„MAŁYSZOMANIA” PO CZĘSTOCHOWSKU


O człowieku, który poczuł się ptakiem

Korespondencja własna z Harrachova

W ciągu zaledwie kilku tygodni sportowa polska oszalała, by nie powiedzieć, że kompletnie zwariowała. Dziennikarze, lekarze, aktorzy, politycy i Bóg wie kto jeszcze, wszyscy siadali przed telewizorami, aby obejrzeć popisy 23-letniego młodzieńca z beskidzkiej Wisły Adama Małysza. A ten wprawiał większość z nich w stan błogiego uniesienia, dokonując takich cudów, o których niedawno mogliśmy sobie pomarzyć. Ktoś słusznie zauważył, że skoczek Adam Małysz, bijąc na głowę cały narciarski świat, obudził nas z zimowego snu, w który od czasu skoku Wojciecha Fortuny w Sapporo, głęboko zapadliśmy.
Nic więc dziwnego, że temat startów Małysza w Turnieju Czterech Skoczni zdominowały ostatnie doniesienia w środkach masowego przekazu. Ale telewizja, prasa, to nie to samo, co oglądanie bohatera przestworzy na żywo. Stąd nasza decyzja, aby wybrać się do czeskiego Harrachova, zaledwie cztery kilometry od granicy w karkonoskich Jakuszycach, aby podejrzeć skoki Małysza podczas Pucharu Świata w Lotach Narciarskich. Podobnie postąpiło 15 tys. naszych rodaków, którzy nie bacząc na najróżniejsze problemy zdecydowało się wziąć kurs na Harrachov.

Polska zakochana w skokach

Częstochowa, Bogatynia, Warszawa, Szczecin, Kamień Pomorski, Łódź, Poznań… potok fanów z naszego kraju wydawał się nie kończyć. Takiego oblężenia „granicznicy” chyba się jednak nie spodziewali, choć wcześniejsze doniesienia ostrzegały przed polską armadą, która mogła sparaliżować ruch samochodowy na tym odcinku drogi.
W skład częstochowskiej ekipy, oprócz niżej podpisanego wchodziły jeszcze cztery osoby – dwójka lekarzy (!), pracownik telewizji kablowej i student budownictwa. Wszyscy jechali z jedna nadzieją: ujrzeć na własne oczy asa nad asami, Adama Małysza.
Już w Harrachovie, liczącym raptem trochę ponad tysiąc mieszkańców, okazało się, że nie byliśmy jedyną częstochowską „delegacją”. 27-letni Krzysiek z Północy przyjechał na loty z tatą i dwoma kolegami:
– Jesteśmy pod wielkim wrażeniem okolicy, rozmiarów skoczni i tych, którzy się decydują, aby oddać na niej skok. A Małysz? Palce lizać. Już patrzyliśmy, gdzie znów będzie można go zobaczyć. Dla jego skoków można przejechać i całą Europę.
Obok tych częstochowian, po lewej stronie imponującego obiektu harrachovskiego mamuta (tak nazywane są skocznie, na których można oddać 200-metrowe skoki) stali fani z Opola.
– Jesteśmy sympatykami żużla. Jeździmy na mecze także do Częstochowy. Dzisiaj jesteśmy w Harrachovie i nie żałujemy. Przyjechaliśmy na miejsce już o godzinie 5 nad ranem. Trochę pokręciliśmy się po okolicy, a potem poszliśmy na piwo. Na skoczni zameldowaliśmy się o 9.
Fani z Krakowa także raczyli się piwem w jednej z licznych okolicznych barów. Byli spokojni, w przeciwieństwie do hałasujących i zaczepnych Niemców, którzy głośno wykrzykiwali nazwisko swojego idola Martina Schmitta:
– Przyjechaliśmy tutaj odpocząć i pokibicować Adamowi – twierdzili. – Ci Niemcy szukają jednak guza. Proszę spojrzeć, są mocno pijani.

Sukcesy pana Krzysztofa

W biurze prasowym Pucharu Świata w Harrachowie ulokowanym w Hotelu „Skicentrum” rządzili dziennikarze z Polski. Była ich prawie setka i szefowa Lenka Beranova nie miała łatwego zadania. W dobrym humorze byli niemalże wszyscy – Marek Serafin z „Przeglądu Sportowego”, Jerzy Nakonieczny z katowickiego „Sportu” oraz Krzysztof Miklas z telewizyjnej „Jedynki”, czyli ci, którzy na skokach narciarskich zjedli w ostatnim czasie zęby.
Ten ostatni, przez wiele lat dziennikarz radiowy, od dawna z powodzeniem romansujący z redakcja sportową przy Woronicza był, jako jeden z nielicznych Polaków, świadkiem narodzin gwiazdy Małysza podczas turnieju Czterech Skoczni rozgrywanego na przełomie wieków. Tak się złożyło, że wydarzenie to, zbiegło się to z sukcesem samego pana Krzysztofa.
– Zostałem „podwójnym” dziadkiem – chwalił się kolegom po fachu. Najpierw córka, a później syn zameldowali mi, że urodziły im się dzieci. Ja te wieści przyjąłem spokojnie. Ale żona, kompletnie zbzikowała na punkcie wnuków.
Marek Serafin z „PS”, w przerwie między skokami, tak jak inni zasiadał w przytulnym lokaliku, gdzie Czesi serwowali piwo, kanapki oraz herbatę z rumem. Można było stamtąd obserwować loty skoczków, bez potrzeby wychodzenia na zewnątrz.
– Na starość coś się zaczyna ze mną dziać. Gdy skacze Adam wzruszam się i łzy napływają mi do oczu – wzdychał.

Małysz na prezydenta

Po turnieju w Harrachowie Marek Serafin musiał znów sobie popłakać. Małysz latał najpiękniej i najdalej, a jego wyczyny były dla fanów z Polski najlepszą nagrodą za często uciążliwą, z licznymi niewygodami, podróż na turniej. Ale wszyscy zgodnie podkreślali: warto było. Bo Adam był wielki, największy.
– „Małysz na prezydenta” – krzyczeli po drugim zwycięstwie Adama kibice z flagami. – „Adam the best” wiwatowali inni, którzy trzymali w rękach biało-czerwone proporce.
Na konferencji prasowej zorganizowanej w przytulnej sali kinowej Małysz nie był wcale speszony. Na wszystkie pytania odpowiadał pewnie, bez zająknięcia, a pomagał mu w tym fizjolog, prof. Jerzy Żołądź. Po kilkunastu minutach spotkanie dziennikarzami z całego świata zamieniło się w spotkanie z dziennikarzami polskimi. Wszyscy chcieli zadać Adamowi choćby jedno pytanie.
– Marzyłem, aby w Harrachowie pobić rekord kraju, skoczyć 200 m. Koledzy mówili, że to wspaniałe uczucie polecieć tak daleko. Rzeczywiście. Lecąc czułem się niczym ptak w przestworzach. Coś niezapomnianego – komentował swoje wyczyny triumfator obu konkursów.
Trener Apoloniusz „Polo” Tajner tak mówił o wyczynach swojego podopiecznego:
– Adam jest w doskonałej formie, skacze perfekcyjnie i tylko tak trzymać.
Wygrane Małysza nie zmobilizowały jednak naszego drugiego szkoleniowca Piotra Fijasa, który w przypadku pucharowych wygranych Polaka obiecał zgolić wąsa:
– Trener będzie to robił na raty. Po każdym moim zwycięstwie zgoli tylko fragment zarostu – żartował Adam.

Do zobaczenia

Opuszczając Harrachov kibice już umawiali się na kolejne spotkania. W konkursach w Stanach Zjednoczononych Małysz może liczyć jedynie na wsparcie amerykańskiej Polonii, w Japonii – tamtejszej publiczności, która już wcześniej podziwiała Polaka, gdy ten przed kilkoma sezonami wygrywał w Hakubie. Ale do austriackiego Wilingen jest już znacznie bliżej…

ANDRZEJ ZAGUŁA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code