ŚWIĘTA U JANUSZA GNIADKOWSKIEGO


– Była czarna droga i białe pasy, wszedłem na nie i potem już nic nie pamiętam. Aleja Jana Pawła II, przejście dla pieszych, pisk opon, uderzenie. Mężczyzna ubrany był w jaskrawą kurtkę, świadkowie myśleli, że to chłopak z Traugutta. Kierowca jednego z samochodów miał krótkofalówkę, zanim ocenił co się stało – zadzwonił po pogotowie. Reanimacja w karetce. Szpital Mickiewicza. Lekarze opatrzyli rany i zawieźli go na czteroosobową salę. Jeden z pacjentów miał włączone radio. I nagle wszyscy usłyszeli – Indonezja… Janusz Gniatkowski jednak się nie obudził, był nieprzytomny. To był luty 1991 roku.

– Była czarna droga i białe pasy, wszedłem na nie i potem już nic nie pamiętam. Aleja Jana Pawła II, przejście dla pieszych, pisk opon, uderzenie. Mężczyzna ubrany był w jaskrawą kurtkę, świadkowie myśleli, że to chłopak z Traugutta. Kierowca jednego z samochodów miał krótkofalówkę, zanim ocenił co się stało – zadzwonił po pogotowie. Reanimacja w karetce. Szpital Mickiewicza. Lekarze opatrzyli rany i zawieźli go na czteroosobową salę. Jeden z pacjentów miał włączone radio. I nagle wszyscy usłyszeli – Indonezja… Janusz Gniatkowski jednak się nie obudził, był nieprzytomny. To był luty 1991 roku.

Gniatkowski urodził się we Lwowie, w 1926 roku. Dzieciństwo spędził w Wygodzie, małej wiosce, na terenach dzisiejszej Ukrainy. Tam też przeżył wojnę, ukrywał się z rodziną w lasach, widział całe okrucieństwo tamtych czasów, włącznie z „wyżynaniem” się z Ukraińcami, niedawnymi sąsiadami zza miedzy…

Po wojnie rodzina przeniosła się najpierw do Grybowa w nowosądeckiem, a potem na Śląsk, do Katowic. Ojciec pracował w barze. Gniatkowski trenował boks – w wadze średniej, pod okiem nie byle kogo, bo samego trenera Szydły, prawej ręki Feliksa Stamma. – Gdybym nie zaczął śpiewać, to boksowałbym dalej – mówi. – Janusz właściwie śpiewał przez całe swoje życie – opowiada jego żona, Krystyna Maciejewska, znana wokalistka, koncertująca z mężem przez wiele lat. – Zaczynał w chórze kościelnym we wsi, potem w szkole, na akademiach.

Publiczność usłyszała go po raz pierwszy za pośrednictwem radia. W 1954 roku młody Gniatkowski zgłosił się do rozgłośni Polskiego Radia w Katowicach przy okazji konkursu dla amatorów, poszukującego młodych talentów. Zaśpiewał „Spokojnej nocy”, rosyjską piosenkę, do której napisano mu polskie słowa. Od razu był szum i wielki sukces. Katowicką redakcję zasypano listami. „Boski Gniatkowski”, „Rudolf Valentino polskiej piosenki” – to tylko niektóre z charakterystycznych przydomków, które nadawano artyście w tamtych czasach. Rozpoczęły się koncerty. Mówiono, że Gniatkowski emanuje na scenie urokiem osobistym, seksem, leczy głosem, był showmanem, rodzajem artysty, jakiego ówczesna Polska nie znała.

Po latach 60-tych Gniatkowski został usunięty z rodzimej estrady. Był bardziej popularny od I sekretarza, a to było niedopuszczalne… Jego przeboje puszczano tylko nocą, w lokalnych rozgłośniach. „Apasjonata”, „Arivederci Roma”, „Kubańska piosenka”, „W kalendarzu jest taki dzień”, „Archipelag”, „Za kilka lat”, „Nie powiem nic”, „Pozory mylą”, „Wrocławska piosenka”, „Vaia Con Dios”, „Belladonna” – to piosenki, które znają już pokolenia. Te najmłodsze, dzięki programowi, który już w latach 90-tych przygotował Janusz Józefowicz – „Do grającej szafy grosik wrzuć”. Ale to właśnie Gniatkowski wprowadził je do swojego repertuaru, a tym samym do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej.

Artysta koncertował nie tylko w Polsce, ale w całej niemal Europie, USA, dawał około 300 koncertów rocznie – Nie śpiewałem w Australii, na Grenlandii, tam gdzie wieczne lody – mówi. Ogromną popularność zdobył w dawnym Związku Radzieckim. – Tam ludziom odebrano Boga, więc czcili artystów – wspomina Krystyna Maciejewska. Dla nich Polacy, Jugosłowianie to byli ludzie z Zachodu, którzy przywozili im zagraniczne piosenki, oczywiście – broń Boże – nie śpiewane po angielsku, czy włosku. Kiedy na koncercie zabrzmiała charakterystyczna solówka na trąbce, rozpoczynająca „Apasjonatę” – bito brawa. – W Związku Radzieckim dostawaliśmy tyle kwiatów, że wypełniały nam wanny w hotelach, podpisywaliśmy autografy w dowodach osobistych, na mankietach koszul – mówi żona artysty.

Rok czy półtora przed wypadkiem Gniatkowski wraz z żoną zamierzał nagrać kilka płyt, zawierających popularne słowiańskie melodie, do których polskie słowa napisała Krystyna Maciejewska. Udało się zapisać na taśmie tylko pierwszą część planowanego cyklu – ukraińską. Do dzisiaj czeka na wydanie.

Janusz Gniatkowski nie tolerował chałtur, zawsze był przygotowany do trasy koncertowej. Zapisywał sobie w kalendarzu co, w jakim mieście śpiewa, a nawet w jakim garniturze.

Nigdy nie miał umiejętności sprzedawania się. Nie wierzył, że był największym piosenkarzem tamtych czasów. – Nie uważam się za gwiazdę – mówi dzisiaj Janusz Gniatkowski – bo wtedy musiałbym świecić tylko nocą… Okrutne jest to, że teraz artysta, jak pewnie wielu mu podobnych, nie dostaje żadnych tantiemów za swoją długoletnią pracę. Jego płyty i kasety można kupić w niemal każdym sklepie muzycznym, jego przeboje nadawane są przez radio i telewizję. Jednak właścicielami praw autorskich są Polskie Nagrania. Złodziejska polityka komunistycznych instytucji sprzed lat nie oszczędziła nawet artystów.

Po latach Gniatkowskiego doceniła historia i wierna publiczność. W 1989 roku w Opolu w ramach festiwalu odbył się koncert – „Cicha woda”. Prowadzący konferansjerkę Lucjan Kydryński powiedział: Powodzenie bywa raz większe, raz mniejsze, ale bywa też ogromne, przed państwem – Janusz Gniatkowski… To był kolejny wielki sukces artysty, od tego czasu zaczęto mówić o jego wielkim powrocie. W 1995 roku otrzymał prestiżową nagrodę – „Złotego Orfeusza”; 11 listopada 1999 roku z rąk Prezydenta RP – Krzyż Kawalerski za całokształt twórczości. Niestety, w międzyczasie wydarzył się wypadek.

To właściwie cud, że przeżył. Lekarze mówili, że takie obrażenia do tej pory udało im się zobaczyć jedynie podczas sekcji. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu żony, pomocy rodziny i przyjaciół dzisiaj Janusz Gniatkowski funkcjonuje prawie normalnie. Amnezja jednak nie ustąpiła. Pamięta jedynie swoje szczenięce lata i wydarzenia ostatnich kilku miesięcy. Śpiewa… w domu. Ale o koncertach i bankietach marzy. Czy te marzenia się kiedyś zrealizują? Myślę, że ich spełnienie, to najlepsze życzenia na nadchodzące Święta i Nowy Rok. Obyśmy w przyszłym Tysiącleciu mogli posłuchać jeszcze raz Rudolfa Valentino polskiej piosenki na żywo…

SYLWIA BIELECKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code