NIEDZIELNA SZKÓŁKA OJCA STANISŁAWA


Marcin Pospieszalski: – Chciałem z góry powiedzieć, że nie wszystko powiem, bo tu jest moja żona!
Grzegorz Ułamek: – Przynajmniej to co powiesz, będzie prawdziwe. Jak w Waszej rodzinie rozpoczął się fenomen muzykowania?
MP: – Mama i tata pochodzili z rodzin mieszczańskich, w których była tradycja muzykowania, grania na instrumentach. Pianino, które znajdowało się w naszym domu stało od pierwszych dni małżeństwa moich rodziców. Ojciec grał na skrzypcach. Mama pomiędzy śniadaniem, obiadem, kolacją, a kombinowaniem, żeby było co do garnka włożyć dla naszej dziewiątki miała jeszcze czas, żeby malować i grać na pianinie. Wzrastaliśmy w takiej atmosferze. U nas w domu więcej było jednak plastyki i rysowania. Tata jest architektem.
– W domu Pospieszalskich, przy kościele św. Barbary, człowiek czuje się jak w kościele. Nawet w kościołach dziś nie ma tyle fresków co tam…
MP: – Tak, to prawda. Tata z innymi plastykami ćwiczyli po prostu technikę fresku. Pierwszym dzieckiem moich rodziców był Antoni, dlatego freski przedstawiają sceny z życia św. Antoniego. Są stylizowane na Giotta.
– Wróćmy do Waszej historii.
MP: – Wzięliśmy się za granie muzyki rozrywkowej na gitarach. To była epoka The Beatles, The Rolling Stones. Zacząłem grać na gitarze w wieku sześciu lat. Janek, najstarszy – 17 latek – przyniósł do domu pierwszą gitarę. Później kilka gitar zrobił sam. Jednej z nich tata mało co mu nie rozbił na głowie. To był przełom lat 60. i 70. Szaleństwo! Janek kiedyś zachorował. Nikt z nas jeszcze na gitarach nie umiał grać, ale Paweł już kilka chwytów od Janka podpatrzył. I mówi: zrobimy Jankowi niespodziankę. Nauczył nas paru chwytów. Przygotowaliśmy piosenkę Beatlesów. Nie rozumiałem żadnych słów. Nauczyłem się na pamięć, poszliśmy i zaśpiewaliśmy bratu. Janek był wniebowzięty. Powiedział, że założymy zespół. Od razu wzbudzaliśmy sensację, choć umieliśmy zaledwie trzy chwyty.
– Czy nazwa Waszej pierwszej inicjatywy – „Niedzielna Szkółka Ojca Stanisława” – była związana z postawą taty?
MP: – Tata na początku bardzo oponował, ale jak zobaczył, że to jest walka z wiatrakami, to zaczął nam pisać teksty do utworów. Przez dwa lata graliśmy na różnych festiwalach studenckich. Zapraszali nas. To była sensacja – dzieci grają! Janek był kierownikiem zespołu. Mieliśmy tylko problem z perkusistą, którym miał być najstarszy Antek. Ale on się nie chciał w to bawić. Musieliśmy zatrudnić sąsiada. Sama rodzina i sąsiad. Wyrzuciliśmy go jednak z zespołu, bo ojciec mu obiecał, że jak obetnie sobie włosy, to mu kupi narty. I ojciec mu kupił narty. A jak obciął włosy, to musieliśmy go wyrzucić. Trudna rada. W 1972 roku graliśmy w klubie studenckim „Spirala” w Gliwicach. Po koncercie, redaktor gazety „Za i przeciw” napisał, że dzieci są zmanierowane i już im więcej nic nie pomoże!

Marcin Pospieszalski: – Chciałem z góry powiedzieć, że nie wszystko powiem, bo tu jest moja żona!
Grzegorz Ułamek: – Przynajmniej to co powiesz, będzie prawdziwe. Jak w Waszej rodzinie rozpoczął się fenomen muzykowania?
MP: – Mama i tata pochodzili z rodzin mieszczańskich, w których była tradycja muzykowania, grania na instrumentach. Pianino, które znajdowało się w naszym domu stało od pierwszych dni małżeństwa moich rodziców. Ojciec grał na skrzypcach. Mama pomiędzy śniadaniem, obiadem, kolacją, a kombinowaniem, żeby było co do garnka włożyć dla naszej dziewiątki miała jeszcze czas, żeby malować i grać na pianinie. Wzrastaliśmy w takiej atmosferze. U nas w domu więcej było jednak plastyki i rysowania. Tata jest architektem.
– W domu Pospieszalskich, przy kościele św. Barbary, człowiek czuje się jak w kościele. Nawet w kościołach dziś nie ma tyle fresków co tam…
MP: – Tak, to prawda. Tata z innymi plastykami ćwiczyli po prostu technikę fresku. Pierwszym dzieckiem moich rodziców był Antoni, dlatego freski przedstawiają sceny z życia św. Antoniego. Są stylizowane na Giotta.
– Wróćmy do Waszej historii.
MP: – Wzięliśmy się za granie muzyki rozrywkowej na gitarach. To była epoka The Beatles, The Rolling Stones. Zacząłem grać na gitarze w wieku sześciu lat. Janek, najstarszy – 17 latek – przyniósł do domu pierwszą gitarę. Później kilka gitar zrobił sam. Jednej z nich tata mało co mu nie rozbił na głowie. To był przełom lat 60. i 70. Szaleństwo! Janek kiedyś zachorował. Nikt z nas jeszcze na gitarach nie umiał grać, ale Paweł już kilka chwytów od Janka podpatrzył. I mówi: zrobimy Jankowi niespodziankę. Nauczył nas paru chwytów. Przygotowaliśmy piosenkę Beatlesów. Nie rozumiałem żadnych słów. Nauczyłem się na pamięć, poszliśmy i zaśpiewaliśmy bratu. Janek był wniebowzięty. Powiedział, że założymy zespół. Od razu wzbudzaliśmy sensację, choć umieliśmy zaledwie trzy chwyty.
– Czy nazwa Waszej pierwszej inicjatywy – „Niedzielna Szkółka Ojca Stanisława” – była związana z postawą taty?
MP: – Tata na początku bardzo oponował, ale jak zobaczył, że to jest walka z wiatrakami, to zaczął nam pisać teksty do utworów. Przez dwa lata graliśmy na różnych festiwalach studenckich. Zapraszali nas. To była sensacja – dzieci grają! Janek był kierownikiem zespołu. Mieliśmy tylko problem z perkusistą, którym miał być najstarszy Antek. Ale on się nie chciał w to bawić. Musieliśmy zatrudnić sąsiada. Sama rodzina i sąsiad. Wyrzuciliśmy go jednak z zespołu, bo ojciec mu obiecał, że jak obetnie sobie włosy, to mu kupi narty. I ojciec mu kupił narty. A jak obciął włosy, to musieliśmy go wyrzucić. Trudna rada. W 1972 roku graliśmy w klubie studenckim „Spirala” w Gliwicach. Po koncercie, redaktor gazety „Za i przeciw” napisał, że dzieci są zmanierowane i już im więcej nic nie pomoże!
– I wtedy Twój ojciec wysłał Was wszystkich do szkoły i przydzielił instrumenty?
MP: – Tak. Poszliśmy do szkoły muzycznej. Ponieważ byłem najmniejszy wziąłem skrzypce. Karol był trochę większy, więc wziął altówkę. Paweł zaczął grać na wiolonczeli, a Janek od razu poszedł na kontrabas. I w ten sposób powstał kwartet smyczkowy. Od razu graliśmy utwory na cztery głosy. Na pewien czas zakończyła się dla mnie przygoda z muzyką lżejszą, jazzową czy rozrywkową. Do podstawówki muzycznej chodziłem w Częstochowie, ale w ósmej klasie poszedłem do drugiej klasy Liceum Muzycznego w Katowicach. To bardzo znana szkoła. Paweł już wtedy grał tam na wiolonczeli. Poszedłem za nim, a dwa lata później przyszedł Mateusz. W Katowicach grałem nadal na skrzypcach. Dopiero dwa lata przed maturą w naszej szkole utworzył się big band. I basista tego zespołu mówi, że ma chałturę i szuka kogoś na zastępstwo. Ponieważ miałem dwóch braci basistów – Pawła i Janka – nauczyłem się grać na basie. I tak już zostało.
– Grałeś jakieś „wesela”?
MP: – Zagrałem chyba 16 wesel. To jest bardzo dobra szkoła. – Twój brat Janek był związany z „Czerwonymi Gitarami”?
MP: – Janek grał w tym zespole od 1976 do 1980 roku. Czerwone Gitary były najpopularniejszym zespołem w NRD. Widziałem piracki kompakt „Rotten Gitaren”, wszystkie piosenki po niemiecku. Do dzisiaj popisowym numerem Janka na imprezach rodzinnych jest śpiewanie przebojów Czerwonych Gitar po niemiecku. Gdy w Polsce powstała „Solidarność”, żeby „zaraza” wolności nie przeszła na NRD, z dnia na dzień powiedzieli: stop! I podziękowali zespołowi.
– I pytanie do Lidki: w jaki sposób spotkałaś się z Marcinem? Na weselu?
Lidka Pospieszalska: – Na imprezie. Byłam również na Wydziale Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach. Była impreza Po jakichś egzaminach, wyczerpujących, pełnych napięcia, była impreza. I wiadomo, studenci…
MP: – Siedzieli sobie i rozmawiali.
LP: – Przy takiej rozmowie zachwyciłam się Marcinem. Mówił dużo i ciekawie. Później to czas zweryfikował…
MP: – …później się okazało, że to było 99% bajeru…
LP: – …skutecznego.
MP: – Ale czy nie na tym to polega?!
LP: – Cel jest ważny! Pierwszy raz zobaczyłam go wcześniej, jak grał z Czesławem Ryszką, perkusistą zespołów Krzak i Voo Voo. Był młody i grał przekonująco.
– Kiedyś otwieram jednotomową Encyklopedię Muzyki PWN i widzę hasło: „Marcin Pospieszalski”. I myślę, jak on się tam znalazł? Encyklopedia klasyczna, prawie żadnego hasła z nazwiskiem muzyka rozrywkowego… Co zrobiłeś, że tam się znalazłeś?
MP: – Andrzej Szmit, ojciec chrzestny Nikodema, naszego syna, pracował przy tej encyklopedii… Nota bene, to były dziekan Wydziału Jazzowego w Katowicach, dzięki któremu mnóstwo studentów w czasie stanu wojennego uniknęło wojska. Wybitny historyk jazzu. Nigdy nie był w Ameryce, ale ma cały plan Nowego Jorku w głowie. Ze względu na przekonania nigdy nie chciano go wypuścić za granicę.
– Wśród wielu zespołów w jakich grałeś jest częstochowska formacja Tie Break…
MP: – Zespół powstał w 1979 r. Został założony przez Czesława Łęka, który swego czasu bardzo wiele rzeczy robił w Częstochowie. Z jego inicjatywy Staszek Sojka grał na Jasnej Górze, z czego potem powstała płyta „Matko, która nas znasz”. Czesiu grał w Tie Breaku na bębnach. Zmarł trzy lata temu. Krzysiek Majchrzak grał na basie. Do składu zespołu należeli też Janusz Yanina Iwański i Ziut Gralak. Grali razem do 1973. Potem zespół zmienił oblicze, mniej jazzowe, a bardziej poszukujące. I wtedy ja z Mateuszem dołączyliśmy do Tie Breaku. Nagraliśmy razem kilka płyt. Ostatnia powstała do słów ks. Jana Twardowskiego. Jest to bardzo dobra formacja i bardzo dużo się w niej nauczyłem. W tym zespole trzeba szybko reagować na to, co gra inny muzyk – zawsze gramy inaczej.
– Po pierwszym koncercie New Life’M przyszedł do Was chłopak i powiedział, że „nareszcie Pan Bóg zatrudnił fachowców”.
Jak powstała ta chrześcijańska formacja?
MP: – Właściwie, to zespół New Life’M założył Joachim Mencel. Joachima poznałem na „dyplomie” mojej żony. Potrzebowaliśmy pianisty. Ale nikt nie chciał z nami zagrać. A Joachim – jeden z najlepszych pianistów jazzowych – powiedział, że zagra. Byliśmy po prostu wniebowzięci. I tak przypadliśmy sobie do serca, że później zaproponował mi wyjazd na rekolekcje. Najpierw bardzo oponowałem. Myślę sobie, sami święci ludzie. Gdzie ja tam pojadę. Namówił mnie jednak i pojechałem. Później okazało się, że przyjechali tam też Mietek Szcześniak, Piotrek Jankowski. Organizatorem rekolekcji był Robert Cudzich, który do nas dołączył. I tak to zostało. Zaczęliśmy grać.
– Zauważyłem, że w muzyce chrześcijańskiej są trzy ciekawe, ale odmienne zjawiska: New Life’M – tu po raz pierwszy było słychać profesjonalizm, później Tymoteusz (2Tm 2,3) – pokazał całkowicie inne oblicze muzyki, a na samym końcu Arka Noego. Grasz we wszystkich tych zespołach. Jak się w tym znajdujesz?
MP: – Ja się w tym znajduję świetnie.
– Czyli możesz grać wszystko?
MP: – Nie, nie mogę grać wszystkiego.
– Jak powstała Arka Noego?
MP: – Telewizyjne „Ziarno” prosiło Roberta Friedricha o nagranie kilku piosenek na potrzeby tego programu. Nie było na to pieniędzy. Robert poprosił mnie i jeszcze kilku znanych muzyków do współpracy. Arka odniosła ogromny sukces. To jest niesamowite, że zespół o tak małym budżecie odniósł tak duży sukces. Była w tym po prostu ręka Pana Boga.
– Jakim mężem jest Marcin?
LP: – Pozwolę, by Marcin skomentował to pierwszy.
MP: – Na pewno nie jestem złotą rączką i rzadko bywam w domu. Ale poza tym jest OK.
– Myślisz, że można grać „mocną” muzykę z tekstami chrześcijańskimi? Wielu się to nie podoba…
MP: – Ludzie chcieliby widzieć tylko muzykę liturgiczną. Ale to jest przecież nieporozumienie. Ja uważam, że mocnej muzyki nie można stosować do Liturgii. To jest oczywiste. Wiedzą to wszyscy muzycy z Tymoteusza i z tym się zgadzają. To jest muzyka, która ma pomóc w ewangelizacji poza Kościołem. Jest skierowana do ludzi, którzy w życiu by nie przyszli na koncert muzyki lekkiej.
– Lidka, tak łatwo się nie wykręcisz… Jakim mężem jest Marcin?
LP: – Myślę, że jesteśmy dobrym małżeństwem. Wiadomo, że nad mężem trzeba pracować. Rzadko bywa w domu. To jest dla nas trudna rzecz. Pewne sprawy muszę ciągnąć sama. Najgorsze było dla mnie karcenie dzieci. Ale musiałam przejąć ten trudny obowiązek.
– Napisałeś muzykę do dwóch filmów Władysława Pasikowskiego.
MP: – To tylko epizody. Zrobiłem muzykę do filmów „Prawo Ojca” i „Demony Wojny”.
– Przyznajesz się do swojej wiary publicznie – mieliśmy tego dowód w czasie wręczenia Fryderyków. Jak na to reagują znajomi, ludzie z branży?
MP: – Dowiadują się o tym przypadkowo. Czasami to im imponuje. Dla nich jestem człowiekiem z sensem życia.
– Potrafisz być silny w środowisku showbiznesu?
MP: – Nie wiem, trudno mi o tym mówić. To pokazuje samo życie.
– Dużo pracujesz, pewnie zatem nie masz teraz problemów z pieniędzmi. A kiedyś?
MP: – Przeżyłem z żoną wiele ciężkich sytuacji. Zdarzało się, że czekaliśmy dosłownie na mannę z nieba. Często żyliśmy na styk.
– Co sądzisz o kupowaniu w niedzielę?
MP: – Ogólnie nie robimy zakupów w niedzielę. Dla mnie jest to pokłon oddawany molochowi. Uosobieniem bożka w dzisiejszym świecie jest pieniądz. A zakupy w niedzielę, to „liturgia” w supermarkecie.
– Nad czym teraz pracujesz?
MP: – Kończymy nową płytę z New Life’M, w której po Mietku Szcześniaku śpiewa Natalia Niemen. Jest to bardzo dobry program, oryginalny i możemy się pod tym podpisać. To jest nowa muzyka, a zarazem jest w tym bardzo dużo tego, co myślimy i co chcemy robić. New Life’M jest w coraz lepszej formie. Chcielibyśmy szybko skończyć pracę, żeby w kwietniu była już nowa płyta. Nagrywam także płytę z Deus Meus.
– Dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadzono na spotkaniu w Emaus Cafe.

KS. GRZEGORZ UŁAMEK

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *