.
Skąd wzięła się Pani pasja do muzyki chóralnej i prowadzenia zespołów?
– Skąd pasja? To zbieg okoliczności życiowych. W wieku siedmiu-ośmiu lat zaczęłam naukę gry na skrzypcach i ten instrument był i jest moją wielką pasją. Nie pochodzę z rodziny muzycznej, ale w tej edukacji mocno wspierali mnie rodzice i cała rodzina. W zasadzie nigdy nie miałam do czynienia z chórem – ani w szkole podstawowej, ani w chórze. Grałam na skrzypach w zespole instrumentalnym, pod kierunkiem pani Marii Kloś, a później w orkiestrze drugiego stopnia ze śp. panem profesorem Krzysztofem Pośpiechem. Wówczas zaczęła mnie pasjonować dyrygentura i gdybym nie spotkała na swojej drodze ludzi, którzy mnie pokierowali, to na pewno nie byłabym tu, gdzie jestem. Bardzo dużo zawdzięczam także śp. profesorowi Bolesławowi Ociasowi, który pokazał mi cały muzyczny świat, nie tylko orkiestrowy, ale właśnie chóralny, bo tworzył utwory na chóry męskie i mieszane. W efekcie, zdając na Akademię Muzyczną wybrałam dwa kierunki: dyrygenturę symfoniczną i dyrygenturę chóralną. Dostałam się na chóralną i tak to się zaczęło. Kontakt z chórami otworzył mi inny świat i nowe możliwości. Chciałam połączyć swe pasje – skrzypce i dyrygenturę – i udało się. Od ośmiu lat mam Zespół Instrumentalny, który buduję z uczniami Jasnogórskiej Szkoły Muzycznej oraz chór, który prowadzę, współpracując z panią Jolantą Muratów i panią Natalią Zielonką, a wcześniej z siostrą Marią Bujalską. Tworzymy w szkole grupę wzajemnie się wspierających dyrygentów, co pomaga uczniom, zobaczyć, że każdy z nas ma zupełnie inny styl. To dla nich świetna edukacja, bo wiedzą, że muszą reagować, uczyć się rozumieć innych, poznać różne formy pracy. Wiedzą, że trzeba patrzeć na dyrygenta, być czujnym. Tego wymagamy. Taki system nie zawsze jest możliwy w innych szkołach, gdzie zazwyczaj jest jeden dyrygent.
Czy umiejętność gry na skrzypcach koreluje z pracą dyrygenta?
– Jak najbardziej, bo znam specyfikę orkiestry. Gdybym nie grała na skrzypcach, nie mogłabym się wsłuchać w partie chóralne i Zespołu Instrumentalnego. Wiem zatem, jak pomóc uczniom i czego od nich oczekuję. Dlatego mają zajęcia sekcyjne: skrzypce z panią Blanką Bodziachowską-Żyłą, wiolonczele z panią Zofią Kulisiewicz, sekcja dęta z panem Wojciechem Pompką. To wpływa na jeszcze lepszą pracę i chóru. i zespołu.
Czym dla Pani jest praca w chóralistyce i jakimi wartościami kieruje się Pani swych działaniach edukacyjnych, czego uczy swoich uczniów?
– Szacunku wobec innych, tego, że praca w zespole wymaga wielu umiejętności i wzajemnego zrozumienia. Śpiew jest jedynym instrumentem, który może nam przekazać słowa, nie zrobi tego żaden inny, ani skrzypce, ani fortepian, ani trąbka, więc przede wszystkim zwracam uwagę na tekst; połączenie słowa z muzyką tworzy coś pięknego. Dobierając utwory kieruję się rodzajem uroczystości, ale szukam też muzyki, która da radość ze śpiewania. Jak obserwuję konkursy, dostrzegam, że chóry są bardzo poważne, smutne. Można zaśpiewać najpiękniej, ale brak przekazu emocji sprawia, że utwór jest raczej odśpiewany. Kiedy chórzyści włączą uczucia, ekspresję, mimikę, ruch to do utworu wchodzi życie.
Cieszą mnie opinie znajomych, którzy słuchając nas stwierdzili, że tworzymy coś niepowtarzalnie pięknego i kiedy mają zły dzień włączają nasze nagrania dla poprawy nastroju. To dla nas najpiękniejsza nagroda. Odbiorca wychwyci brak uczuć i autentyczności. Powtarzam swoim uczniom: trzeba tworzyć dając siebie, można korzystać z doświadczenia innych, bo tak się uczymy, ale nie można robić kopi. Aktualnie z chórem pracujemy nad „Glorią” Antoniego Vivaldiego, uczniowie świetnie odczytują muzykę tego mistrza.
Kto był lub jest dla Pani największym autorytetem w świecie chóralistyki?
– Swoim stylem bardzo mi imponował argentyński dyrygent Ruben Silva. Prezentuje elegancki ruch dyrygencki, świetnie prowadzi dźwięk i porozumiewa się z orkiestrą i chórem. Natomiast w całej plejadzie wspaniałych kompozytorów uwielbiam dwóch symfoników: Ludwiga van Beethovena i Gustava Mahlera – dwie ikony niemieckiej muzyki klasycznej. Obecna praca, którą wykonuję, sprawia, że skupiam się na sobie i brakuje mi czasu na podpatrywanie. Staram się doceniać, a nie oceniać.
A czy pamięta Pani swój pierwszy chór?
– Pierwsze to były zespoły wokalne w podstawówkach i pamiętam, że to dla mnie była szkoła życia. By zwrócić uwagę uczniów na wartość śpiewania muzyki klasycznej, organizowałam dla całej klasy karaoke. Układ był taki: ja przynoszę trzy piosenki, a uczniowie jedną, ale taką, która nie ma przekleństw, nie jest wulgarna i nie zawiera złego przekazu. W to mogłam wpleść pieśni patriotyczne. Pamiętam, jacy byli dumni, kiedy po szkole maszerowaliśmy jak żołnierze, a inni obserwowali nas ze zdumieniem, może i z lekką zazdrością. Natomiast mój pierwszy chór „Brzeziny”, utworzony z osób w wieku emerytalnym, był w Piekarach Śląskich. I to też było dla mnie wyzwaniem, musiałam znaleźć metody, aby nauczyć podopiecznych nut, tekstu, dykcji, melodii.
Oni czerpali od Pani, a Pani od nich?
– Obawiałam się tego zderzenia. Byłam świeżo po studiach, ale bardzo miło wspominam te lata, moją pierwszą pracę dyrygenta.
Z jakich osiągnięć swoich uczniów jest Pani najbardziej zadowolona?
– Moją radością i sukcesem jest ubiegłoroczna absolwentka Jasnogórskiej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia, która zrobiła dyplom z dyrygentury i była jedyną taką dyplomantką w całej Polsce. Była świetna, stanęła przed orkiestrą i chórem, a oni jej słuchali. Edukacja tej młodej dziewczyny była dla mnie zaszczytem, wyróżnieniem oraz wyzwaniem, bowiem jako nauczyciele nie mamy wytycznych programowych dla tego rodzaju nauczania i tak naprawdę bazujemy na własnym doświadczeniu i wiedzy. Ale nie zaszkodziłam, wręcz przeciwnie – udało się i uczennica dzisiaj studiuje.
A jakieś sukcesy konkursowe były?
– Powiem szczerze, że za konkursami nie przepadam. Natomiast wielkim sukcesem było zajęcie przez nasz chór mieszany drugiego miejsca na I Ogólnopolskim Forum Chóralnym PUERI CANTORES we wrześniu 2025 roku w Międzyzdrojach. Dodam, że sukcesem dla mnie jest radość moich uczniów z koncertu. Kiedy uśmiechnięci, wchodzą na scenę i chcą ze mną współpracować. I nam to wychodzi. Zawsze dążę do tego, żeby uczniowie byli zadowoleni, zobaczyli muzykę z innej strony, nie tylko jak żmudne, konieczne ćwiczenia, ale też jako artystyczną satysfakcję . Każdy koncert to wyzwanie i sukces. I każdy jest inny. Możemy zaśpiewać ten sam repertuar, ale sytuacja zawsze jest odmienna. I gdy na finał pojawi się błysk w oku, uśmiech na twarzy, to jest to dla mnie największa radość.
Chcenie ucznia dużo zależy od nauczyciela i jego podejścia. Jak motywuje Pani swoich uczniów do systematycznej pracy, zwłaszcza w trudniejszych momentach?
– Tak, systematyczność w muzyce jest bardzo ważna, jak w sporcie. Trzeba przychodzić na treningi, na próby. Próby chóralne są trudniejsze, z tego względu, że gdy ćwiczymy jeden głos, trzy inne w tym momencie mogą się „nudzić”. Nie mam złotego środka, ale daję z siebie wszystko. Jak daję 100 procent to otrzymuję 50, więc żeby zespół dał z siebie 100 procent, ja muszę dać przynajmniej 200.
Jakie są najważniejsze zasady pracy w grupie podczas koncertu? Jakie są obowiązki nauczyciela muzyki?
– Praca dyrygenta to nie jest tylko dyrygowanie, to też emocje, przekazywanie wiedzy. Można to czynić w różny sposób. Przyjść na próbę i powiedzieć, że jestem zmęczona, ale musimy to zrobić i dajmy dzisiaj z siebie wszystko. Pozytywna interakcja sprawia, że wstępuje we mnie siódmy zmysł i nagle baterie mi się ładują i nie widzę czasu. Zawsze staram się szanować i zrozumieć uczniów. Zajęcia są po południu, po większości lekcji i jeżeli bym przyszła z nastawieniem: ja tu rządzę, to nikomu nie byłoby miło. Moi wspaniali muzycy wiedzą, że ja mam dużo rzeczy na głowie, dużo rzeczy robię, ale czasem też zapominam, jednak oni zawsze reagują pozytywnie. Zespół to grupa ludzi, którzy muszą się słuchać i wzajemnie szanować, a nie rywalizować.
Czy ma Pani doświadczenia z chórem profesjonalnym i czym różni się praca z chórem amatorskim od pracy z chórem profesjonalnym?
– W zasadzie chóry szkolne, zwłaszcza w placówkach muzycznych, są profesjonalni grupami. Współpracowałam z różnymi chórami, z dziecięcymi, młodzieżowymi, dorosłymi. Dla mnie nie ma znaczenia jaki rodzaj chóru prowadzę; moim zadaniem jest wejść, pokazać, że chcę z tymi ludźmi współpracować i osiągnąć wspólny, świetny efekt.
Na jakiej muzyce skupia się Pani podczas pracy z uczniami Jasnogórskiej Szkoły Muzycznej?
– Mamy więcej uroczystości kościelnych. Przewodniczymy śpiewom na dożynkach, Mszach Świętych, uroczystościach 3 Maja, zatem do takich występów dobieram stosowny repertuar, w tym także patriotyczny. Na pewno w naszej szkole chóralistyki jest więcej niż w innych szkołach muzycznych. Już w przyszłym roku zaplanowane są trzy wydarzenia: Dożynki Jasnogórskie, listopadowe obchody patronki muzyków Świętej Cecylii, z prawykonaniami utworów księdza Dolindo oraz Szalone Dni Muzyki, na które szykujemy „Glorię” Antonio Vivaldiego. Są oczywiście mniejsze, okolicznościowe koncerty, jak tradycyjny kolęd czy występy w filharmonii. Chętnie też sięgamy po luźniejszy repertuar, choćby dla rozśpiewania. Jak uczniowie proponują coś swojego to nie domawiam, śpiewanie ma przynosić też radość.
Jak rozpoczęła się współpraca ze Szkołą? Co w tej instytucji uważa Pani za najcenniejsze?
– W tym roku mija dziesięć lat mojej pracy w Jasnogórskiej Szkole Muzycznej, a przygoda zaczęła się od przypadku. Pracowałam wtedy w gimnazjum. Uczyłam muzyki. Propozycja od Pani dyrektor Jolanty Sosińskiej przyszła w chwili, gdy doświadczyłam przykrości ze stromy uczniów. Z okazji Święta Muzyki grałam koncert, po którym pozostało mi niemiłe wrażenie, ponieważ młodzież kompletnie nie słuchała i była znużona, choć program był ciekawy i niezbyt długi. I wówczas wychodząc ze szkoły dostałam telefon od pani dyrektor z pytaniem, czy nie podjęłabym pracy Jasnogórskiej Szkole. Pomyślałem: Panie Boże, ty wiesz, co trzeba zrobić. Powiedziałam sobie, że spróbuję, mimo iż była już połowa października. Udało się. Później dostałam propozycję w Zespole Szkół Muzycznych im. Żebrowskiego na zastępstwo, za dyrygenta chóru, a gdy pani Mariola Jeziorowska z powodu choroby nie dała rady prowadzić chóru zastąpiłam ją.
Dziesięć lat, czyli jubileusz. Jak Pani postrzega Jasnogórską Szkołę Muzyczną, co w niej jest wartościowego? Jak się tu pracuje?
– Na pewno jest tu dobry kontakt z uczniami. Miłe jest to, że mają oni do nas zaufanie oraz, że możemy realizować różnego rodzaju projekty. Chyba w innych szkołach nie mogłabym prowadzić takiego, wspaniałego Zespołu Instrumentalnego, który wygląda i gra jako orkiestra symfoniczna, bo tak możemy już sobie powiedzieć. Ciekawa jest też możliwość różnorodności pracy, na którą przychylnie patrzy dyrekcja. Na przykład, ostatnio na koncercie Filharmonii: połączenie Orkiestry Dętej z Mykanowa z naszym Zespołem Instrumentalnym. Ktoś by powiedział, że to niemożliwe, a ja się śmiałam, że cuda mam wpisane w umowę. Cenię sobie otwartość i spojrzenie, że uczeń jest też człowiekiem, że ma prawo być zmęczony, i że muzyka ma pomóc, a nie utrudniać. Myślę też, że wybitne znaczenie ma wychowanie w duchu wartości patriotycznych i duchowych, w szacunku do drugiej osoby. Tak naprawdę to jesteśmy wielką rodziną – muzyczną, ale i nie muzyczną, bo też mamy przecież nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących. Kiedy potrzebujemy wsparcia czy rozmowy, to zawsze możemy liczyć na swoich kolegów i koleżanki. Nie jesteśmy dużą placówką, choć ostatnio mocno się rozwijamy, więc to nadaje pewien charakter elitarny, co jest bardzo bezpieczne dla uczniów i rodziców.
Jestem szczęśliwym człowiekiem, który może pracować w ulubionym zawodzie, spełniać z radością swoje pasje i rozwijać się u boku wspaniałych ludzi. Mam cudowną młodzież, która zawsze z chęcią współpracuje i o cokolwiek bym poprosiła – pomaga, zaśpiewa, zagra…
Dziękuję za rozmowę
URSZULA GIŻYŃSKA