MOGIŁY POD STOPAMI. ZAPOMNIANE NEKROPOLIE CZĘSTOCHOWY


Za pasem Uroczystość Wszystkich Świętych i Zaduszki, a więc czas odwiedzania grobów zmarłych bliskich i to nieraz w odległych zakątkach Polski jeśli tam mamy bądź mieliśmy kiedyś rodzinę. Większość z nas uda się w tym celu na kilka działających obecnie w Częstochowie cmentarzy. Niewiele osób wie, że po niektórych lokalnych miejscach pochówku nie pozostał żaden ślad i codziennie przemierzamy zakątki miasta, nie mając pojęcia o tym, że były miejscem ostatniego spoczynku jego mieszkańców.

Groby na rynku

Pierwszy, historycznie poświadczony cmentarz w Starej Częstochowie należał do Parafii Św. Zygmunta. Choć najstarszy i przez długi czas jedyny parafialny kościół w naszym grodzie wzniesiono na terenie położonym nad Wartą, to aż do sprowadzenia OO. Paulinów przez Władysława Opolczyka w 1382 r. sama parafia funkcjonowała wokół małej świątyni znajdującej się na Jasnej Górze. Z czasem kościół Św. Zygmunta był kilkukrotnie powiększany i przebudowywany jak i sama okolica. Świątynię otaczał masywny i wysoki mur. Prawdopodobnie wzniesiono go z myślą o obronie przed zbójeckimi napadami bądź żądnymi skarbów żołnierzami wrogich wojsk. W obrębie parafii leżała połać terenu ciągnącego się od koryta Warty na wschodzie do dzisiejszych ulic Krakowskiej i Warszawskiej. Natomiast granicę na osi północ-południe wyznaczało położenie ulic Krótkiej i Nadrzecznej oraz Granicznej i Przesmyk. W tamtych czasach naturalną koleją rzeczy było założenie przykościelnego cmentarza, gdzie chowano zmarłych mieszkańców lokalnej społeczności. Z dużą dozą pewności można stwierdzić, że nekropolia zajmowała prawie całą powierzchnie dzisiejszego placu Daszyńskiego. Stało się tak gdyż w 1643 r. ojciec Andrzej Gołdonowski, pauliński prowincjał i budowniczy kościoła Św. Barbary oraz wielu innych sakralnych obiektów, poczynił zabiegi o powiększenie cmentarza. Nekropolia rozciągała się aż do dzisiejszej ulicy Berka-Joselewicza i Ogrodowej, a na jej terenie stanęła kaplica Św. Krzyża. Badania archeologiczne w ciągu ostatniej dekady pozwoliły na odkrycie ok. 500 grobów na terenie przylegającym do świątyni. Co ciekawe wśród najstarszych (odkrytych do tej pory) pochówków datowanych na okres od XVI do XVIII wieku cechą charakterystyczną jest brak trumien, co najprawdopodobniej wiąże się ze skromnym statusem materialnym chowanych osób i pewną odmiennością ówczesnych zwyczajów pogrzebowych. Powszechną praktyką, która utrzymywała się w dawnej Polsce dość długo, było owijanie ciała zmarłego w całun. Pochówki trumienne zaczynają dominować dopiero w późniejszych grobach. Oprócz samych szkieletów, badacze przeszłości natrafili również na pokaźną ilość biżuterii sakralnej i dewocjonaliów takich jak krzyżyki czy medaliki. Przy okazji natrafiono również na ludzkie szczątki z późnej epoki brązu i wczesnej epoki żelaza, należące do przedstawicieli kultury łużyckiej, co wzbogaciło dotychczasowy stan wiedzy o jej osadnictwie na terenie miasta.

Nowa lokalizacja

W 1823 r. cmentarz przy kościele Św. Zygmunta zaczęto likwidować. Rozebrano również kaplicę Św. Krzyża. Decyzja ta podyktowana była rozbudową miasta. Planowano połączenie Starej Częstochowy z Częstochówką i wytyczenie Alei NMP. W miejscu cmentarza położono bruk Nowego Rynku. Ekshumowane szczątki stopniowo przenoszono na nową lokalizację, jaką był świeżo założony cmentarz dla którego przestrzeń wygospodarowano w obrębie ulicy Ogrodowej, Fabrycznej (dziś Mielczarskiego) i Piotrkowskiej. Obecnie jest to pusta, pokrytą zielenią parcela (dziś przylega do niej Dom Archidiecezjalny z siedzibą radia FIAT oraz powstaje ośrodek pomocy społecznej). Ciekawostką jest fakt, że to właśnie tutaj w 1979 r. wylądował śmigłowiec z Ojcem Świętym Janem Pawłem II na pokładzie podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Polski. Cmentarz przy ul. Ogrodowej był brukowany, otoczony murem z filarami i posiadał dwie furty. Funkcjonował dość krótko, bo w 1880 r. podjęto decyzję o jego likwidacji, a ostatecznie zamknięto go w czerwcu 1884 r., choć mogiły znajdowały się tam jeszcze do początku drugiej dekady XX w.
Decyzja władz parafialnych podyktowana była brakiem przestrzeni grzebalnej i zbyt bliskim położeniem nekropolii w stosunku do głównych punktów miasta. Ciasnota miała związek z szybkim rozwojem demograficznym Częstochowy w tamtym okresie i pojawiła się konieczność znalezienia lokalizacji pod nowy cmentarz miejski. Tak też zaczyna się opowieść o cmentarzu na Kulach, ale to już historia zasługująca na zupełnie osobne potraktowanie. Zachowała się lista 92 osób pochowanych na cmentarzu przy ul. Ogrodowej opublikowana w „Gońcu Częstochowskim” w 1911 r. Autor artykułu zwracał się z apelem do rodzin spoczywających tam zmarłych, aby zatroszczyli się o ekshumację i przeniesienie zwłok na nowy cmentarz. Przy niektórych nazwiskach znaleźć możemy nieco informacji o zmarłych, prawdopodobnie umieszczonych na nagrobkach. Spoczywał tam m. in. Fryderyk Lippa – sędzia pokoju okręgu częstochowskiego, wychowawca młodzieży i opiekun szpitala NMP, Jan Piętkowski – oficer wojsk polskich i inżynier gubernialny, Józefa Wiśniewska z Bachowiczów – przełożona pensji żeńskiej, czy pochowany wraz z córką, Florian Mikucki – kasjer miasta Częstochowy. Spoczywał tam również Ignacy Fuchs, ojciec Juliana Bogumiła Antoniego – przemysłowca, kupca, a także wybitnego społecznika.

Ofiary epidemii

Kilka lat temu natrafiono na ludzkie kości podczas prac budowlanych prowadzonych w miejscu styku ul. Nadrzecznej i Jaskrowskiej. Na szczęście po szybkiej ekspertyzie ustalono, że nie jest to sprawa kryminalna, ale gratka dla archeologów. Wiele wskazuje na to, że ludzkie szczątki to pozostałość po cmentarzu cholerycznym z XIX w. Część pochówków uległa zniszczeniu w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, gdy budowano tu drogę. Cmentarzysko najprawdopodobniej ciągnęło się aż do dzisiejszego Placu Trzech Krzyży u wylotu ul. Kiedrzyńskiej. Tam też ponoć według nie do końca potwierdzonych informacji miało zostać powieszonych kilkudziesięciu powstańców styczniowych. Zmarłych podczas epidemii prawdopodobnie chowano także w innych punktach okolicy. Cholera w XIX w. miała nawiedzać Częstochowę trzykrotnie i pochłonęła wg. ówczesnych szacunków ok. 1000 istnień ludzkich. O cmentarzu cholerycznym na Zawodziu pisał w sierpniowych numerach „Gońca Częstochowskiego” w 1916 r. częstochowski adwokat i publicysta, Stanisław Rumszewicz. Według opisu autora można w przybliżeniu ustalić jego lokalizację; „(…) Cmentarz ten nieogrodzony, obejmujący przestrzeń 2 morgową, ma kształt podłużnego pasa. Znajduje się on w dole, z trzech stron otaczają go wzgórza, z lewej strony Złota Góra, z prawej wzgórze złocistem zbożem pokryte; wprost wznosi się wzgórze młodym, sadzonym, lasem porosłe (…)”. Cmentarzysko oznakowane było czerwonym krzyżem. Pochówki często miały charakter zbiorowy. Do grobu składano nieraz od trzech do pięciu osób. Ludzie nie chcieli grzebać zmarłych na cholerę, dlatego władze często musiały stosować przymus i wyłapywać do tej czynności przypadkowe osoby. Trumny ze zwłokami często transportowali żydowscy tragarze zamieszkujący w pobliżu Nowego Rynku. Nekropolia nosiła nazwę „na Wójtowskim Dole”, ze względu na niegdysiejszego właściciela tej ziemi, sędziego nazwiskiem Wittek, który był posiadaczem Wójtostwa. Później ziemia ta przechodziła z rąk do rąk. Rumszewicz zasłyszał też historię, że miało się tam ukazywać widmo młodej, modlącej się kobiety – jednej z ofiar zarazy. W okresie gdy ukazał się artykuł Rumszewicza nekropolia ta, między innymi z powodu braku murowanych nagrobków, była już w bardzo złym stanie.
Zapomnianych i nieistniejących cmentarzy na terenie Częstochowy jest więcej. Może jeszcze kiedyś uda się wrócić do tej tematyki. Póki co, przechodząc obok tych miejsc zdobądźmy się na chwilę zadumy i odmówmy po cichu choćby krótką modlitwę za pochowanych niegdyś tam ludzi. Być może wielu z nich wciąż na to czeka.

MICHAŁ KULIG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code