopniu podium.

ANDRZEJ ZAGUŁA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code