14 czerwca 2026 roku w Poraju odbędzie się XVII Ogólnopolski Festiwal Piosenek Janusza Gniatkowskiego. Stał się piękną tradycją lokalną mającą wymiar krajowy. Przeboje „Apasjonata”, „Arivederci Roma”, „Kubańska piosenka”, „W kalendarzu jest taki dzień”, „Archipelag”, „Za kilka lat”, „Nie powiem nic”, „Pozory mylą”, „Wrocławska piosenka”, „Vaia Con Dios”, „Belladonna” – to piosenki, które znają już pokolenia, a teraz wybrzmią ponownie.

Gniatkowski urodził się we Lwowie 6 czerwca 1928 roku
Dzieciństwo spędził w Wygodzie, małej wiosce na terenie dzisiejszej Ukrainy. Tam też przeżył wojnę, ukrywał się z rodziną w lasach, widział całe okrucieństwo tamtych czasów. Po wojnie rodzina przeniosła się najpierw do Grybowa w nowosądeckiem, a potem na Śląsk do Katowic, gdzie podjął naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza. Po maturze został przyjęty na reżyserię w łódzkiej szkole filmowej. Niestety brak środków finansowych zmusił Janusza do przerwania studiów. Już wtedy odważnie spoglądał w stronę estrady i śpiewania.
Ojciec pracował w barze. Gniatkowski trenował boks w wadze średniej pod okiem nie byle kogo, bo samego trenera Szydły, prawej ręki Feliksa Stamma. Gdyby nie zaczął śpiewać, to – jak wspominał – boksowałby dalej. Krystyna Maciejewska podkreśla, że Janusz Gniatkowski śpiewał przez całe swoje życie. Zaczynał w chórze kościelnym we wsi, potem w szkole, na akademiach.
„Spokojna noc” przyniosła pierwszy wielki sukces
Janusz Gniatkowski piosenkarską drogę zaczynał w 1954 roku w Polskim Radiu w Katowicach. Zgłosił się do rozgłośni przy okazji konkursu dla amatorów. Zaśpiewał „Spokojnej nocy”, rosyjską piosenkę, do której napisano mu polskie słowa. Od razu zauroczył głosem tysiące słuchaczy. Redakcję zasypano listami, a kariera Gniatkowskiego nabrała rozpędu.
Powstawały kolejne szlagiery, kojące, sentymentalne, które dawały wytchnienie, ale i pełne werwy i ekspresji. Rozpoczęły się koncerty. Mówiono, że wokalista emanuje na scenie urokiem osobistym, seksem, leczy głosem. Był showmanem, artystą z rodzaju, jakiego ówczesna Polska nie znała. „Boski Gniatkowski”, „Rudolf Valentino polskiej piosenki” – to tylko niektóre z charakterystycznych przydomków, które nadawano mu w tamtych czasach.
U progu kariery artysta spotkał Nataszę Zylską i Waldemara Kazanowskiego. Wspólnie założyli Trio, które na smętnej scenie socrealizmu stało się ewenementem. Koncertował w całym kraju, Europie i USA, ze swoją żoną Krystyną Maciejowską, wokalistką z Częstochowy, wszędzie zdobywając sympatię i aplauz. – Na koncerty Gniatkowskiego w Szczecinie, Bydgoszczy przychodziło 150 tysięcy osób. Dawał około 300 występów rocznie. Pisali dla niego najwybitniejsi kompozytorzy i autorzy tekstów, nagrywał z najlepszymi polskimi i zagranicznymi orkiestrami, zaśpiewał i nagrał setki piosenek. Pobijał rekordy popularności, był wybitnym artystą polskiej estrady – wspomina Krystyna Maciejewska..
Ogromną popularność zdobył w dawnym Związku Radzieckim. – Dla tamtejszych mieszkańców Polacy, Jugosłowianie to byli ludzie z Zachodu, którzy przywozili im zagraniczne piosenki, oczywiście – broń Boże – nieśpiewane po angielsku czy włosku. Kiedy na koncercie zabrzmiała charakterystyczna solówka na trąbce rozpoczynająca „Apasjonatę”, bito brawa. Dostawaliśmy tyle kwiatów, że wypełniały nam wanny w hotelach, podpisywaliśmy autografy w dowodach osobistych, na mankietach koszul – dodaje żona artysty.
Niestety, po latach 60. został usunięty z rodzimej estrady. Był bardziej popularny od I sekretarza, a to było niedopuszczalne. Jego przeboje puszczano zatem tylko nocą i jedynie w lokalnych rozgłośniach.
Po latach Gniatkowskiego doceniła historia i wierna publiczność
W 1989 roku w ramach Festiwalu w Opolu odbył się koncert „Cicha woda”. Prowadzący konferansjerkę Lucjan Kydryński powiedział: „Powodzenie bywa raz większe, raz mniejsze, ale też ogromne, przed państwem Janusz Gniatkowski…” To był kolejny wielki sukces, od tego czasu zaczęto mówić o jego powrocie. W 1995 roku otrzymał prestiżową nagrodę „Złotego Orfeusza”; 11 listopada 1999 roku z rąk Prezydenta RP – Krzyż Kawalerski za całokształt twórczości. Niestety, w międzyczasie, w lutym 1991 roku, wydarzył się wypadek.

To właściwie cud, że przeżył
Lekarze mówili, że takie obrażenia do tej pory udało im się zobaczyć jedynie podczas sekcji. W tych ciężkich chwilach podporą dla Janusza Gniatkowskiego była jego żona. Pani Krystyna nie ustawała w walce o wyzdrowienie małżonka. Dzięki jej niezłomności można było świętować w Poraju 75., a w Częstochowie 80. urodziny artysty i słuchać w jego wykonaniu piosenek, które pozostają wieczne, bez względu na upływ czasu. Również w wyniku starań pani Krystyny w Częstochowie skwer w dzielnicy Tysiąclecie nazwano im. Janusza Gniatkowskiego. 16 września 2018 roku, z okazji 90. rocznicy urodzin Janusza Gniatkowskiego, odbył się także wielki koncert w Filharmonii Częstochowskiej, wparty– dzięki staraniom ówczesnego wiceministra Szymona Giżyńskiego – dotacją z Ministerstwa Kultury. Przeboje „Wielkiego Gniadego”, przy akompaniamencie Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Częstochowskiej, pod batutą wybitnego dyrygenta Tomasza Chmiela, śpiewały gwiazdy polskiej estrady, między innymi: Andrzej Dyszak, Mariusz Kalaga, Edward Hulewicz, Krzysztof Antkowiak, Krystyna Maciejewska, zespół Homo Homini oraz najlepsi laureaci Ogólnopolskich Festiwali Piosenek Gniatkowskiego w Poraju. Natomiast 28 czerwca 2019 roku w Filharmonii Lwowskiej na Ukrainie – koncert „Apasjonata”. Wydarzenie zorganizował ukraiński artysta Orest Tsymbala, pracownik Filharmonii Lwowskiej, wielki miłośnik twórczości Janusza Gniatkowskiego.
Doceniany przez wszystkich
Jak wielką osobowością artystyczną był Janusz Gniatkowski, opowiadał przed laty „Gazecie Częstochowskiej” podczas jednego z Festiwalu w Poraju stały członek jury Andrzej Dyszak. – Po raz pierwszy spotkaliśmy się w 1968 roku. Ja zaczynałem pracę na estradzie, on był już gwiazdą. A dla mnie wzorem artystycznym, idolem. Podpatrywałem go na scenie, uczyłem się od niego swobody estradowej. Był niezrównany. Zawsze elegancki i szarmancki, z wielkim szacunkiem dla publiczności. Gdy usłyszałem o wypadku Janusza, natychmiast zawróciłem z trasy koncertowej i dotarłem do szpitala. To był szok. Zobaczyłem go na wózku, mówiłem do niego, a on nie reagował. Dzisiaj śpiewa na estradzie, dowcipkuje, jest samodzielny. To dar łaski i wielka, heroiczna praca jego żony Krystyny.

Powołanie Stowarzyszenia i Festiwalu
24 lipca 2008 roku w Urzędzie Gminy Poraj odbyło się pierwsze walne zebranie świeżo zarejestrowanego Stowarzyszenia Miłośników Twórczości Janusza Gniatkowskiego „Apasjonata”. Pomysł zrodził podczas I Festiwalu Piosenek Janusza Gniatkowskiego, który zaistniał na polskiej scenie rozrywkowej we wrześniu 2007 roku. Pierwszy zarząd tworzyli: prezes Ewa Matuszczyk, sekretarz Renata Bocian, członkowie: Krystyna Maciejewska-Gniatkowska, Wacław Cesarz i Artur Olszak.
To w tegoż gestii udawały się organizacje kolejnych edycji. Zasługą tych osób, ale także władz gminy Poraj, Festiwal przetrwał i stał się marką. Trzeba na koniec podkreślić, jak wielką pracę na rzecz promocji artystycznego dzieła męża wykonała i ciągle wykonuje jego żona Krystyna Maciejewska-Gniatkowska. To dzięki jej działalności historia śpiewaka pojawia się w mediach ogólnopolskich, radiu i telewizji.
Trzeba też podkreślić zaangażowanie władz gminy Poraj – poprzednich wójtów, jak i obecnej wójt Katarzyny Kaźmierczak oraz działaczy Stowarzyszenia „Apasjonata”, którzy także z wielkim oddaniem pracują na rzecz promocji „Wielkiego Gniadego”, promując jego twórczość i niezwykłą osobowość artystyczną. Taka współpraca przynosi owoce, bo sprawia, że dorobek twórczy Janusza Gniatkowskiego jest wiecznie żywy i poznają go kolejne, młode pokolenia.
Za wybitne zasługi w pracy artystycznej został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W jego posiadaniu była także nagroda Gwiazd Polskiej Estrady „Prometeusz”.
Janusz Gniatkowski zmarł 24 lipca 2011 roku w Poraju. Pochowany został w Alei Zasłużonych na cmentarzu Kule w Częstochowie.
URSZULA GIŻYŃSKA
