NA POŻYCZONYM SAKSOFONIE…


Siergiej i Olga Wowkotrub pochodzą z centralnej Ukrainy. Oboje ukończyli Akademię Muzyczną w Kijowie; on – skrzypce; ona – fortepian. Siergiej, będąc jeszcze studentem, został laureatem bardzo prestiżowego ogólnokrajowego (a więc obejmującego teren dawnego ZSRR) konkursu kwartetów smyczkowych. Teraz on pracuje w Filharmonii Częstochowskiej, a ona wykłada w częstochowskiej WSP i akompaniuje w Ognisku Baletowym.

– Jak długo mieszka Pan w Częstochowie?
– 28 listopada – pamiętam tę datę dokładnie, bo to dzień urodzin mojego syna, Mikołaja – minie 9 lat.
– Dlaczego akurat Częstochowa?
– Wszystko dzięki moim kolegom – muzykom z Ukrainy, którzy tu trafili rok wcześniej. Od nich dowiedziałem się, że Filharmonia Częstochowska poszukuje dobrego skrzypka.
– Olga: – A na Ukrainie w tym czasie szalała już na dobre pierestrojka i trzeba było jak najszybciej się stamtąd ewakuować…
– Zacząłem pracować w Filharmonii, a po roku sprowadziłem tu żonę i syna.
– Granie w Filharmonii to nie jedyne zajęcie, jakim się Pan para?
– Pracuję w szkole muzycznej w Radomsku; mam już nawet jednego laureata ogólnopolskiego konkursu. Poza tym, gramy z żoną w duecie na różnego rodzaju imprezach muzykę rozrywkową, ja na skrzypcach, Olga – na syntezatorach.
– Skrzypce, to nie jedyny instrument, na którym Pan gra?
– Nie, jakiś czas temu przy częstochowskiej Filharmonii stworzył się ukraiński kwartet smyczkowy i brakowało im altowiolisty, więc… nauczyłem się grać na altówce. A potem nauczyłem się grać na saksofonie, zawsze kochałem ten instrument i zawsze chciałem umieć na nim grać…
– Gdzie można usłyszeć Pana i… Pana saksofon?
– Saksofon nie jest mój, tylko pożyczony; nie stać mnie na taki instrument – najtańszy kosztuje około 5 tysięcy złotych, jest to cena dobrych lutniczych, oczywiście współczesnych, skrzypiec. Altówkę zresztą też mam pożyczoną. Gram na różnego rodzaju imprezach okolicznościowych. Przez trzy lata można mnie było słuchać w „Prasowej”; teraz od czasu do czasu w „Prohibicji”, w „Patrii”, „Polonii”…
– Olga: – Generalnie muzyk to bardzo elitarne zajęcie, ale w dzisiejszych czasach nie da się wyżyć z jednego etatu w Filharmonii. Każdy muzyk z Filharmonii musi prowadzić jeszcze dodatkową działalność artystyczną, czyli po prostu – musi grać wszystko. Dopiero wtedy można względnie funkcjonować na jakimś poziomie. Ale ogólnie nie narzekamy. W porównaniu z Ukrainą to tu jest Europa…
– Macie jakieś polskie korzenie?
Olga: – Trudno powiedzieć. Nasi rodzice żyli w takich czasach, że gdyby nawet wiedzieli o takim pochodzeniu, to skrzętnie by to ukryli. Mam w rodzinie nazwisko Wierzbicka, ale nie mam pojęcia, czy jest ono związane z jakimiś polskimi korzeniami.
– Jak długo trzeba się uczyć języka, żeby mówić tak jak Wy? Sądzę, że nikt nie przypuszcza, że nie jesteście Polakami; pozostał tylko akcent, bardzo podobny do tego ze wschodnich rubieży?
– Niedługo, parę miesięcy. Znajomość języka, to podstawa, jeżeli chce się robić karierę w danym kraju. Jesteśmy kontaktowi. W Częstochowie spotkaliśmy się z bardzo ciepłym i miłym odbiorem; mamy szczęście do dobrych ludzi. Być może też dlatego tak szybko chcieliśmy nauczyć się polskiego, żeby poznać więcej takich ludzi…
– Czy syn odziedziczył też zdolności muzyczne?
– Gra na fortepianie; skończył szkołę muzyczną, ale twierdzi, że to już koniec. Dalej chce być lotnikiem…
– Takie młodzieńcze marzenie?
– Nie do końca. Ja zawsze chciałem być lotnikiem. Należę do częstochowskiego Aeroklubu. Zresztą z tym moim niezrealizowanym marzeniem łączy się ciekawa historia. Kiedy jechałem pierwszy raz tutaj, do Polski, spotkałem w pociągu pułkownika lotnictwa. Oczywiście mu zazdrościłem. W rozmowie okazało się, że on zawsze chciał być… muzykiem. Później zacząłem się zastanawiać i pomyślałem, że może dobrze, że jestem muzykiem.
Olga: – Oni jak zobaczą jakikolwiek sprzęt do latania, to zaraz muszą go wypróbować, paralotnię na przykład.
– A Pani też lata?
– Ja ma taki lęk wysokości, że nawet jak teraz o tym rozmawiamy, to mam zawroty głowy…
– Jaki rodzaj muzyki lubi Pan grać najbardziej?
– Klasyczną kameralną. Przez dwa lata pracowałem na Ukrainie w orkiestrze kameralnej. Kocham też jazz.
– Jak podoba się Panu polska muzyka rozrywkowa?
– Jazz jest na bardzo wysokim poziomie. Urbaniak, to dla mnie wzór muzyki jazzowej. Świetny jest Henryk Miśkiewicz, czy Ewa Bem.
– Plany na najbliższą przyszłość?
– Szczęśliwie wrócić z Ukrainy, gdzie wyjeżdżamy za kilka dni, żeby odwiedzić rodzinę i dalej – praca. W tym roku w szkole pojawiło się paru bardzo dobrze zapowiadających się uczniów. Sezon zapowiada się bardzo ciekawie. Chciałbym stworzyć profesjonalne trio; mam już gitarzystę, basistę, rozpoczęły się próby, może się uda.
– Życzę szerokiej drogi i … realizacji planów. Dziękuję za rozmowę.

SYLWIA BIELECKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code