SPOTKANIA W FILHARMONII. Bez myślenia to nie wyjdzie


Na Dzień Kobiet Filharmonia Częstochowska zaproponowała program, który przygotowały i w głównych rolach wykonały – oprócz maestro Adama Klocka za pulpitem dyrygenckim i autora aranżacji Klaudiusza Jani – panie. Koncertowi towarzyszyła wystawa fotografii Agnieszki Małasiewicz. Wywiad – poniżej.

 

 

Na Dzień Kobiet Filharmonia Częstochowska zaproponowała program, który przygotowały i w głównych rolach wykonały – oprócz maestro Adama Klocka za pulpitem dyrygenckim i autora aranżacji Klaudiusza Jani – panie. Koncert Kobiety Kobietom składał się utworów zaśpiewanych przez Agatę Widerę z Chóru Collegium Cantorum, gościnnie Agę Łazarczyk i Magdalenę Meisel. Szczególnie ostatnia z wymienionych – na co dzień skrzypaczka w Orkiestrze Symfonicznej FCz – dała się zapamiętać dzięki fenomenalnym możliwościom wokalnym. W jej interpretacji „Simply the best” Tiny Turner czy „Natural woman” Arhety Franklin nie brzmiały jota w jotę jak oryginały, ale nie straciły ani odrobiny ze swej mocy i jakości.

W rolę konferansjera wcieliła się Joanna Bojczuk z Zarządu Województwa Śląskiego.

Koncertowi towarzyszyła wystawa fotografii Agnieszki Małasiewicz. Jest obecna na każdym koncercie i to właśnie z jej prac składają się fotorelacje na stronie internetowej i na fanpage’u Filharmonii. Na ekspozycję specjalnie wybrała czternaście ujęć z różnych wydarzeń organizowanych w gmachu przy ul. Wilsona.

 

W rozmowie z „Gazetą Częstochowską” AGNIESZKA MAŁASIEWICZ opowiada o swojej pracy i zarazem pasji.

 

Czym się w pierwszej kolejności kierujesz „podglądając” z aparatem muzyków przy pracy?

– Nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się, chociaż fotografowanie jest „myślącą” czynnością. To są często preferencje, co muszę zrobić. Nie robię zdjęć dla siebie, choć są dla mnie ogromną przyjemnością i pasją, ale jestem w Filharmonii w pracy i przede wszystkim muszę pokazać głównych bohaterów. Przestrzeń też trzeba pokazać, czy widownia była zapełniona. Obecnie prawo nie pozwala na bliskie fotografowanie publiczności. Artyści mają odpowiednie klauzule w umowach i są osobami publicznymi, natomiast słuchacze nawet w miejscu publicznym niekoniecznie muszą sobie tego życzyć. Fotorelacje, które robię, są przeważnie dłuższe niż typowy fotoreportaż w rozumieniu jako forma sztuki, zawierają więcej, ale pewne elementy muszą mieć. Jest ogólny obraz, tzw. big picture, scena, artyści, orkiestra. Są szerokie plany i detale.

 

Z Twojej osobistej perspektywy co jest ciekawsze: ten szerszy plan czy jednak skupienie na detalu, np. jakimś charakterystycznym tatuażu?

– Widzę, że oglądasz moje zdjęcia. Kiedyś mocno na szczególe, ale trochę się z tego wyleczyłam. Teraz także dzięki doborowi odpowiednich obiektywów bardzo lubię szeroki plan. Jednak miłość do detalu pozostała i nigdy sobie tego nie odmawiam. Może mieć bardzo duże znaczenie albo być przypadkowym, co zauważam i mnie cieszy jako fotografa. Gdy jednak ma głębszy sens, wtedy tym bardziej go śledzę na scenie.

 

I uatrakcyjnia przekaz, daje odskocznię od ujęć, które muszą się znaleźć w fotorelacji…

– Tym właśnie różni się fotorelacja od fotoreportażu, mogę sobie pozwolić na trochę więcej, nie jest to forma tak skondensowana. W fotoreportażu siedem zdjęć to już dużo. Tu wszystko musi być przemyślane już na poziomie fotografowania i potem na etapie edycji wybiera się ostatecznie to, co powinno się w nim znaleźć. Fotorelacja daje trochę więcej możliwości.

 

Zdjęcia kolorowe czy czarno-białe?

– To też się zmieniało. Kiedyś bardziej czarno-białe. Oczywiście są sytuacje, kiedy czerń i biel nie ma sensu, gdy to barwa go nadaje. Aczkolwiek są tacy, którzy i to potrafią wyłuskać. W przypadku moich fotorelacji nie znajdziesz na stronie internetowej – na fanpage’u jest to bardziej jednolite – żadnego koncertu, z którego nie zamieściłabym chociaż jednego czarno-białego zdjęcia. Bardzo lubię wypowiadać się w ten sposób. Niektóre ujęcia same mi „każą”, kiedy widzę, że kolor albo nic nie mówi, albo kontrast czerni i bieli powie więcej, niż gdy się rozproszy je w barwy.

 

Jak to się zaczęło? Chwyciłaś za aparat z potrzeby chwili wynikającej z pracy w Filharmonii, czy jest to pasja, która towarzyszyła Ci już znacznie wcześniej?

– W ogóle zaczęła się już w dzieciństwie. Jestem jeszcze z tego pokolenia, które dawniej w mieszkaniu w łazience miało ciemnię. Do dziś, jeżeli mi czas pozwala, fotografuję analogowo. Posiadam stare aparaty, na przykład zenity. A na rzecz Filharmonii, to, przykro mówić, przyczyniła się do tego pandemia, było takie zapotrzebowanie. Moja miłość do fotografii odżyła trochę wcześniej, bo po okresie dzieciństwo była przerwa.

 

Jakim rodzajem fotografii jeszcze się zajmujesz?

– Ja poproszę każdą możliwość. (śmiech) Jednak ta działalność filharmonijna, która zabiera również mnóstwo czasu, daje mi ogrom satysfakcji i trochę się już sprofilowałam eventowo. Ale każdy papierek na bruku, który ma inny kolor, też mnie interesuje, nie tylko scena. Moją kolejną pasją jest fotografowanie ludzi na wystawach, podczas wernisaży, w ogóle ludzi w różnych sytuacjach.

 

Jakie zdjęcia pokażesz na wystawie, która towarzyszy koncertowi na Dzień Kobiet?

– Jest to wystawa stricte towarzysząca koncertowi Kobiety Kobietom i nie odbiega tematem, tylko go realizuje. Jest to wystawa moja jako fotografki koncertowej, więc będą to kobiety na scenie bądź przy scenie. Artystki.

 

A gdyby adept fotografiki zapytał Cię o radę, jak pracować z aparatem nad uzyskaniem najlepszych kadrów, co byś odpowiedziała?

– Myślę, że nikt, kto pragnie się tym zajmować, nie pyta, tylko bierze aparat i robi. Potem mogą pojawić się konkretne pytania. Jednak ktoś, kto nie miał w ręku apartu, nie spyta najpierw, tylko będzie sam próbował. I to jest najlepsza nauka. Z czasem, gdy jest większe doświadczenie, wtedy przychodzą pytania. Oczywiście, też miałam dużo i mam do dzisiaj. Staram się rozwijać i uczyć cały czas. Technologia tego wymaga. Są nowe programy do obróbki zdjęć, nowoczesny sprzęt. Trzeba być na bieżąco

 

Jak się odnajdujesz jako fotograf w tym natłoku nowinek technologicznych? Teraz sztuczna inteligencja funkcjonuje w coraz szerszym zakresie…

– W tym nie odnajduję się w ogóle. Mam nadzieję, że padnie tak szybko, jak się tym zachłysnęliśmy. W każdej formie. Chyba że AI będzie nas leczyło skutecznie, to tak. Ale jeżeli chodzi o wszystkie aktywności związane z obrazem, ze sztuką, to nie ma mojej zgody.

 

Nieżyjący już francuski fotoreporter Henri Cartier-Bresson powiedział: „Twoje pierwsze dziesięć tysięcy zdjęć będzie najgorsze”. Bardzo motywujące…

– To było w czasach analogowych, myślę, że teraz to by były setki tysięcy plików. Jest to nadal prawda. I jest nią również to, że jeżeli nie będziesz chciał, pytał i starał się być lepszym, to samo robienie zdjęć nie pomoże. W sensie, że im więcej „napstrykasz” – brzydko mówiąc, nie znoszę słowa „pstrykać” – to tym będziesz lepszy, to nie. Bez myślenia to nie wyjdzie.

 

To jeszcze dwie wypowiedzi nazywanego poetą obrazu Ansela Adamsa: „Dwanaście świetnych fotografii każdego roku to wspaniały plon.” oraz „Najważniejszy element aparatu znajduje się 12 cali za nim.”

– Bez człowieka nie będzie fotografii. Aparat jest narzędziem, które nie myśli. Nawet jeśli wstawimy do niego nie wiadomo ile oprogramowania, to on nadal będzie nam pomagał, owszem, ale to trzeba umieć wykorzystać. Jak nie ma wrażliwości, potrzeby oddania nie tyle tego co widoczne, ale co się czuje, to, choćby był najbardziej technologicznie wysublimowany, sam aparat tego nie zrobi.

 

Masz kogoś w rodzaju osobistego guru fotografiki, którego śladami podążasz albo na kim się wzorujesz?

– Przeglądając media społecznościowe, można natrafić na tak wielu zdolnych ludzi, nawet nie da się zapamiętać wszystkich nazwisk… Są fotografowie, na których może się nie wzoruję, ale ich lubię. Generalnie nie mam zbioru albumów, ale trzy książki ulubionych artystów fotografików posiadam. Są to też już nieżyjący, starzy mistrzowie. Pierwszą jest postać przedziwna – polecam książkę o tej fotografce, musi być kobieta w tej trójce – Vivian Maier, są o niej świetne dokumenty. Ta biografia jest warta przeczytania dla samej opowieści. Nie zaznała sławy, którą się cieszy obecnie. Została odkryta przypadkowo już po śmierci przez zbieracza staroci. Teraz jest ikoną nowej sztuki ulicznej. Miała kreskę fotograficzną, którą zawsze się rozpozna. Drugim jest Eugene Smith i jego „The Jazz loft project”. Trudno powiedzieć, że to jest tylko fotografia, to obraz życia w jednym pokoju w nowojorskiej kamienicy, bycie dopuszczonym do tego życia. Autor pokazuje jego fragmenty, jest to ciekawe jako publikacja i sposób podejścia do fotografii. A takim, który wcielał w życie poczucie humoru do ulicy – wychodzi na to, że cenie tylko tak zwanych fotografów ulicznych, ale tak nie jest – był niedawno zmarły Elliot Erwitt. W Warszawie będzie wystawa jego prac i mam nadzieję, że uda mi się ją odwiedzić. Podchodził do ludzi z bardzo dużym poczuciem humoru, ale nie satyrą Współczesnych nie wymienię, chociaż podziwiam wielu. I innych warto obserwować.

 

A marzenie, jak najbardziej realne lub szalone?

– Nie mam żadnych bardziej lub mniej wygórowanych marzeń. Abym mogła nadal fotografować.

 

rozmawiał: ŁUKASZ GIŻYŃSKI

 

+ Kobiety Kobietom_foto: Główne bohaterki koncertu Kobiety Kobietom w Filharmonii Częstochowskiej: Agata Widera, Aga Łazarczyk i Magdalena Meisel

Autor: Agnieszka Małasiewicz, Filharmonia Częstochowska

 

+ Agnieszka Małasiewicz wystawa_foto: Wystawa zdjęć Agnieszki Małasiewicz w holu Filharmonii Częstochowskiej podczas Koncertu Kobiety Kobietom

Autor: Agnieszka Małasiewicz, Filharmonia Częstochowska

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *