ANNA PURSKA – WIERSZE


Kolejna odsłona poezji znanej częstochowskiej poetki

 

 

*                      *                      *

 

Dworce, pociągi, światła. Monotonny głos megafonów.

Wśród tych, których nosi i którym się nigdzie nie spieszy,

którzy dążą do czegoś, co przyniesie im ulgę

i tych, co próbują uciec.

 

Na dworcach jest tylu poranionych.

Chodzą na rękach, stają na głowie,

chłopaki breka tu tańczą najlepiej,

a aktorzy w przejściach podziemnych

grają na full.

 

                                                    Kraków, lato ‘93

 

*                      *                      *

 

Do Gidel, do Gidel jechali.

Świętą Annę minęli, Świętą Annę pominęli,

Na Gidle, na Gidle jechali.

– Może do niej wstąpimy?

– Innym razem, nie teraz!

Do Gidel, do Gidel spieszyli.

Jechali, jechali, kołowali.

Szukali, błądzili, spieszyli.

Już dzień się pochylił,

już słoneczko zaszło,

drogowskaz na Świętą Annę ujrzeli.

Zmęczeni, radośni do bram Jej nieśmiało stukali:

– Jesteśmy…

 

*                      *                      *

 

Tartak

 

Leżą pokotem grube kloce i bale,

sosnowe żerdzie i deski.

Budulec.

Krwawią świeże pniaki.

Nocami świecą tu gwiazdozbiory dzieciństwa.

Pomykają dobroduszne zwierzęta.

Kwilą ptaki.

 

*                      *                      *

 

Tak nisko stały dziś obłoki. Na wyciągnięcie ręki.

Niebo ogromne nade mną. Jego ocean bez końca.

I słońce o blasku tak ostrym.

Byłam tylko dzieckiem, które idzie

samo długą, pustą ulicą.

A ulice zdawały się nagie.

 

Szłam pod obłokami sama.

Nade mną

tylko nieba metaliczne światło.

 

*                      *                      *

 

Dzień milknie i usuwa się dzień,

by mogły chwalić Pana wonne kwiaty wieczoru.

Chóry żab. Krzyk nocnego ptaka znad łąk.

By zasiąść do wspólnej kolacji,

z oknem otwartym na ogród.

Czuć promieniowanie ludzi. Istot ludzkich.

Ich żywą, ciepłą obecność.

Tuż obok.

Gdy miłość osiąga w nas pełnię.

 

*                      *                      *

 

Wypluwały nas falami samoloty, autokary, hotele.

Witały chimery ulic i owacje gołębi nad placem.

Pulsował w nas głęboki, nieokreślony zachwyt,

w nim byliśmy u siebie.

Przegrywały dalekie ojczyzny z całą tą cudowną,

wstrząsającą ułudą, przesadą życia.

 

Wśród oczekiwania na coś, co nie nadchodzi

komu, czemu tak biegłam naprzeciw?

Och, najeść się, nasycić światem.

Ten ruchliwy wiek.

                                                   Wenecja, czerwiec ‘98

 

*                      *                      *

 

Wołały mnie

rojące się od świateł miasta,

kosmiczny poszum tuneli,

szerokie łożyska rzek.

Porywał wartki nurt przelewających się tłumów.

Na chwilę zapominałam

o swoim brzemieniu.

 

*                      *                      *

Ujęta w karby granitu stalowoszara potęga.

Bulwary. Bulwary bez końca… Snują się zakochani.

W popołudniowym słońcu jaskrawa plama portu.

 

Największe w Alpach, bodaj w Europie Zachodniej.

Połyka setki rzek, we Francji przepływa przez nie Rodan.

 

Za nami w parku nabrzeża nadnaturalnej wielkości

alegoryczne posągi.

W głębi – Genewa.

 

Musuje wietrzyk.

Przenika suknie i włosy intensywny aromat powietrza.

I zagarnia nas w swe posiadanie emanacja siły tej wody.

 

Znów czuję ukąszenie bólu.

Więc może istnieć, istnieje, tak obojętne, tak niemal wzgardliwe piękno.

 

                                              Nad Jeziorem Genewskim, lato 2004

 

*                      *                      *

 

Tron Niepokalanej z Dzieciątkiem

usytuował na wzgórzu.

A wzgórze miastem opasał.

Stąd oręduje za nami.

Tu nasze centrum świata.

 

*                      *                      *

 

Przed podróżą w nieznane,

życiowym egzaminem,

gdy leczę rany, które zadali mi ludzie,

by usłyszeć, że masz we mnie upodobanie,

jestem z Tobą na Górze Tabor,

jestem z Tobą w rzece Jordan.

Jestem u Ciebie na Jasnej Górze.

 

*                      *                      *

 

Wytapia nas jak srebro.

Wypławia. Przesiewa.

Jedną ręką chłoszcze, a drugą prowadzi.

Nagłym ocknięciem obudzi po nocy.

I szuka w naszych ranach.

I na myśl przywodzi

to, cośmy goniąc utracili z oczu.

 

*                      *                      *

 

Zdawało im się.

Zwiodła ich własna chytrość.

Złudzenie panowania nad swoim życiem.

Aż nagle w połowie zabawy

otwarły się oczy.

I zobaczyli swój błąd.

 

Ulewa, ulewa. Chłosta ulewy za oknem.

 

*                      *                      *

 

Co nie jest Tobą – jest gonitwą,

przelotną chwilą, widowiskiem.

Wiatrem i dymem.

Mgłą.

Panie. Tyś lek na całe zło.

Bezpieczna droga.

Port.

 

*                      *                      *

 

Jeszcze trwa noc, lecz skrajem snu pomyka już łasiczka myśli.

Zwinięta w kłębek słucham własnego tętna, szumu krwi, bicia serca.

Pulsują tam i płyną wszystkie udręki przeszłości,

przeczucia, zwątpienia, opłakiwanie marzeń.

Nieuleczalna nadzieja.

Cóż to za wróżka pochyliła się kiedyś nad kołyską

i popatrzyła na dziecko swymi ciemnymi oczyma ?

 

Za oknem przeciągle, wysoko zakwilił pierwszy ptak.

Umilkł.

Jeszcze noc, ale już wkrótce zacznie świtać.

 

*                      *                      *

 

W świecie, w którym zło

ma pełne prawo obywatelstwa

i przechadza się na koturnach

za wielkie uchodząc w oczach ludzi,

a dobro przemyka się chyłkiem pod ścianą,

zajmuję wypróbowane

ostatnie miejsce.

Nazywają to wolnością

lub wysokim stopniem rezygnacji.

 

*                      *                      *

 

Powstaje przez trawienie.

I powoli odsłania się rysunek.

Jeszcze zatarty, zamglony. Wilgotny.

W niektórych miejscach chropowatość blizn.

Ślady ostrej igły. Bezpośrednie cięcia.

Jeszcze różnice tonów.

Ale już Artysta zatrzymuje się. Chwila ulgi,

gdy spogląda na dzieło.

 

A Ty Matko uspokajasz bóle.

Na ropiejące kładziesz rany swoje balsamy i maści.

Cuda czynisz.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *