PRZYJEMNOŚĆ ZA 5 TYSIĘCY


Zwiedziłem w życiu dość sporo krajów, które w statystykach ogólnego spożycia „procentów” sytuują się w górze tabeli. Mimo to z trudem można tam napotkać widok, jaki w Polsce jest codziennością: zataczający się mężczyźni z zasikanym kroczem, cuchnące bramy, agresja wygolonych łbów, rynsztokowe słownictwo i nachalne domaganie się datków na „jabłola”. Jeżeli szukać gdzieś podobnego obyczaju, to właściwym adresem są tereny byłego ZSRR. Tam szuka usprawiedliwienia nasza przesycona wódką kultura, i nie jest przypadkiem powodzenie kabaretowych skeczów o kacu czy wstrząsającej kreacji Mariana Opani w spektaklu „Moskwa-Pietuszki” wedle prozy Benedykta Jerofiejewa. Zadziwiający jest mechanizm społecznej patologii, z której powolutku wychodzimy. Tak w Moskwie i Leningradzie, jak w Warszawie i Częstochowie usiłowano ograniczać dostęp do alkoholu, reglamentując ilość i godziny otwarcia punktów sprzedaży i wyszynku. Jednocześnie służby porządkowe były nad wyraz litościwe wobec nieprzytomnych z zapicia delikwentów, jeśli tylko nie wszczynali awantur. Tej „wschodniej” specyfice poddali się nawet okupujący nasz kraj Niemcy, którzy omijali śpiących na trotuarze pijaków szerokim łukiem…

Zwiedziłem w życiu dość sporo krajów, które w statystykach ogólnego spożycia „procentów” sytuują się w górze tabeli. Mimo to z trudem można tam napotkać widok, jaki w Polsce jest codziennością: zataczający się mężczyźni z zasikanym kroczem, cuchnące bramy, agresja wygolonych łbów, rynsztokowe słownictwo i nachalne domaganie się datków na „jabłola”. Jeżeli szukać gdzieś podobnego obyczaju, to właściwym adresem są tereny byłego ZSRR. Tam szuka usprawiedliwienia nasza przesycona wódką kultura, i nie jest przypadkiem powodzenie kabaretowych skeczów o kacu czy wstrząsającej kreacji Mariana Opani w spektaklu „Moskwa-Pietuszki” wedle prozy Benedykta Jerofiejewa. Zadziwiający jest mechanizm społecznej patologii, z której powolutku wychodzimy. Tak w Moskwie i Leningradzie, jak w Warszawie i Częstochowie usiłowano ograniczać dostęp do alkoholu, reglamentując ilość i godziny otwarcia punktów sprzedaży i wyszynku. Jednocześnie służby porządkowe były nad wyraz litościwe wobec nieprzytomnych z zapicia delikwentów, jeśli tylko nie wszczynali awantur. Tej „wschodniej” specyfice poddali się nawet okupujący nasz kraj Niemcy, którzy omijali śpiących na trotuarze pijaków szerokim łukiem…
Jako się rzekło, w krajach o wyższym od naszego „spożyciu” – w Czechach, Niemczech, Francji (tak, tak!) z trudem można wypatrzyć na ulicy wyraźnie nietrzeźwego człowieka, choć piwo i inne alkohole serwuje się na każdym rogu. Jeśli nawet w pobliżu nie ma sklepu, to w Hospodzie, Trinkhalli czy Auberges sprzedadzą ci wino i wodę ognistą w cenie detalicznej. Tajemnicą takiego stanu rzeczy są zarówno rygorystyczne regulacje porządkowe, jak presja obyczajowa otoczenia. Z drugiej strony organizacje społeczne i autorytety prawne są uczulone na łamanie godności człowieka, którego nie można poniewierać w sposób znany ze wschodnioeuropejskich izb wytrzeźwień. Nowelizacja przegłosowana w Sejmie przytłaczającą większością i podpisana przez prezydenta, ma w zamierzeniu zlikwidować pijacką patologię na naszych ulicach. Ten skutek nie zostanie osiągnięty. Walka na „froncie kulturalnego spożywania” wciąż idzie po logice Gorbaczowa, który chciał oduczyć pijaństwa Rosjan siłą. Mimo, że na front tej wojny zostali wysłani wszyscy funkcjonariusze, kierownicy zakładów pracy, lekarze, sędziowie i aparatczycy KPZR, lały się hektolitry wódki – tej pocieszycielki zbolałej duszy. Twórcom coraz to nowych zakazów podpowiadam, że dobrym sposobem zagnania pijących z ulic i parków do karczmy, byłaby likwidacja marż w gastronomii. To wysokie ceny powodują, że lepiej kupować alkohol w sklepie i spożywać w plenerze.
Nie wiem jak praktycznie będzie wyglądać wdrażanie nowego, restrykcyjnego kształtu ustawy, jednak przestrzegam przed nowymi uprawnieniami służb porządkowych. Mamy jeszcze w pamięci nieszczęsną interwencję w Sosnowcu, gdzie policjanci zakatowali młodego człowieka popijającego piwko pod swym blokiem. Takich łatwych celów może być więcej, bo cóż złego może spotkać uzbrojonego w pałkę i kajdanki mundurowego od przyzwoitych ludzi, którzy trochę się zapomnieli. W ostatnich dniach przed wejściem nowego prawa, dyżurujące pod mym domem „nałogi” piły winko z bezczelną ostentacją, kpiąc sobie z przechodzących czasami „psów” i „czarnych”. W niedzielę nastąpiła demonstracja siły: parę razy podjeżdżał mikrobus Straży i nawet zapakowano doń śpiocha spod pomnika włókniarek. Na szczęście dziś (piszę te słowa w poniedziałek) wszystko wróciło do normy a pod bramą stoją starzy znajomi, których znam już nawet z imienia. Mówią, że „za Chiny” nie dadzą się zrewidować i rozglądają się za papierowymi torebkami na ukrycie swej codziennej flaszki. A przewidzianych w ustawie 5 tysięcy złotych grzywny przenigdy nie zapłacą…

RYSZARD BARANOWSKI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code