Myśliwi wspomagają zrównoważony rozwój w lasach


Rozmowa z Łowczym Okręgu Częstochowskiego Andrzejem Perlińskim  

 

 

 

Piastowanie stanowiska Łowczego jest łatwe, trudne czy przyjemne?

 

– Od 2000 roku jestem członkiem Koła Łowieckiego i dobrze poznałem problematykę łowiecką. Starając się o stanowisko Łowczego myślałem, że będzie mniej problemowo, ale spojrzenie od środka wskazało, że muszę sprostać wielu problemom. To funkcja bardzo odpowiedzialna. Po półtorarocznym zarządzaniu mam własny osąd na to, co jest tu dobre, co złe. Dlaczego tak różne oceny dotykają tematyki łowiectwa. I dlaczego jesteśmy atakowani, w dużym stopniu także przez niektóre media…

 

Może coś w tym jest?

– Niestety, media mainstreamowe i środowiska zielonych z upodobaniem i bez zastanowienia i wejścia w temat wprowadzają zamęt. Zastanawiamy się: Dlaczego tak ostro krytykują działania Związku Okręgowego?; Dlaczego utrudniają prowadzenie polityki zrównoważonej w obszarze  łowiectwa?; Kto to finansuje?; Komu zależy, aby w naszym kraju łowiectwa nie było?

Możemy domniemywać, że jest to sterowane. Bo może niektórzy – osoby, instytucje, czy jeszcze ktoś wyżej – chcieliby wprowadzić systemy funkcjonujące w innych krajach, jak na przykład w Szwecji czy w Czechach, i tak jak tam wprowadzić zmiany i uwolnić oraz sprywatyzować obwody dzierżawne. Weszliby wówczas ludzie z pieniędzmi i zapewne zrobiliby czystkę i przejęli sterowanie w tym obszarze.

 

A jak obecnie wygląda struktura łowiectwa w Polsce?

– Sama cyfra powie, o jaką skalę tu chodzi. Zarząd Główny i Naczelna Rada Łowiecka funkcjonują w Warszawie i zarządzają 49 Zarządami Okręgowymi w Polsce. Czyli łowiectwo tkwi jeszcze w strukturach sprzed reformy administracyjnej naszego kraju. Dlaczego tak się stało, trudno dociekać. Okręg Częstochowski pokrywa się w 95 procentach z obszarem byłego województwa częstochowskiego. Podobnie jest z okręgiem w Bielsku-Białej i Katowicach.

 

Czy pozostawienie tych struktur nie wpływa na ich jakość, czy nie są one zbyt mocno nasiąknięte dawnym systemem?

 

– Są i to nawet mocno. Powoli będzie się to na szczęście zmieniać. Ubiegłoroczna ustawa łowiecka obliguje osoby ubiegające się na stanowiska i będące na stanowiskach w zarządach do poddania się lustracji. Niestety, weszła ona o 29 lat za późno, bo gdyby w 1990 roku za zmianami administracyjno-mentalnymi w kraju szły zmiany w łowiectwie, to dzisiaj bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Ta próba rządu pozwala w końcu na to, aby polskie łowiectwo wreszcie odnalazło się w strukturze nowego państwa i nowych czasów, które przyniósł nam rok 1990. Wielu myśliwych to rozumie, ale są tacy, którym nie w smak zmiany.

 

Co, oprócz obowiązku lustracji wprowadza ta ustawa?

– Zmienia struktury łowiectwa i jej zadaniem jest oczyszczenie skostniałych struktur. Już ze swoich stanowisk musieli odejść wieloletni prezes Naczelnej Rady Łowieckiej czy Główny Łowczy w Warszawie. Tym samym rozpoczęło się dokonywanie transformacji, ale ile lat będzie ona trwała – nie wiem. Śmiem przypuszczać, że na pewno jeszcze parę lat. To co się teraz odbywa w polskim łowiectwie porównuję do zmian w samorządzie na początku lat 90. ubiegłego wieku. Wówczas zostałem wójtem gminy Kłomnice i wówczas też wielu ludzi nie wyobrażało sobie przejścia ze starego systemu do nowego. I teraz tej łowieckiej przemianie znów przypadło mi uczestniczyć, jako pierwszemu. Ówczesne doświadczenie samorządowe odwzoruję w łowiectwie, a problemy są te same. Wówczas zmienialiśmy świadomość społeczną, bo nikt nie wierzył, że te zmiany się udadzą, teraz podobne działania przechodzimy w strukturze polskiego łowiectwa.

 

Czyli łatwo nie jest?

– Owszem, ale dzięki doświadczeniu administracyjno-samorządowemu udaje mi się powoli sprostać wyzwaniu i przejść spokojnie pewne sprawy. Chcę wszystko robić zgodnie z prawem, aby nie szkodzić łowiectwu.

 

Które jest potrzebne.

 

– I to bardzo. Bo jest to element naszej natury, bo to, z czym się spotykamy na co dzień: powietrze, ziemia woda,  zwierzęta, musi być w równowadze i zadaniem człowieka jest nad światem przyrody roztropnie panować. Nadzór nad zwierzętami dzikimi mają leśnicy i myśliwi, którzy dbają i prowadzą prawidłową gospodarkę łowiecką w lasach. Aby przyroda żyła w równomiernym rozwoju. A słyszymy, co się dzieje, nawet w Częstochowie. Dziki coraz odważniej zaczynają wychodzić z lasu i pożywienia szukają w mieście. To wskazuje, że nad naturą trzeba w pewnym stopniu zapanować. Dobre lata, jakie przyszły dla zwierzyny grubej, w tym ocieplenie klimatu, wspomagają przeżycie zimy i rozwój gatunków. Dawniej w wyniku głodu i mrozu część zwierząt padało.

Trzeba też zauważyć, że na wsi nastąpiła zmiana myślenia rolnika. Dzisiaj ziemia jest prywatną własnością i rolnik za wszelkie szkody odzwierzęce chce uzyskać odszkodowanie. Dawniej nie odnotowywano tak dużej liczby zgłoszeń szkód, bo i rolnika pracującego w państwowych PGR-ach mniej to obchodziło.

 

A kto pomaga rolnikom?

– Za przyjmowanie wniosków odpowiedzialne są koła łowieckie. One też odpowiedzialne są za to, aby tych szkód było mniej. Muszą więc prowadzić zracjonalizowana politykę gospodarowania leśnymi dobrami, aby na danym terenie była taka liczba zwierzyny, która nie powoduje szkód rolnych. Dzisiaj, niestety, jest trudniej, bo grubej zwierzyny: dzików, saren, jeleni, łosi,  jest znacznie więcej. I myśliwi muszą być bardzo czujni i przestrzegać ustalonych rocznych planów łowieckich, które powstają na początku roku i zatwierdzane są przez nadleśniczych w porozumieniu z Polskim Związkiem Łowieckim i danym kołem. W ciągu ostatnich trzech latach stan zwierzyny grubej w Polsce znacznie się powiększył. W tej chwili dotyczy to także wilka, co – zgodnie z naturą – może spowodować spadek zwierzyny grubej, bo wilki wpłyną na liczebność zwierząt. Nastały dobre czasy dla wilka – statystyki podają, że jest ich już w całej Polsce około trzech tysięcy, ale mówi nawet o pięciu tysiącach sztuk.

 

Czy to może zagrozić człowiekowi?

– Jeśli wilki maja zwierzynę, to nie zagrażają osadom ludzkim, nawet tym przyleśnym.  Gorzej będzie, gdy zabraknie im w ich rewirze pożywienia. Wówczas mogą zbliżać się do domostw.

 

A wilki są pod ochroną.

– Na dzisiaj tak. Dlatego ważne jest ustalenie granicy ich liczebności, od której można będzie wprowadzić odstrzały, aby populacja zbyt się nie rozrosła. Oby nie było za późno, bo potem znów myśliwi będą winni, że zabijają wilki i będą nas atakować stowarzyszenia chroniące wilka, których w Polsce jest dużo i które i wpływają na wzrost liczebności tych zwierząt. Trzeba jasno powiedzieć, że nadmiar wilków przynosi w lesie szkody. Już teraz odnotowuje się dużą liczbę zagryzień przez wilki.

 

Czy duży jest konflikt pomiędzy działaczami ekologicznymi a  myśliwymi?

– Jesteśmy oskarżani o zabijanie zwierząt, ale myśliwi wiedzą co robią i wiedzą, że muszą dbać o zrównoważony rozwój w lesie. Przecież podobnie było z bobrami. Długo były pod ochroną, aż stały się niebezpieczne dla człowieka i przyrody, i dzisiaj ich tamy zatapiają pola i niszczą uprawy. Z drugiej strony, musimy pamiętać, że poruszamy się w obszarze natury, gdzie są lasy, woda, zwierzyna, ludzie, a niestety, często nadmierny rozwój miast i wsi, wchodzenie zabudowań w obszary leśne, zaburza rytm życia zwierząt. Osiedla powstają na trasach poruszania zwierząt i potem jest problem, bo dziki, chodząc swoimi ścieżkami, napotykają na domostwa. I w tym wypadku to raczej zwierzęta powinny mieć pretensje, a nie ludzie.

 

Jak wygląda współpraca z nadleśnictwami?

– Nadleśnictwa z racji swej roli odpowiadają za setki hektarów lasów, w skali kraju za miliony hektarów. I traktują to całościowo. My jesteśmy od niewielkiego wycinka – łowiectwa. Tu trzeba wymienić śp. prof. Szyszkę, który wraz ze specjalistami walczył o dobro lasów i zachowanie tego dziedzictwa narodowego. Przykładem była jego determinacja w sprawie Puszczy Białowieskiej. Niestety, atak grup pseudoekologów spowodował mocny uszczerbek na tym niezwykłym naszym leśnym dobrem. Teoria zielonych o samooczyszczaniu lasów bez pomocy człowieka jest zgubna. Czy oni nie chodzą do lekarza jak są chorzy? Ingerencja człowieka w środowisko naturalne jest potężna i choćby z tego powodu musi on wspierać przyrodę. Potrzeba jest jeszcze większej edukacji, również pod kątem wpływu rozwoju cywilizacyjnego na przyrodę.

 

Edukacja także potrzebna jest w zakresie problem dzików i ASF.

 

– Sprawa dzików i roznoszonej przez nich choroby ASF to dzisiaj problemem numer jeden. W środowiskach łowieckich opinie są nieco podzielone. Niektórzy uważają, że pewna część populacji dzika powinna pozostać, ale problem ASF jest potężny, bo wpływa on na stan gospodarki rolnej i dlatego trzeba działać zdecydowanie i szybko. Rozwój ASF może spowodować wyginięcie ważnej dziedziny gospodarczej – hodowli trzody chlewnej i związanymi z nią gałęziami przemysłu. Szkoda, że nie wszyscy zdają sobie sprawę jak jest to potężny problem i nie rozumieją, że państwo i wyznaczone instytucje odpowiadają za całość i muszą przeciwdziałać temu niebezpiecznemu zjawisku. My ze swej strony wspieramy rząd, czujemy tę odpowiedzialność.

 

A jak sprawa ASF  wygląda w naszym regionie?

 

– U nas nie ma jeszcze problemu z ASF, ale już w sąsiednich województwach: w łódzkim, świętokrzyskim – ASF już jest. Jest zagrożenie dla rolników, ale i myśliwych, bo i my musimy stosować się do wzmożonych przepisów ochronnych i stosować bioasekurację. Musimy być bardzo czujni. Jako straż łowiecka mamy cykliczne spotkania z Lasami Państwowymi, aby przygotować się na działania ochronne przed AFS. A ASF to nie tylko Polska, obecnie największe zagrożenie jest ze strony Węgier i Słowacji.

 

Czy obecnie odstrzał dzików jest nielimitowany?

– Tak, ale przyjęte jest, że na 10 hektarów powinien zostać jeden, celem zachowania gatunku. Obserwujemy jednak, że liczba dzików jest znacznie większa niż w założonych planach łowieckich. Skąd się one biorą w takim nadmiarze? Może są to migracje spowodowane obecnością wilków. Może duże zasiewy kukurydzą, uwielbianą przez dziki, także przez inne zwierzęta, są zachętą. Mają wspaniałe warunki żerowe i to wykorzystują. Dziki teraz przesiadują w polach kukurydzy, w dzień śpią, żerują w nocy. Aktualnie myśliwy otrzymali pozwolenie na używanie noktowizorów, które pomagają w nocnym polowaniu na dziki.

 

Ile kół i myśliwych jest w częstochowskim okręgu?

– Zarejestrowanych mamy 1900 myśliwych, z czego 80 procent należy do kół i czynnie działa, pozostali mają uprawnienia do polowania, ale nie są stowarzyszeni i nie pracują w kołach, polują jedynie gościnnie. W całym okręgu funkcjonują 73 koła, z czego 48 to koła macierzyste, które mają siedzibę na naszym terenie. Pozostałe zarejestrowane są w innych miastach: w Katowicach czy Opolu, ale posiadają obwody na naszym terenie i tu polują.

 

Czy łatwo dostać uprawnienia łowieckie?

 

– Obecnie znacznie trudniej. Aby uzyskać pozwolenie na broń trzeba być sprawnym i fizycznie, i psychicznie. Zdać testy wiedzy. I wszyscy myśliwi muszą poddać się tej weryfikacji. Ci, co jej nie przejdą, będą musieli zrezygnować z polowań. W całym kraju jest około 130 tysięcy myśliwych. W naszym okręgu do szkoleń staje około 70–80 nowych adeptów. Starsi odchodzą i następuje wymiana pokoleń. Pomimo kłopotów z mediami nadal mamy dużą grupę chętnych.

 

Kobiety też zostają myśliwymi?

– Tak, ale znacznie mniejszej skali. W naszym okręgu mamy około 40 kobiet, które mają uprawnienia.

 

Łowiectwo w Polsce to już wiekowa tradycja.

– W ubiegłym roku obchodziliśmy 95-lecie powstania Polskiego Związku Łowieckiego. Było to krótko po odzyskaniu  niepodległości przez nasz kraj, kiedy Polacy poczuli wiatr w żaglach i z zapałem podjęli odbudowę ojczyzny. Po 1945 roku trudno mówić o dobrym rozwoju, nie była to całkowita wolność, dopiero po 1990 roku mieliśmy szansę na odbudowę polskiego łowiectwa, bo wzniecił się podobny zapał jak po odzyskaniu niepodległości, ale to w systemie łowiectwa przespaliśmy.

 

Tradycją są Hubertusy, czyli zabawa w polowanie na lisa.

– To tradycja znacznie starsza, bo łowiectwo w Polsce ma znacznie więcej niż 95 lat. Wcześnie traktowano tę dziedzinę bardziej jako dział gospodarki, ludzie żyli inaczej, więcej korzystali z dóbr lasów. Polowania były podstawą. Potem łowiectwo przeszło w pewne ręce i było przeznaczone dla wybranej grupy, a większość społeczeństwa była wykluczona z tych dóbr i nie jadła dziczyzny. I ta specyfika dotrwała do dzisiaj. Przykre jest, że Polacy nie jedzą najbardziej zdrowego mięsa, jakim jest dziczyzna, bo 80 procent tego mięsa idzie za granicę.

 

Jakie największe zwierzę Pan ustrzelił?

– W tym sezonie udało się ustrzelić byka jelenia. Działam w kole, gdzie nie ma zbyt dużo grubej zwierzyny, choć teraz się zaczyna pojawiać. Ale są koła w Polsce, gdzie rocznie strzela się około 100 czy 150 jeleni.

 

 

Dziękuję za rozmowę

avatar

Redaktor Naczelny Gazety Częstochowskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code