***
Wschodzi wczesne słońce.
Zapowiada się wielki rozpalony dzień.
***
Uśpione narkozą upału wybrzeża dalekich mórz.
Seledyn, szmaragd, malachit,
szafir, lazur i błękit Morza Egejskiego.
Czasem na przestrzeni kilometrów – trzy, cztery parasole
ze stromym daszkiem z trzciny.
Nie wolno iść zbyt szybko,
ale nieugięcie równym krokiem.
***
Świat pogrążony w drzemce lata.
Wiew bryzy omiata stojących aż tam na dalekim moście.
Wygrzewają się na kamieniach jaszczurki.
Lśni w słońcu jęzor wodospadu
i huczy jak otchłań.
Przewalają się tony wody.
W dole, w czystym jak kryształ jeziorze,
pływają ludzie.
Niektórzy podpływają tak blisko,
tu, gdzie kłębi się piana.
Igrają z nim.
Świat pogrążony w drzemce lata.
***
Obiad na wolnym powietrzu
w środku gorącego włoskiego lata.
W drugim daniu mieniąca się metalicznym połyskiem
piękna zielona mucha.
Leżak
Lato w okowach snu. Syte, leniwe lato.
Obok nas na tarasie, o czym jeszcze nie wiemy,
trwa pod liśćmi dzikiego wina skorpion.
***
Całe w kąpieli słońca
małe podwórka Starego Miasta.
I głębokie strefy cienia tuż obok.
***
Przybyliśmy tak późno, a odjechać trzeba było zbyt wcześnie.
Nie mogłam spać.
Słuchałam jak dźwięczał, dudnił, dygotał,
grał wszystkimi płytkami metalu i szkła,
ożywiony międzynarodowym towarzystwem,
pękający w szwach.
Był jak człowiek szczękający z zimna.
W wielkiej próżni świata
miotany ciepłym wiatrem hotel w Montpellier.
***
Noc.
Śpiewa cykada.
Gekony na ściankach loggii.
Plusk wody,
ktoś jeszcze pływa w basenie.
Leżymy na wznak na leżakach.
Niebo nabite gwiazdami.
Migoce światełko samolotu.
Pachnie gorące powietrze.
Mam poczucie
nieodwracalnego
przeznaczenia.