TA OPERACJA BYŁA Z MUSU…


Lekarze ze szpitala na Parkitce zszyli pacjentowi serce

Rozmowa z doktorem Sławomirem Strzelczykiem, ordynatorem Ośrodka Leczenia Urazów Wielonarządowych
44-letni Michał K. chciał najprawdopodobniej popełnić samobójstwo. Cios w serce był udany. Jednak szybka interwencja chirurgów z Ośrodka Leczenia Urazów Wielonarządowych ze szpitala na „Parkitce” uratowała mu życie. Dziś jest już przytomny i jeżeli nie wystąpią żadne powikłania za kilkanaście dni opuści szpital.
– Pacjenci z ranami serca, kłutymi w dodatku, zdarzają się chyba dość rzadko?
– Generalnie, wraz ze wzrostem bandytyzmu w naszym kraju, tacy pacjenci relatywnie trafiają się dosyć często. Niestety, nie zawsze docierają do szpitali, bo albo giną na miejscu albo pomoc jest na tyle spóźniona, że po prostu nie mają szans na przeżycie.
– Jak czas może upłynąć, żeby ta szansa była?
– Od kilku do kilkunastu minut. Wszystko zależy od rodzaju i wielkości rany.
– W tym wypadku, po jakim czasie pacjent do Was trafił?
– Po kilkunastu minutach. Był jeszcze we wstrząsie odwracalnym. Dzięki temu można było szyć serce i jednocześnie uzupełniać pacjentowi krew. Te dwie rzeczy zapewniły mu stabilizację. Czynnikiem decydującym jest tutaj to, że pacjent nie był zupełnie wykrwawiony – miało co przenosić tlen, bo samą wodą nie napełni się mięśnia sercowego. Poza tym, nie nastąpiła tzw. tamponada osierdzia. Polega to na tym, że w tym worku, który otacza mięsień sercowy, krew, która się tam znajduje uciska mięsień, w związku z tym on nie kurczy się w sposób normalny – bo ma coraz mniej miejsca – i dochodzi do zatrzymania akcji serca. Nie tylko przez upływ krwi, ale przez ten moment, który powoduje ucisk skrzepów krwi na serce, czyli właśnie rodzaj tamponady, powodującej zatrzymanie akcji serca. I to jest najczęściej główna przyczyna zgonów pacjenta.
– Kto zawiadomił pogotowie?
– Rodzina. Zespół „R” natychmiast przyjechał i akurat tak się złożyło, że w zespole był doświadczony anestezjolog, który ocenił wstępnie, że rana jest bardzo ciężka i zawiadomił nas jeszcze przed wyruszeniem, żebyśmy się przygotowali. Dzięki temu skróciliśmy moment wstępnej diagnostyki. Sala operacyjna czekała na pacjenta.
– Jak w klinice w Schwarzwaldzie…
– Na tej zasadzie. Te cenne minuty pozwoliły mi na tyle profesjonalne otwarcie klatki piersiowej u pacjenta, by można było tych parę minut wytrwać i założyć szwy na sercu, co stanowiło największą trudność techniczną. Tych kilka minut najczęściej decyduje o zatrzymaniu akcji serca.
– Czyli podziękowania należą się też Telekomunikacji…
– Też. Mój świętej pamięci dziadek mówił mi, że w zasadzie są trzy składowe sukcesu: pacjent musi mieć szczęście, chirurg musi mieć szczęście, a tej dwójki Bóg ma nie opuścić. I chyba tutaj tak zadziałało: dobre, szybkie powiadomienie pogotowia, przytomny zespół reanimacyjny, z dobrym anestezjologiem, bardzo dobre kwalifikacje, przekazanie informacji do szpitala, wykwalifikowany zespół w szpitalu – Ośrodek Leczenia Urazów Wielonarządowych, który ma do czynienia z takimi pacjentami i… szczęście.
– Czy w jakimkolwiek innym częstochowskim szpitalu taki zabieg mógłby się udać?
– Do innych szpitali tacy pacjenci trafiali, z różnym skutkiem. Może nie z tego typu raną; bo to nie była tylko rana kłuta jednej powierzchni, tylko obu – przedniej i tylnej. Jedno jest pewne, oprócz płucoserca, którego tutaj u nas nie ma, to praktycznie cały sprzęt jest na najwyższym poziomie – poziomie klinicznym. I to jest bardzo istotne. Natomiast w części naszych szpitali, a to nie ma odpowiednich narzędzi, a to zespołu, a to nie można przygotować w danym momencie takich czy innych działań ratunkowych. Na szczęście, wymyślono kiedyś taką formułę, żeby jeden ze szpitali, w tym wypadku nasz, był niejako wytypowany do tych najcięższych, wyselekcjonowanych przypadków, co odciąża też inne placówki. To nie jest tak, że na kogo wypadnie na tego bęc…
– Ile tego typu operacji wykonaliście?
– W ciągu dwóch i pół roku istnienia Ośrodka, to była szósta operacja. Cztery zakończyły się pomyślnie. Ten pacjent miał jedną z najcięższych tego typu operacji.
– Przy tej operacji nie było kardiologa ani kardiochirurga?
– Nie, kardiolog był potrzebny później do oceny przecieku samych szwów na mięśniu sercowym, już po założeniu wszystkiego i do wyceny wydolności komór. My nie mamy zaplecza kardiochirurgicznego. Ta operacja była po prostu z musu. Jesteśmy chirurgami ogólnymi i specjalizacja wskazuje na to, że musimy robić wszystko, jak najlepiej potrafimy; taką zresztą składamy przysięgę.
– Czy pacjent, już po opuszczeniu szpitala, będzie odczuwał jakieś skutki tego zdarzenia?
– Większych skutków nie przewiduję, ewentualnie niewielkie męczenie się przy dużym wysiłku.
– Czyli na razie jego głównym problemem będzie dojście do zdrowia psychicznego?
– Myślę, że tak.
– Wniosek, już nie tylko dla tego, konkretnego pacjenta, ale dla nas wszystkich jest taki, że taki Ośrodek powinien istnieć…
– Wnioski mogą być różne. W cywilizowanym świecie są oddziały, czy centra urazowe. Pan wojewoda Szymon Giżyński powołując nasze centrum robił to z myślą o tym, abyśmy odciążali inne placówki chirurgiczne. Chodziło o to, żeby ten zespół był tutaj 24 godziny na dobę i zajmował się takimi skomplikowanymi urazami. Ponadto, doświadczenie takiego zespołu, z czasem zaczyna przewyższać inne zespoły. Dzieje się tak dlatego, że ma on do czynienia głównie z takimi ciężkimi urazami i standardy postępowania na takiej izbie wypadkowej są trochę inne niż w pozostałych szpitalach. Poza tym, sprzęt na które łożyło państwo i współobywatele jest dzięki temu wykorzystywany praktycznie w 100%.
– Nie stoją tu w piwnicach zakurzone, jakieś potwornie drogie urządzenia?
– Nie, raczej mamy ten problem, że dość szybko się zużywają. Przez prawie trzy lata działalności Ośrodka staliśmy się głównym szpitalem urazowym na terenie Śląska. Mamy najwięcej pacjentów z mnogimi obrażeniami ciała. A ponadto, z całego kraju przyjeżdżano tutaj po to, by podpatrywać, jak się tworzy taki Ośrodek i na podstawie tych doświadczeń otwiera się oddziały medycyny ratunkowej, zapożyczając nawet nasze standardy.
– Czy reforma zdrowia pomaga Wam, czy raczej przeszkadza?
– Jeżeli 90% rozsądnych osób w tym kraju mówi, że jest dramatycznie, to trudno mówić, że tutaj jest super. Reforma nam nie przeszkadza, natomiast finansowanie jest niedostateczne. Nie da się zawsze zaoszczędzić, najważniejszy jest człowiek.
– Mam nadzieję, że kiedy przywożą do Was pacjenta nikt go nie pyta na Izbie Przyjęć do jakiej Kasy Chorych należy?
– Nie ma takich pytań. Jeżeli jest przywieziony przez zespół „R”, to przede wszystkim oceniamy jego stan. Dopiero po spełnieniu wszystkim procedur, operacjach itp. służby socjalne szukają źródła finansowania i wtedy można się zdziwić, bardzo często są to pacjenci w ogóle nieubezpieczeni lub z innych Kas.
– I co się wtedy dzieje?
– Nic. Lekarz nie jest Panem Bogiem, żeby mógł wyrzucić, czy zdyskwalifikować pacjenta. Tu zwycięża racja ludzka nad finansową. Jeżeli chcemy wykonywać nasz zawód, to musimy to robić tak, jak Pan Bóg przykazał, czyli patrzyć na jestestwo ludzkie, jako na coś, co jest najważniejsze, a dopiero później na sprawy finansowe. Jeżeli odwrócimy sytuację, to zaczną się dramaty.
– Dziękuję za rozmowę.

SYLWIA BIELECKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code