KOLARSKI ALFABET GRZEGORZA GRONKIEWICZA


Pomysł spisania Alfabetu znanego sportowca, nie jest pomysłem nowym. Zresztą, w ostatnim czasie najprzeróżniejszych Alfabetów powstało bardzo wiele. Kolarski Alfabet Grzegorza Gronkiewicza, będzie jednak jedynym – mamy przynajmniej taką nadzieję – w swoim rodzaju, bo i Gronkiewicz jest postacią nietuzinkową, by nie rzec – wyjątkową. Już sam fakt, że popularny „Gronek” ściga się na rowerze prawie 20 lat ma swoją wymowę. Gdy do tego dodamy, że w największym polskim wyścigu wieloetapowym – Tour de Pologne startował dokładnie dwanaście razy, wyłoni się nam obraz kolarza, który polski peleton zna na wylot. Zresztą, nie tylko polski. Na początku 2000 roku, 35-letni Gronkiewicz został pierwszym częstochowskim kolarzem zawodowym, parafując umowę z grupą MAT Ceresit CCC. Niewątpliwie mógł więc zaznać smaku prawdziwego profesjonalnego kolarstwa, poznać największe sławy tego sportu.

Pomysł spisania Alfabetu znanego sportowca, nie jest pomysłem nowym. Zresztą, w ostatnim czasie najprzeróżniejszych Alfabetów powstało bardzo wiele. Kolarski Alfabet Grzegorza Gronkiewicza, będzie jednak jedynym – mamy przynajmniej taką nadzieję – w swoim rodzaju, bo i Gronkiewicz jest postacią nietuzinkową, by nie rzec – wyjątkową. Już sam fakt, że popularny „Gronek” ściga się na rowerze prawie 20 lat ma swoją wymowę. Gdy do tego dodamy, że w największym polskim wyścigu wieloetapowym – Tour de Pologne startował dokładnie dwanaście razy, wyłoni się nam obraz kolarza, który polski peleton zna na wylot. Zresztą, nie tylko polski. Na początku 2000 roku, 35-letni Gronkiewicz został pierwszym częstochowskim kolarzem zawodowym, parafując umowę z grupą MAT Ceresit CCC. Niewątpliwie mógł więc zaznać smaku prawdziwego profesjonalnego kolarstwa, poznać największe sławy tego sportu.

Wiek, doświadczenie, sukcesy spowodowały, że w ostatnim czasie Gronkiewicz naturalną koleją rzeczy stał się kimś w rodzaju kolarskiego „guru”. Garnie się do niego młodzież – w jej gronie od dawna cieszy się wyjątkowym uznaniem i poważaniem, bo nie tworzy barier, choć… Zdarzają się i tacy młodzi cykliści, którzy przed każdym z wyścigów zamiast tradycyjnego „cześć”, witają go nieco poważnym „dzień dobry”. Następnie jednak „obsiadają” go i otrzymują całą porcję kolarskich wskazówek. Gronkiewicz niedawno stał się też postacią telewizji i to nie byle jakiej. Na zaproszenie polsko-języcznej stacji sportowej „Eurosport”, na żywo komentował wydarzenia ze słynnego wyścigu Tour de France oraz hiszpańskiej Vuelty.

W czerwcu 2000 roku „profesor” dwóch kółek z Częstochowy miał poważny wypadek samochodowy. Druga część sezonu przeleciała mu więc koło nosa i gdy niektórzy przebąkiwali coś o zakończeniu kariery, Gronkiewicz już przygotowuje się do kolejnego roku startów na szosie. I wcale nie myśli, aby odgrywać w nim mało znaczącą rolę.

Kolarski Alfabet Grzegorza Gronkiewicza, swoista prezentacja znanych i mniej znanych bohaterów dwóch kółek, będzie pierwszym, ale nie ostatnim Alfabetem wybitnych częstochowskich postaci sportu XX wieku. Niebawem na łamach „Gazety Częstochowskiej” ukażą sie następne, nie mniej interesujące.

Od Armstronga do Zamany

Armstrong Lance – Amerykanin. Bezsprzecznie najlepszy obecnie kolarz. Już na początku lat 90-tych, gdy jako namłodszy zawodnik w historii wywalczył mistrzostwo świata w Norwegii, mówiło się o nim w samych seperlatywach. Później odkryto, że ma nowotwór. Przezwyciężył chorobę i znów gromi rywali. Wygrał w pięknym stylu tegoroczny Tour de France. Wielki zawodnik, wielki człowiek.

Banesto, czyli Baranowski Dariusz i Brożyna Tomasz – Darek Baranowski, czyli „Ryba” jest czołowym, a kto wie, czy nie najlepszym, polskim kolarzem wieloetapowym. Trochę mniej startuje ostatnio w kraju, ale jako cyklista tak utytułowanej grupy zawodowej, jaką jest hiszpańskie Banesto, ma w niej do odegrania bardzo znaczącą rolę na największych imprezach. Za żonę pojął byłą hostessę. Poznali się na wyścigu i pokochali.

Tomek Brożyna, to partner Darka w Banesto. Też typowy kolarz wieloetapowy, taki trochę cichy, skryty, ale potrafiący „zabrać się” w decydującym ataku. Jeszcze o nim usłyszymy wiele dobrego. Chrzanowski Sławomir – mój przyjaciel, olimpijczyk z Atlanty. Startował tam jako zawodnik Zibi Casio Kolejarza Częstochowa. W wyścigu indywidualnym zajął 50. miejsce, ale trzeba pamiętać, że był to pierwszy wspólny start kolarzy amatorskich z zawodowcami. A „Chrzanu” pokazał się na kilku rundach z dobrej strony, wychodził na zmiany, ciągnął peleton, jechał ambitnie, za co zebrał wiele pochwał.

Na jednym Tour de Pologne wygrał swego czasu dwa etapy. To był wyczyn, bo jechali zawodowcy. Ma też na koncie tytuł górskiego Mistrza Polski. W życiu prywatnym Sławek jest związany od pięciu lat z córką znanego przed laty kolarza Zbigniewa Szczepkowskiego.

Durand Jackie – Francuz. W swoim kraju po prostu uwielbiany. Ma mnóstwo fan-clubów. Dziewczyny za nim szaleją. Wyjątkowy wesołek, kawalarz. Startował w naszym narodowym „tourze” i był drugi. Wygrał trudny etap do Wieliczki. Czasami Durand kończy wyścigi na ostatnim miejscu, ale po drodze wygrywa jakieś etapy. Waleczny, ambitny chłopak.

Escartin Fernando – Hiszpan i jak każdy cyklista z Półwyspu Iberyskiego świetnie radzi sobie w górach. Niektórzy porównują go do naszego Radka „Dziadka” Romanika, bo podobnie jak Escartin bez trudu wjeżdża na najbardziej strome wzniesienia. Startował w grupie Kelme, był w „trójce” na Tour de France. Niewątpliwy talent.

Frejowski Sławomir – „Freju” to mój wieloletni kolega. Pochodzi ze Szczekocin i tam, pod okiem Edwarda Pelki, zaczynał swoją kolarska przygodę. Był niewątpliwie utalentowanym zawodnikiem. Szybko dostał się do naszej kadry. Startowaliśmy razem w wielu wyścigach, również za granicą – Dookoła Bretanii, kryteriach w Berlinie. Od jakiegoś czasu Sławek wyspecjalizował się w kolarskich przełajach i wyścigach górskich. Cały czas jest w czołówce krajowej. Często się spotykamy, rozmawiamy. Ostatnie pół roku pauzował z powodu kontuzji obojczyka, ale tak jak ja, nie słada jeszcze broni. Chce „kręcić” dalej.

Gwiazdowski Grzegorz – „Gwiazda” w krótkim czasie zrobił znacząca kolarską karierę. Kilka lat temu na jakimś wyścigu wpadł w oko Polakowi, masażyście grupy zawodowej Cofidis. Osobiście za tym panem nie przepadam, ale w każdym razie, to ten gość utorował drogę Grześkowi do zawodowego peletonu. Wkrótce podpisał profesjonalny kontrakt z Cofidisem. Szybko odwdzięczył się za to bossom grupy, wygrywając jeden z najważnieszych wyścigów klasycznych świata – Wielką Nagrodę Zurichu. To było w 1999 roku. W 2000 r. ten młody jeszcze zawodnik dostał lepsze pieniądze i zmienił „stajnię” na FDJ. Pojechał w dwóch morderczych imprezach – Tour de France i Giro d’Italia. Dotarł do mety, ale pod koniec sezonu był kompletnie „wypalony”. Jeśli się teraz pozbiera, będzie to znaczyło, że stać go na wielkie ściganie.

Halupczok Joachim – To był wspaniały chłopak, talent nieprawdopodobny. Potrafił prawie wszystko. Gdy wygrywał amatorskie mistrzostwo świata w Chambery był na ustach kibiców na całym świecie, bo styl w jakim to uczynił można określić, jako niepowtarzalny. W pierwszym roku startów w zawodowym peletonie był liderem Giro d’Italia. Jak skończył swój żywot wszyscy wiemy. Po śmierci na Achima padło podejrzenie o stosowanie dopingu. Osobiście nie wierzę w te historyjki, choć wielokrotnie do nich wracano.

Indurain Miguel – Najlepszy kolarz lat 90-tych. Organizm niczym u zaprogramowanego robota. Wydolność, jaką miał ten zawodnik przekraczała wszelkie normy medyczne. Pięciokrotnie wygrywał Tour de France, tyle ile inni legendarni już cykliści – Belg Eddy Mercks i Francuz Jacques Anquetil. Indurain jeździł wspaniale w górach, choć nie był wcale niski, ani zbyt lekki. Gdy patrzyłem na niego wprost nie mogłem uwierzyć, że mężczyzna, który ma 190 cm wzrostu wdrapuje się na alpejskie szczyty niczym kozica.

Jaskuła Zenon – Moim zdaniem zrobił dla polskiego kolarstwa najważniejszy wynik. Zajął wspaniałą, trzecią pozycję w klasyfikacji generalnej Tour de France, za Indurainem i Szwajcarem Tony Romingerem. Zenek nie był zawodnikiem na łatwe wyścigi; on musiał mieć przed sobą piekło, aby znaleźć się na szczycie. Ale się znalazł, zdobył uznanie i sławę. Swego czasu, gdy jechał po to trzecie miejsce i w telewizyjnych „Wiadomościach” jako pierwszą informację podano, że Jaskuła wygrał jeden z najtrudniejszych etapów na Tour de France aż mnie w piersiach zakłuło. Znamy się dobrze. Dziś Zenek jest szanowanym biznesmenem. Dyrektoruje polskiemu przedstawicielstwu włoskiej firmy „Mapei”.

Kupczyk Grzegorz – Gdyby ktoś zapytał mnie, kto był największym talentem w częstochowskim Kolejarzu, to wskazałbym na Grzesia Kupczyka. Tacy kolarze nie rodzą się na pniu. Grzegorz od najmłodszych lat sięgał po laury. W juniorach wywalczył górskie mistrzostwo Polski, pojechał na mistrzostwa świata w przełajach. Szykował się nam w Częstochowie wielki zawodnik. Aż przyszedł feralny wypadek na jednym z wyścigów szosowych. Grzesia potrącił samochód, uderzył głową o asfalt. Przez tydzień był nieprzytomny, ledwo uszedł z życiem. Lekarze zabronili mu dalszego uprawiania kolarstwa. Teraz jednak widzę go na rowerku, ale to tylko rekreacja.

Lang Czesław – Medalista olimpijski. Pierwszy polski zawodowiec. Cieszy mnie, że są tacy ludzie, jak Lang. To dzięki niemu Tour de Pologne stał się prestiżową imprezą, jak inne europejskie toury narodowe. Inną zasługą Langa jest to, że i u nas, nad Wisłą, zaczęły zawiązywać się grupy profesjonalne. Lang potrafił także doprowadzić do mariażu kolarstwa z telewizją. W całej zabawie pomaga mu żona, była aktorka. Tour de Pologne to ich perełka, oczko w głowie.

Łasak Henryk – najsłynniejszy polski trener. Nawet nie wiedziałem, że przed objęciem naszej reprezentacji był tylko… mechanikiem. Trafił na znakomitych zawodników – Ryszard Szurkowski, Stanisław Szozda, wszyscy trenowali pod okiem pana Henryka. Wyścigi Pokoju, Mistrzostwa Świata w Barcelonie – po tych imprezach jego nazwisko przeszło do historii naszego kolarstwa. Nie muszę mówić dlaczego.

Mickiewicz Jacek – Gdy jest w Częstochowie mieszka zazwyczaj u mnie w domu. Bardzo się lubimy. „Micek” ma na swoim koncie niezliczoną ilość sukcesów – z mistrzostwami Polski włącznie. Jest bodaj najlepszym polskim sprinterem, lubi imprezy klasyczne, ale potrafi się także przyłożyć na jeden etap górski. W 2001 roku startował będzie najprawdopodobniej w zespole Atlasu Lukulus. W roku 2000 wygrał kilka poważnych wyścigów na Zachodzie, uzbierał sporo punktów do klasyfikacji UCI. W peletonie wszyscy znają jego wartość.

Nowicki Mieczysław – Nasz minister od sportu. On wie, kto ja jestem i ja wiem, kto on jest. Z Mieczysławem Nowickim, byłym naszym świetnym kolarzem, miałem niezbyt ciekawy kontakt parę lat temu, podczas Wyścigu Solidarności. Na jednym z etapów jakiś zawodowiec z amerykańskiej grupy US Postal uderzył mnie kolankiem w kierownicę i jak długi runąłem na szosę. Miałem pozdzierane łokcie, uszkodzony mięsień, ale lekarze szybko mnie opatrzyli i dogoniłem peleton. Byłem tak zdenerwowany i pałałem taką żądzą rewanżu, że natychmiast podjechałem do swojego oprawcy i zrobiłem mu niemal dokładnie to samo, co zrobił mi on. Cios był na tyle skuteczny, że rywal upadł, choć niektórzy koledzy żartowali, że rozwinął się na jezdni, niczym klisza fotograficzna. Awantura po tym incydencie była potworna. A Mieczysław Nowicki był wówczas dyrektorem Wyścigu Solidarności. Tłumaczyłem mu, co, jak i dlaczego, ale on chyba wiedział w czym rzecz, bo sam się ścigał i znał obyczaje panujące w peletonie.

Rychło powiedziano mi, że przyłożyłem zawodnikowi z amerykańskiego Postalu, ale de facto Niemcowi o nazwisku Tautenberg. Ten po swojej wywrotce klął na czym świat stoi – że do Polski już nie przyjedzie, itd. Od tego zdarzenia minęło już parę wiosen i nie zawracałem sobie Niemcem głowy. W tym roku jechałem jednak w wyścigu Dookoła Saksonii. Patrzę, a tutaj siedzi na siodełku, jak żywy Tautenberg. Pomyślałem: znowu będzie jatka. Ale Sławek Chrzanowski mówi mi: „Gronek” on się ciebie bardziej boi, niż ty jego. Miał chyba rację.

Ozols Denis – Łotysz. Jeździliśmy razem w tym sezonie w Ceresicie. Denis, to doskonały materiał na kolarza światowej klasy. Rewelacyjnie spisuje się w górach, doskonale jeździ na czas. W Barcelonie był trzeci w wyścigu ze startu wspólnego, a to najlepiej znamionuje jego klasę. Chłopak powoli zaczyna się liczyć w wyścigach wieloetapowych. Był szóstym w tourze po Górnej Austrii, gdzie naprawdę nie jechali frajerzy. Wróżę mu wielką przyszłość.

Piasecki Lech – Wyśmienity polski kolarz, tak można go krótko scharakteryzować. Został mistrzem świata amatorów, potem przeszedł na zawodowstwo. Był liderem Tour de France, mistrzem świata na torze, ale w polskiej prasie lat 80-tych o jego sukcesach pisało się mało, bo co kapitalistyczne, profesjonalne było zakazane. Szkoda, że tak szybko skończył swoją przygodę z dwoma kółkami. Mógł jeszcze się ścigać przez wiele lat. Po zakończeniu kariery wyczynowca miał trochę kłopotów – przede wszystkim rodzinnych, ale także i finansowych. Ponoć stracił wszystkie pieniądze, które zarobił na ściganiu się na Zachodzie. Dziś pomaga Langowi organizować Tour de Pologne. Wyraźnie odbił się od dna.

Różański Zygmunt i Lech – Obaj, to serdeczni moi przyjaciele. Zygmunt był i jest trenerem, działaczem i Bóg wie kim jeszcze. W każdym razie, kolarstwo kocha wręcz szaleńczo. Jest prezesem Śląskiego Okręgowego Związku Kolarskiego. Z funkcji sternika Kolejarza Częstochowa zrezygnował, bo po prostu nie mógł nad wszystkim zapanować. Ja mam wrażenie, że na fanatycznym uwielbieniu tego sportu cierpi trochę rodzina naszego ukochanego Zygmunta.

Z Leszkiem, synem Zygmunta, razem ścigaliśmy się, później on został biznesmenem i świetnym menedżerem kolarskim. To nie tylko moje zdanie, ale Leszek, to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Taki konkretny gość, który wie, co kolarzom potrzebne. Gdy kompletował grupę nie operował obietnicami bez pokrycia, oferował to co mógł zaoferować. Dlatego jest lubiany przez kolarską brać.

Spruch Zbigniew… – Zbyszek jest moim rówieśnikiem, dlatego jego sukcesy są prawdziwym miodem na moje serce. Razem ścigamy się od juniora. Gdy w tym roku Spruch wywalczył tytuł wicemistrza świata we francuskim Plouay cieszyłem się z tego srebra nie mnie niż on. Zaraz złożyłem mu telefoniczne gratulacje. Tuż po dekoracji Zbychu sam do mnie zadzwonił. Obaj rozkoszowaliśmy się jego sucesem. Często się kontaktujemy, byłem też u Zbyszka we Włoszech. To zawodowiec pełną gębą. Mówię mu ostatnio: chyba będziesz wśród dziesięciu najlepszych i najpopularniejszych sportowców Polski 2000 roku, a on mi na to: „Wiesz Gronek, to nie jest najważniejsze, czy będę, czy nie. Grunt, że sam czuję się tym wynikiem z MŚ usatysfakcjonowany. Spruch, to niesłychanie skromny człowiek – poczciwy, niezarozumiały, swój chłop. Świetnie spisuje się w klasycznych wyścigach. Był w czołówce tegorocznego Pucharu Świata.

… i Szurkowski Ryszard – Szurkowskiego znają wszyscy. Moje zdanie jest takie: był lepszym kolarzem niż szkoleniowcem. Z pewnością jest jednak autorytetem, niepodważalnym autorytetem w mojej branży.

Tchmil Andriej – Ileż on nie miał obywatelstw. Mołdawianin, Rosjanin, Ukrainiec, aż w końce Belg, ale mieszkający na stałe we Włoszech. Ma piękny dom, który mi pokazywał chyba Zbyszek Spruch. Starszy ode mnie o kilka lat, dlatego śledzę jego sportowe poczynania dość dokładnie. A Tchmil, mający czterdziestkę na karku „kosi” w Pucharach Świata niczym nastolatek. Typowy kolarz klasyczny, ale gdy się patrzy na jego popisy, jest motywacja, aby trenować i walczyć z młodzieżą. W sezonie 2000 startowałem z nim kilkakrotnie, doprawdy ciekawa postać.

Uryga Mirosław – Wielce uzdolniony chłopak, który w latach 80-tych startował w Wyścigach Pokoju. Byłby dobrym zawodnikiem, gdyby nie jego cholerne lenistwo. Po prostu nie lubił trenować, za to lubił wygrywać. Jego szwagrem jest inny znany nasz kolarz Marek Szerszyński. Razem prowadzą sklep rowerowy w Katowicach. Czasami się z nimi spotykam. Virenque Richard – Francuz, podobnie jak Durand bezgranicznie kochany przez kibiców „trójkolorowych”. Wspaniały góral, harcownik, ale trochę w cieniu Włocha Pantaniego. Virenque został ostatnio wplątany w aferę dopingową. Zresztą cała jego grupa Festina jest w to zamieszana – zawodnicy, trenerzy i przede wszystkim lekarze.

Wadecki Piotr – w tym sezonie Piotrek zrobił kolosalne postępy. Wygrał bardzo silnie obsadzony Wyścig Pokoju, walczył o zwycięstwo w Tour de Pologne, ale przegrał z Piotrkiem Zaradnym. W każdym razie, jego sportowe wyniki zwróciły uwagę kolarskich fachowców na całym świecie. Niedawno związał się z powstającą w Belgii grupą Domo. Mają tam znaleźć się naprawdę wielkie nazwiska. Jest młody i ma szansę triumfować w wielu znaczących wyścigach.

Zamana Cezary – Już jako amator był dobrym zawodnikiem. Wysyłano go za granicę wielokrotnie. Pewnego razu pojechał jednak bardzo daleko – na wyścigi do Stanów Zjednoczonych. Wspólnie z Mierzejewskim oraz Wiatrem „wycięli” jednak niezły numer, bo odłączyli się od ekipy. W Polsce uznano ich za zdrajców środowiska kolarskiego, ale to były inne czasy.

Za oceanem ścigał się z Armstrongiem, nawet po dziś dzień są kolegami. Po amerykańskim epizodzie ściągnięto go do Europy. Podpisał kontrakt z dobrą grupą Kelme i pojechał w Tour de France, zresztą, z całkiem niezłym skutkiem. W końcu wylądował w Polsce i przygarnęła go pierwsza zawodowa grupa. Chodzi oczywiście o Mroza. Przez cały rok 2000 jeździł już jednak ze mną w zespole. Bez wątpienia utytułowany i doświadczony zawodnik.

Andrzej Zaguła

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code