12 czerwca ubiegłego roku doszło do śmierci byłego żużlowca m.in. Włókniarza Częstochowa, Józefa Jarmuły. Znany był z widowiskowej jazdy, za co wielbili go fani speedwaya, także w naszym w naszym mieście. Niedawno minęła pierwsza rocznica śmierci fantastycznego rajdera. Na temat śp. pana Józefa w ostatnim czasie rozmawialiśmy z Markiem Cieślakiem, dawnym zawodnikiem i trenerem m.in. Włókniarza oraz Reprezentacji Polski.

– To był szalony człowiek (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), który chadzał swoimi ścieżkami i miał swój pogląd na życie – rozpoczął rozmowę z nami Marek Cieślak wspominając osobę Józefa Jarmuły.
Urodzony 15 września 1941 roku w Ostrzyhomiu (Węgry) żużlowiec pierwsze kroki w „czarnym sporcie” stawiał w Rybniku, lecz oficjalną karierę rozpoczął w barwach Śląska Świętochłowice. Miało to miejsce w sezonie 1966. W 1973 r. przeszedł do częstochowskiego Włókniarza, lecz wówczas odbywał karencję. Dopiero sezon później zaczął ostatecznie jeździć dla „Lwów”. Punkty dla klubu z miasta spod Jasnej Góry nieprzerwanie zdobywał do roku 1981. W międzyczasie mocno pomógł „Biało-Zielonym” w wywalczeniu drugiego w historii podmiotu tytułu Drużynowego Mistrza Polski.
– Wspominam fajnie tamte czasy, zwłaszcza, że człowiek wtedy był młody. Dobrze się generalnie jeździło, chociaż trochę tych kontuzji mi się przytrafiało. Z Józkiem przyjaźniłem się dużo wcześniej, gdy jeździł jeszcze dla Śląska Świętochłowice. W tamtych czasach widywaliśmy się na obozach kadry narodowej. Przyznam, że sam namawiałem go do startów we Włókniarzu, co zresztą sam też przyznawał. Chodziły też pogłoski, że chciał poza tym zmienić klub. Z jakiego powodu? Do końca nie wiem. W każdym razie trafił później do Częstochowy i walnie przyczynił się do tego, że zdobyliśmy tytuł Drużynowego Mistrza Polski – opowiadał Marek Cieślak, który jednocześnie dodał, że „może nie w decydującym, ale na pewno w dużym stopniu” jego osoba miała wpływ na to, że koniec końców Józef Jarmuła zdecydował się na jazdę we Włókniarzu.
Co jeszcze mogło sprawić, że pan Józef postanowił przejść z świętochłowickiego Śląska do drużyny z Częstochowy? – Już wtedy chyba nie chciał jeździć w Świętochłowicach, a Częstochowa była najbliżej. Mógł myśleć jeszcze o Rybniku, ale najwidoczniej z tamtejszym klubem też nie było mu po drodze. Pamiętajmy bowiem, że żużlową karierę zaczynał właśnie w Rybniku. Tam jednak pewne rzeczy najprawdopodobniej nie poszły po jego myśli i opuścił tę drużynę. A skoro do Częstochowy było mu najbliżej od jego miejsca zamieszkania, to tam zdecydował się na kontynuowanie swojej przygody – stwierdził nasz rozmówca.
Jako zawodnik Włókniarza Jarmuła na swoim koncie miał również po dwa srebrne (1975-76) oraz brązowe (1977-78) medale polskich ligowych rozgrywek. Ponadto kilkakrotnie uczestniczył w finałach Indywidualnych Mistrzostw Polski. Najlepszy wynik w tych zmaganiach uzyskał 1975 r., kiedy na znanym nam stadionie przy ul. Olsztyńskiej w Częstochowie łącznie z 11 punktami zajął czwarte miejsce. Być może pokusiłby się nawet o co najmniej jeden z krążków, gdyby nie taśma startowa, której dotknięcie zaliczył w swoim drugim wyścigu, przez co sędzia zawodów Jerzy Rzerzycha wykluczył go z powtórki.
– Finał, jak finał. Ścigaliśmy się, jak to w zawodach. Józek miał wtedy pecha, bo w jednym ze swoich wyścigów zerwał taśmę, przez co był wykluczony z powtórki. Z kolei w bezpośrednim starciu ja z nim przegrałem. Mi się udało ostatecznie zdobyć srebrny medal po biegu dodatkowym z Pawłem Waloszkiem. Całe zawody wygrał natomiast Edek Jancarz, który miał wtedy tzw. dzień konia i trudno go było pokonać. Józkowi przypadło czwarte miejsce, czyli powszechnie znane jako najgorsze dla sportowca. Mogę poza tym powiedzieć, że nigdy nie widziałem tylu ludzi na trybunach, jak właśnie wtedy. Na pewno tamtego dnia było powyżej 30 tysięcy kibiców – wspominał ten turniej dawny żużlowiec oraz szkoleniowiec.
Marek Cieślak z Józefem Jarmułą spotykali się często także poza torem, czy stadionem. Wspólnie odbywali wyjazdy choćby do Krynicy-Zdrój. – Józek przyjeżdżał do mnie do domu. Spotykaliśmy się także po meczach. Odbywaliśmy razem treningi w czasie zimy. Ćwiczyliśmy, jak szatany i nie wiem, czy dzisiejsi zawodnicy, by z nami wytrzymali przynajmniej około pół godziny. Mieliśmy też wspólne wyjazdy na narty w góry do Krynicy. To były naprawdę fajne przeżycia, które już nie wrócą. To był człowiek, o którym głośno się mówiło. Praktycznie cały czas miał coś do powiedzenia. Mimo że był to, można powiedzieć, stary chłop – a na pewno starszy ode mnie – lubił bawić się w podchody (śmiech – przyp. red.). Prezentował się wręcz kolorowo. Był barwną postacią – oznajmił.
Wicemistrz kraju nad Wisłą w rywalizacji indywidualnej z 1975 roku w rozmowie z „Gazetą Częstochowską” wspomniał też o jednej z wizyt Jarmuły, gdy ten do domu pana Marka przywiózł ze sobą… motolotnię. – Były to rozmowy na różne tematy, lecz nie chciałbym wszystkiego poruszać. W każdym razie była taka sytuacja, że przyjechał do mnie, po tym jak rozpoczął latanie na motolotniach. Przywiózł ze sobą dwuosobową motolotnię. Namówił mnie, żebyśmy zrobili taki lot. Wsiedliśmy na sprzęt, zaczęliśmy się rozpędzać, a jedno ze skrzydeł uniosło się do góry i spadło… Józef wtedy powiedział: „Lecę do samochodu po klucz, przykręcę mocniej to skrzydło, bo zapomniałem je zakontrować, i lecimy dalej”. Ja na to odpowiedziałem: „Nigdzie więcej z Tobą nie lecę” (śmiech – przyp. red.). O tyle dobrze, że taka sytuacja przydarzyła się podczas startu tą motolotnią, bo gdyby to nastąpiło na wyższej wysokości, to byśmy „leżeli” razem (śmiech – przyp. red.) – kontynuował.
To, że Józef Jarmuła był żużlowym „showmanem” z prawdziwego zdarzenia, za sprawą którego na obiekty przychodziły tłumy, podkreślają zarówno starsze jak i młodsze pokolenia kibiców tego sportu. Sam o sobie, za swojego życia, również tak mówił. Mało tego, tezę tę potwierdził Marek Cieślak
– Myślę, że tak było. Zawsze coś się działo wokół niego. Były takie sytuacje, że jak wyjeżdżał na tor i mu nie szło, to wskazywał na motocykl, sugerując, iż to nie jest to, co by chciał, a ludzie wtedy krzyczeli: „Dajcie mu inny motor!”. Umiał zainteresować publiczność swoją osobą. Można powiedzieć, że cały „grał” na stadionie. Był bardziej barwną postacią od jakiegoś innego zawodnika, który przyjeżdżał na stadion zdobywał 15 punktów, po czym machnął ręką i wychodził ze stadionu. Józek zaś zostawał i dyskutował z kibicami. Taki on po prostu był. Był trochę szalony. To jego szaleństwo jednak widoczne było najbardziej w Częstochowie, na wyjazdach niekoniecznie. On też nie wygrał nigdy żadnych rozgrywek indywidualnych, ale pomimo tego był bardzo dobrym zawodnikiem. Nie był w pełni wykorzystany jego potencjał. Mógł osiągnąć dużo, dużo więcej… – mówił dalej uznany trener i jeździec.
Widowiskowa, brawurowa jazda popularnego „Józka” miała też i swoje konsekwencje. Często bowiem dochodziło do wykluczeń z jego udziałem przez arbitrów zawodów – Nie mniej był bardzo ciekawą postacią, uznaną w polskim speedwayu. Sędziowie nie zawsze pałali do niego sympatią. Podnosił on bowiem często kierownicę do góry i próbował tym samym jeździć na jednym kole. Był także wykluczany z biegów i często niesłusznie, ale takie wtedy były czasy i przepisy – dodawał.
Jak się też okazało, dawno temu Józef Jarmuła do Marka Cieślaka zwrócił z dość niecodzienną prośbą. Chodziło o… nagrobek. – Mówił do mnie, że ma prośbę, ale wstydzi się powiedzieć. Ja mu odpowiedziałem: „Józek, przecież Ty wstydu nie masz, więc dlaczego się mnie wstydzisz?” (śmiech – przyp. red.). Później oznajmił mi: „Bo wiesz… Chciałbym leżeć obok Ciebie, gdy już odejdę z tego świata, na cmentarzu. Co Ty na to?”. Ja stwierdziłem: „Nawet mi się podoba ta inicjatywa, tyle że ja musiałbym leżeć przy krawężniku”. Nawiązałem wtedy żartobliwie do tego, że jazda po „małej” za bardzo mu nie szła i nie musiałby „wyrzucać” mnie pod płot. Taki oto był pomysł Józka. Ja dodałem jeszcze podczas tamtej rozmowy: „Ale musisz jeszcze podać datę, kiedy to wszystko będzie”. A tu już odszedł… – przekazał ekspert stacji Canal+Sport.
Pan Józef zmarł nagle 12 czerwca 2025. Śmierć widowiskowego żużlowca była o tyle wstrząsająca, że około trzy miesiące wcześniej w częstochowskim hotelu Arche doszło do jego spotkania z lokalnymi sympatykami speedwaya. Jarmuła wówczas tryskał niesamowitym humorem i nic nie wskazywało na pogorszenie się stanu zdrowia byłego zawodnika. Tymczasem niespodziewanie odszedł z tego świata. 15 września zeszłego roku skończyłby 84 lata… – Pamiętajmy, że odeszło wielu innych zasłużonych mniej lub bardziej ludzi dla polskiego speedwaya zmarło, co także musieliśmy przeżyć. Były również śmierci samobójcze. Co do Józka Jarmuły, wiadomość o jego odejściu z tego świata była dla mnie taką, jakiej się nie spodziewałem. Zmarł przed ukończeniem 84 roku życia. A przed śmiercią był on bardzo sprawny, jak na taki wiek, i nawet nie wydawało mi się, że nagle go to spotka. Sądziłem, że może nawet on dojść do setki i to lekko – wspominał.
Pogrzeb Józefa Jarmuły miał miejsce 18 czerwca 2025 w kościele parafialnym pw. Św. Mikołaja w Raciborzu. Prochy legendarnego żużlowca spoczęły na tamtejszym cmentarzu. – Pojechałem tam i mocno zaskoczyła mnie zwłaszcza jedna kwestia. Otóż, bardzo mało osób przyjechało z Częstochowy. Obecni byli ludzie z Rybnika, Świętochłowic, czy Leszna. Przyjechał także Andrzej Huszcza z Zielonej Góry. Z Częstochowy natomiast było bardzo mało ludzi na tym pogrzebie; z dawnych zawodników byłem tylko ja. Nie ukrywam, że przynajmniej trochę mnie to tknęło i zastanowiło. Mówiło się o jego problemach, związanymi z brakiem pieniędzy na czynsz, po czym były organizowane zbiórki w celu pomocy Józkowi. Jego koniec nie był wesoły… – zakończył Marek Cieślak.
Norbert Giżyński
Foto. Grzegorz Przygodziński
