TORTURY I SAMOSĄDY


… Justycyjej ma się stać zadość …

Kradzieże były i są, drobne i wielkie, a nikt się nad sprawcami przestępstwa nie litował. Przepisy prawa miejskiego przewidywały, że złodziej powinien być karany przez powieszenie. W przypadku drobnych kradzieży, w małych miasteczkach winnych bito rózgami lub kańczugami (gdy był pręgierz to karano przed nim) i „wyświecano” z miasta. W takim przypadku ostrzegano delikwenta, że jeśli pojawi się ponownie, to zostanie ukarany śmiercią.
W miastach posiadających więzienie (areszt) złodziei zamykano pod klucz. Pobyt w więzieniu był jednak krótki, toteż osadzonemu urozmaicano pobyt karami cielesnymi. Złodziej przy wejściu do więzienia, w czasie pobytu i przy wyjściu otrzymywał stosowną karę plag (niekiedy do 100). W niektórych więzieniach miejskich wymierzano karę chłosty co miesiąc, a gdy była gorliwa służba miejska to kara spotykała delikwenta w sobotę po południu, aby się zastanowił nad minionym czasem. Trzeba pamiętać, że ówczesne więzienia posiadały okropne warunki sanitarne.
W stosunku do tych, którzy popełnili większą kradzież stosowano „badania corporalne”, które „rozwiązywały język” delikwentowi. Poddany takim badaniom przyznawał się do popełnionych i nigdy nie popełnionych przestępstw. W roku 1776 Sejm Rzeczypospolitej zakazał stosowania tortur. Jednakże w małych miastach i po wsiach były one stosowane do końca I Rzeczypospolitej.
Księgi miejskie Kalisza, Pajęczna, Dobrej, Warty, Szczercowa, Opatówka czy Praszki z XVII i XVIII wieku zawierają dziesiątki przykładów karania przestępców za różne przewinienia. Karano za drobne kradzieże, za które dziś przestępcy pozostają bezkarni.
Oto w Szczercowie Zofia Pluskwianka „chleba sobie wziena i sera gomołkę”, a Żernicka „pieprzu trochę w mierce i imbiru”. Służebna Kaśka w Piwonicach „wzieła dwa łokcie płótna lnianego i obróciła je na koszulkę sobie”. W Warcie Jaszek zabrał bochen chleba, a w Szczercowie ojca córki, która chlebodawcy wzięła kilka monet powieszono, a ją samo za czyn ten poddano „badaniom corporalnym”.
W 1767 roku przed sądem miejskim w Pajęcznie zeznawał Andrzej Wędziszek. Oskarżony opowiadał swój żywot, z którego wynikało, że trudnił się procederem złodziejskim od dzieciństwa i do przestępstwa wciągnął całą rodzinę – żonę i córkę. „Pracował” między Częstochową a Chorzewem. W Siemkowicach stangretowi Marcinowi ukradł kożuch i widły. Wędziszek przyznał, że „Kapeli z Wręczycy płużne żelazo ukradł i gęś”, a miejscowemu karczmarzowi Wali wspólnie z żoną „gorzałkę z flasz wyleli”.
W procederze złodziejskim uczestniczyła także córka. „Do Chorzewa nocnym sposobem i z żoną i z córką rozsadę wyrywać chodził …”. Wspólnie z żoną we dworze ożegowskim wyrywali cebulę, kradli także len i konopie moczone w wodzie. Podobnie podbierali także len ze dworu w Pajęcznie.
Kiedy z „j.p. Michniewskim” przybył do Częstochowy, to „siekierę, siekierki dwie i widły ukradł”… Z kolei „temuż j.p. Michniewskiemu dwa razy dię do spichrza po sól dobrał (…) i wiertel żyta miary działoszyńskiej ukradł…”
Gdy Wędziszkowi znudziły się drobne kradzieże przerzucił się na kradzież pieniędzy i koni. Wreszcie pojmany, postawiony został przed sądem, który wydał wyrok: „… mieczem jego skarać umyśleliśmy i do ukarania tego sprowadzonemu na to mistrzowi aby sentencyi naszej na niego ferowanej uczynił zadość, tegoż pracowitego Andrzeja Wędziszkę oddajemy pod miecz mistrzowi”.
W stosunku do złodziei stosowano często samosądy. Chłopi dopadłszy koniokrada bili go dotąd, aż wyzionął ducha. Pojmany złodziej inwentarza lub mienia wiejskiego bywał w okrutny sposób pozbawiany życia, tak że jeżeli miał możliwości to wolał być pojmany i postawiony przed sądem. W samosądach stosowano tak okrutne tortury, że niekiedy panowie ratowali torturowanych od śmierci. W gromadzie wiejskiej nie znano i nie stosowano litości.
Złodzieje w XVIII wieku uciekali się także do kradzieży w świątyniach. Jeden ze złodziejaszków w 1746 roku przyznał się przed sądem kaliskim, że okradł kościół farny w Kaliszu i chciał okraść także kościół w Częstochowie. Świętokradcę czekała kara spalenia żywcem. Represyjne kary nie zapobiegały jednakże kradzieżom. Niekiedy dla możliwości popełnienia przestępstwa przyszły złodziej przyjmował posadę sługi kościelnego, wkupywał się w łaski duchownego. Po dokładnym rozpoznaniu terenu dokonywał kradzieży. Kradzieży dokonywano z biedy i ubóstwa, chęci zysku lub na zamówienie niekiedy wysoko postawionych osób. Przestępstwa popełniano przez zabór mienia, albo drogą przy użyciu przemocy, w czasie czego dochodziło często do morderstwa. W takich przypadkach „justycyjej” nie mogło stać się zadość, ponieważ sprawca czmychał do sąsiednich Prus lub uciekał w głąb Rzeczypospolitej. Wówczas tylko przypadek i „badania corporalne” przynosiły justycjariuszom pożądane efekty.

BOGDAN SNOCH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code