OCET SIEDMIU TYSIĘCY ZŁODZIEI


Nie jestem zbyt gorącym zwolennikiem Platformy Obywatelskiej, ponieważ wydaje mi się ona „jajeczkiem częściowo nieświeżym” (dla co młodszych czytelników, owo jajeczko, to takie określenie, używane przez kelnerów w gastronomii z czasów PRL). Ale, mimo mojego osobistego dystansu i podejrzliwości wobec Platformy, nie sposób nie przyznać, że przynajmniej kilka punktów jej programu wydaje się sensownych. Tym razem chodzi mi konkretnie o deklarację „utworzenia szybkiej ścieżki legislacyjnej do odzyskiwania długów na drodze sądowej przez poszkodowane firmy od wierzycieli”.
Ale zacznijmy ab ovo, czyli od jajka, czyli od początku. Mechanizm jest następujący. Duża firma angażuje małą, jako podwykonawcę do robót budowlanych. Podwykonawca pracuje w stanie euforii, szczęśliwy, że dostał robotę, wykonuje ją do końca bez zarzutu i wystawia rachunek, czyli fakturę. Ma oczywiście podpisaną wcześniej stosowną umowę z wszelkimi gwarancjami. I kiedy już tę fakturę wystawi, zleceniodawca nie płaci. Po prostu. Nie płaci i już.
Nieprzypadkowo wymieniłem budownictwo, bowiem w tej branży jest to proceder nagminny, choć podejrzewam, że nie tylko w tej. Co dzieje się dalej? Ano, zdesperowany przedsiębiorca najpierw rozpaczliwe monituje, dzwoni, prosi i grozi, bez żadnego skutku. Jego sytuacja jest tym bardziej fatalna, że musi zapłacić stosowne podatki, a pieniądze ma tylko na papierze. Większy tłumaczy mniejszemu, że nie płaci, bo jemu nie zapłacił jeszcze większy. Wreszcie ten najmniejszy oddaje sprawę do sądu. Ale tu jego szanse są znikome, bowiem w przeciążonych Sądach sprawa ciągnie się nieraz latami i, jak to powiadają, „nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje”. Dodatkowo, mała firma popada w długi u fiskusa i w ZUS -ie, co, oprócz innych dolegliwości, zamyka jej drogę do wszelkich przetargów. Nieuchronną konsekwencją tego stanu rzeczy jest upadek firmy, której właściciel zwalnia ludzi i razem z nimi udaje się na zasłużony zasiłek. Powstają setki i tysiące dramatów, rozszerza się bieda. Celuje w tym swoistym złodziejstwie Warszawa, największy plac budowy w kraju, ale i inne miasta nie są od macochy. Ktoś, kto ledwie otarł się biznes powie, że jest to przecież zjawisko pospolite i występuje równie często jak opady deszczu albo zawały serca. Tak, jak Finlandia jest krajem tysiąca jezior, my jesteśmy krajem setek tysięcy długów. Powstaje niewiarygodnie długi łańcuch św. Hermesa, patrona kupców i złodziei. Wszyscy wszystkim są winni, ale nikt nie płaci. Tyle, że jedni, bo nie mogą, inni, bo nie chcą i ubijają interes. Nie mają tych kłopotów budowlane wielkie firmy zagraniczne albo firmy nominalnie polskie, z większościowym kapitałem obcym. Te, wsparte o potężny kapitał powoli przejmują rynek. Ale to już osobna bajka. Bywa, że zdesperowani wierzyciele chwytają się różnych środków, jak np. drukowanie nazwisk hochsztaplerów w Internecie. Ale tu wkracza Urząd do ochrony danych osobowych i uznaje rzecz za nielegalną. I znów mamy do czynienia ze zjawiskiem, kiedy prawo chroni oszustów kosztem ofiar. Dlatego właśnie uchwalenie prawa, które dawałoby możliwość rozliczenia w Sądach nieuczciwych płatników szybko i skutecznie mogłoby niedużym i średnim firmom, notorycznie naciąganym, stworzyć jakąś szansę na przeżycie. Oczywiście, nie załatwi to wszystkich problemów, ale coś tam załatwi, bowiem sama perspektywa trafienia do Sądu w nowych warunkach podziała odstraszająco.
Tymczasem mamy taką sytuację, że chore i nienormalne staje się normą. Pewnie wcześniej mogłaby coś w tej materii uczynić AWS, ale Akcja zajęta wewnętrznymi grami personalnymi, doszła w nieskuteczności do takiej wirtuozerii, że aż chce się zdjąć czapkę. I rzucić nią o ziemię. Oczywiście czapką, nie Akcją. Albo nawet jedną i drugą.

ADNRZEJ BŁASZCZYK

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code