- Gazeta Częstochowska - https://gazetacz.com.pl -

POZNAJEMY KLASY JASNOGÓRSKIEJ PUBLICZNEJ OGÓLNOKSZTAŁCĄCEJ SZKOŁY MUZYCZNEJ W CZĘSTOCHOWIE. Akordeon zachwyca uniwersalnością

 

 

 

Jak zaczęła się Pana przygoda z akordeonem, czy to instrument, który Pan sobie wymarzył?

– W domu mieliśmy mały, czerwony akordeon, który mnie zaciekawił i pod koniec szkoły podstawowej próbowałem na nim grać. Mój tato to zauważył i poprosił przyjaciela, żeby pokazał mi parę akordów, dźwięków. Ten sam znajomy przygotował mnie potem do egzaminu wstępnych do Liceum Muzycznego im. M. Żebrowskiego w Częstochowie. Pochodzę z ziemi świętokrzyskiej, a Częstochowę wybrałem idąc śladem mojej siostry, która również rozpoczęła tu naukę w szkole średniej. Po dwóch latach muzykowania na akordeonie chęć do nauki wzrosła i na przełomie drugiej i trzeciej klasy zacząłem marzyć o studiach muzycznych. Dostałem się do Akademii Muzycznej w Katowicach, do klasy akordeonu profesora Joachima Pichury i doktora Piotra Chołołowicza. Studia ukończyłem 2011 roku.

 

Od razu pociągała Pana praca pedagogiczna?

– Nie od razu, wcześniej miałem – myślę, że zresztą udane – pomysły działań muzycznych z akordeonem. Jeździłem trochę po Europie, grałem w zachodniej Irlandii, Francji, Hiszpanii. Były to różne prace, od koncertów w salach po muzykowanie na ulicy, z kolegami, z przyjacielem skrzypkiem. Było to zarówno przyjemne, jak i pożyteczne, bo można było trochę zarobić, a przy okazji mieliśmy wakacje, na przykład nad Morzem Śródziemnym. Etap pracy etatowej w szkole przyszedł po około trzech latach razem z potrzebą stabilizacji i zapuszczenia korzeni.

 

W czasie muzykowania na Europie realizował Pan też większe projekty koncertowe?

– To była całkowita mieszanka, zdarzało mi się grać w dwóch, trzech przedsięwzięciach z orkiestrą Opery Krakowskiej czy Teatru Muzycznego w Łodzi. Współpracowałem kilkukrotnie z Filharmonią Częstochowską. To były duże wydarzenia, planowane i obarczone większą liczbą prób.

 

 

Nauczanie rozpoczął Pan od Jasnogórskiej Szkoły Muzycznej?

– Najpierw uczyłem w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Końskich nieopodal Kielc. Trzy lata temu obowiązki w Częstochowie nie pozwalały mi już na dojazdy. Był moment, że pracowałem jednocześnie w trzech placówkach. To jednak było mocno uciążliwe. Urodziła mi się córka i w pewnym momencie trzeba było wybrać.

 

Kiedy zatem zaczęła się współpraca z Jasnogórską Szkołą Muzyczną w Częstochowie? Proszę powiedzieć, jak Pan postrzega tę szkołę, co jest w niej najbardziej wartościowe?

– Moja przygoda z Jasnogórską Szkołą Muzyczną zaczęła się w 2016 roku. Z panem Markiem Zyskowskim i panią Joanną Klajowską-Pełką spotkaliśmy się na szkoleniu, wówczas opowiedzieli mi o szkole, która intensywnie się rozwijała i planach otworzenia klasy akordeonu. Zachęcili mnie, by aplikować na stanowisko. Bardzo dobrze mi się tu pracuje. Szkoła jest coraz bardziej zauważana i doceniana. Wyróżnia się misją wszechstronnej edukacji. Od razu otrzymałem dobre warunki. Pani dyrektor zdecydowała o zakupie czterech wysokiej jakości instrumentów, dzięki temu klasa mogła się od razu prężnie rozwijać. Plusy z pewnością rodzice mogą lepiej ocenić, obserwując efekty kształcenia. Jako nauczyciel nie mam zastrzeżeń, a ostatnio dodatkowo zachwycony jestem nowym parkingiem, co dla mnie jest dużą wartością dodaną. Mamy salę koncertową z kolumną, dużo klas, możliwości do ćwiczeń, a także młodą, fajną i energiczną kadrę. Świetnie się ze sobą dogadujemy.

 

Akordeon od kilku lat jest bardzo modnym instrumentem, w dużej mierze dzięki wybitnemu Marcinowi Wyrostkowi. Z kolei Częstochowa za sprawą Piotra Biazika, który zorganizował tu festiwal akordeonowy, też zbudowała swoją historię związaną z tym instrumentem. Czy powstanie takiej klasy było zdyskontowaniem tego efektu?

– Myślę, że akordeon wszedł do kanonu wszystkich instrumentów na zasadzie równoprawnej. Oczywiście musimy walczyć o swój status, bo gdzieś z tyłu ciągle pozostawia się mu etykietę instrumentu biesiadnego. A przecież z powodzeniem może być salonowym, pojawiać się w salach filharmonii, oper, galerii sztuki. Sukcesy akordeonistów oraz promocja za pośrednictwem mediów spopularyzowała akordeon, a my na tym zyskujemy. Teraz w każdej lub prawie każdej szkole muzycznej w Polsce, a jest ich prawie 400, są klasy tego instrumentu. Choć prężnie się rozwija i powstają na niego nowe utwory, mamy jeszcze dużo pracy. Na szczęście sporo się dzieje. Biorę udział w różnego rodzaju sympozjach, konferencjach i jest coraz więcej młodych, utalentowanych wykonawców, którzy komponują, tym samym literatura się poszerza.

 

Zatem współcześnie akordeon rozwija swe skrzydła. A jak wygląda jego historia?

– Jest bardzo ciekawa. To najmłodszy instrument, na którym uczymy w szkole muzycznej. Powstał w Wiedniu, a jego prototypem był przyrząd do strojenia organów. Był tak nastrojony i opatrzony w miech, żeby stroiciel miał próbkę dźwięku. Otwierał i zamykał miech, porównywał dźwięki i na tej zasadzie stroił organy. Potem okazało się, że jak się temu przyrządowi doda parę dźwięków, to można na nim zagrać. Tak się zaczęło. Akordeon mocno się upowszechnił, kiedy uruchomiono linie pływające między Ameryką a Europą. Stał się wówczas jednym z podstawowych instrumentów, które zapewniały rozrywkę na statkach.

 

Nazwa pochodzi od możliwości wygrywania akordów?

– Tak, bowiem tu akord można usłyszeć przyciskając jeden guzik, a na fortepianie czy organach musimy sobie go zbudować z poszczególnych dźwięków.

 

Czy dostrzega Pan wzrost zainteresowania nauką gry na akordeonie?

– Owszem. W sumie mam pod swoją opieką około dwudziestu uczniów. W Jasnogórskiej Szkole pięciu. Mam też kilku naprawdę zdolnych podopiecznych, jeden z nich, z innej szkoły, walczy dzisiaj o laur w ogólnopolskim konkursie akordeonowym.

 

Czy nauka gry na akordeonie jest prosta?

– Uważam, że łatwa nie jest ze względu na trudny początek. Nie lubię porównań do innych instrumentów, ale start na fortepianie jest prostszy, bo dźwięk uzyskujemy kładąc ręce na jednorodnej klawiaturze, którą widzimy. Oczywiście od trzeciej klasy staje się już instrumentem najbardziej wymagającym. Trudniejsze początki na akordeonie mają kilka przyczyn. Po pierwsze, instrument trzeba wziąć na kolana, a że jest on ciut za ciężki dla małych dzieciaków, choć oczywiście mamy dostosowane do ich wielkości, to trzeba sobie z tym poradzić. To rola nauczyciela, aby tak ustawić instrument, żeby przysiąść do niego na tyle wygodnie, by nie zniechęcić do nauki. Na starcie ważniejsze od naciskania dźwięków są dobór pasków i odpowiednia postawa. Potem przychodzi czas na ustawianie dźwięków, co też wymaga umiejętności, bo trzeba włączyć pracę miecha. Wszystko należy skoordynować, a często wszystko się przestawia i trzeba zaczynać od nowa.

 

Nauka, jak Pan opowiada, wymaga nie lada wysiłku, trudno chyba pokonać te trudności bez determinacji i zapewne miłości do instrumentu. Według Pana, dlaczego warto pokochać akordeon i podjąć wyzwanie jego opanowania?

– Powiem dyplomatycznie, że każdy instrument, na którym się gra, trzeba pokochać. Akordeon, co dla mnie wyjątkowe, cechuje bardzo duża uniwersalność, można na nim zagrać wszystko, solo lub w zespole. Jest harmoniczny i świetnie brzmi z wszystkimi instrumentami. Mamy do dyspozycji dużo różnych barw, regestrów, które można zmieniać zarówno w prawej, jak i lewej ręce. Jedną zagrać melodię, a drugą akompaniament. Poza tym jego mobilność. Akordeonista wkłada instrument w futerał, zakłada na plecy i jedzie. Możemy zagrać wszędzie, gdzie chcemy. Fortepianu czy organów nie zabierzemy dokądkolwiek, a muzyk jadąc na koncert nie wie, na jakim instrumencie zagra, co jest stresujące.

Pewnym minusem jest obciążenie kręgosłupa, ale w zasadzie wszystkie instrumenty odciskają swój ślad na nim, więc każdy z młodych adeptów musi dbać o zdrowie i ćwiczyć. Dobrym rozwiązaniem jest pływanie.

 

Czy w pracy edukacyjnej wykorzystuje Pan wzory swoich mistrzów, którzy są dla pana inspiracją w działalności artystycznej i szkolnej?

– Myślę, że przede wszystkim staram się bardzo indywidualnie podejść do uczniów, bo każdy jest inny i trzeba wypracować sposób komunikacji, by w przystępny sposób przekazać wszelkie techniki nauki gry i ćwiczenia. Mistrzów, na których możemy się wzorować, daleko bym nie szukał, bo mamy doskonałą Akademię Muzyczną w Katowicach. Tamtejsi profesorowie i wykładowcy bardzo często u nas goszczą na warsztatach, także my jeździmy na organizowane tam zajęcia. Również jako nauczyciele akordeonu w Polsce wymieniamy się doświadczeniami.

 

Proszę wskazać, kto jest najbardziej uznanym kompozytorem utworów na akordeon?

– Bardzo obszerną literaturę, w tym pedagogiczną dla dzieci, stworzył profesor Bogdan Dowlasz z Akademii Muzycznej w Łodzi. Zmarł przed kilku lat, była to postać wybitna. Jest też sporo kompozycji Juliana Kwiatkowskiego, Krzysztofa Naklickiego, Grzegorza Borsuka, Bogdana Górnika. Z młodszego pokolenia – Maciej Kałamucki z Łodzi.

 

Zapewne w przeszłości wykonywało się adaptacje na akordeon.

– I nadal to robimy. Wykonujemy muzykę Jana Sebastiana Bacha czy Domenica Scarlattiego. To są utwory, które w oryginale powstały nie na fortepian, ale na klawesyn. Więc można powiedzieć, że pianiści też je zaadaptowali. My to musimy niekiedy przerobić, bo nie wszystko da się dokładnie zagrać, jak jest zapisane. W czasach, kiedy tworzył Bach, akordeonu jeszcze nie było, a wśród kolegów muzyków żartujemy, że na pewno bardzo by mu się spodobał i myślę, że sporo by na niego napisał.

 

Minęło 10 lat Pana pracy w Jasnogórskiej Szkole Muzycznej, już kilka młodych pokoleń wypuścił Pan w świat. Czy Pana uczniowie biorą udział w konkursach, mogą pochwalić się jakimiś sukcesami?

– Pojedyncze sukcesy się zdarzały, aczkolwiek w przypadku uczniów szkoły I stopnia, bo póki co tylko w tym poziomie prowadzę naukę, trudno mówić o laurach w konkursach. Dopiero w przyszłym roku zapowiada się otwarcie klasy akordeonu w II stopniu, bo chęć dalszej nauki zapowiedział jeden z uczniów. Staram się ich nie eksploatować konkursami, bo one mają swoje plusy, ale i minusy. Jeździmy sporadycznie, aby zachować zdrowy rozsądek. Jadąc na konkurs uczeń powinien być świetnie przygotowany merytorycznie, w sensie muzycznie, bardzo ważna jest odporność psychiczna, bo to jednak rywalizacja i trzeba wziąć pod uwagę niepowodzenie. Pamiętam, że parę razy zostałem „wypchnięty” na konkurs, gdzie nie byłem do końca przygotowany i to odcisnęło piętno na psychice.

 

Jak bardzo potrzebny jest talent, aby posiąść umiejętność gry na akordeonie? Czy wystarczy chęć i determinacja?

– Potrzebny jest talent, bo bez niego nawet ciężka praca może nie przynieść korzyści. Ale niezbędna jest systematyczność, bo talentem można grać do pewnego momentu, gdy wykonujemy proste utwory w pierwszej i drugiej klasie. Kolejne to już dłuższe i trudniejsze kompozycje. O sukcesach w nauce decydują trzy rzeczy: talent, chęć do pracy i forma przyjemności, jaką czerpiemy z nauki. Mamy przecież do czynienia z małymi dziećmi, dla których nauka powinna być zabawą i radością.

 

Jaką ma Pan misję jako nauczyciel, co dla pana jest najważniejsze w pracy z uczniem?

– Przede wszystkim cieszę się, że do dzisiaj mam kontakt z uczniami, którzy kilka lat temu skończyli lub zmienili szkołę. Mimo że nasze drogi się rozeszły, nikt z nich nie ma uprzedzeń czy niechęci edukacji muzycznej, do mnie czy do instrumentu. W ramach zajęć staram się przekazać jak najwięcej tajników dotyczących akordeonu, ale patrzę szerzej, bowiem zdecydowana większość uczniów nie będzie zawodowymi muzykami. Dla mnie najważniejszą jest rola umuzykalnienia oraz stworzenie uczniowi warunków do szerszego rozwoju muzycznego, a nie tylko stricte do akordeonu. W ten sposób tworzymy przyszłe audytorium dla filharmonii, oper, odbiorców sztuki. Musimy pamiętać, że misją szkoły muzycznej pierwszego stopnia jest przede wszystkim krzewienie umuzykalnienia, rozpalanie chęci i zamiłowania do muzykowania.

 

A jak Pan, jako nauczyciel gry na akordeonie, zachęciłby młodych ludzi, żeby przyszli do Jasnogórskiej Szkoły Muzycznej i wybrali właśnie ten instrument?

– Muszą przyjść od razu do sali 104 (śmiech), spotkać się ze mną i dać mi kilka minut, żebym mógł opowiedzieć o instrumencie, aby mogli go dotknąć, spróbować na nim zagrać. Dzieciaki są ciekawe instrumentu, bo to dla nich coś nowego, akordeon z małymi guziczkami jest nowością. Gdy już są, daję im instrument na kolana, one szarpią miechem i wychodzi z tego całkowicie współczesna muzyka.

 

Zatem zapraszamy na dni otwarte…

– Oczywiście, ale szkoła prowadzi wiele inicjatyw. Są pikniki, konkursy, występ na Jasnej Górze, w przedszkolach, szkołach. Szkoła jest przyjazna, radosna. Warto tu się uczyć.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

URSZULA GIŻYŃSKA

Podziel się: