MOJA „SOLIDARNOŚĆ” / WSPOMINA JADWIGA BŁASZCZYK-ŁOPACIŃSKA (II)


Przywołując czas, który spędziłam w obozie internowania, pamiętam często pojawiający się niepokój o nasze losy, o naszą przyszłość. Dokuczał brak kontaktu z najbliższymi, niepewność jutra. Tak bardzo zawsze czekaliśmy na wiadomości od rodziny. List, który przyszedł od mojej mamy esbecja przetrzymała dwa tygodnie. Tak na złość. Nie poprosiłam o jego zwrot, nie było takiej opcji, gdyż ludzi tych o nic się nie prosiło. Takie zachowanie tylko potęgowało mój upór.

 

Jedzenie było niezwykle skromne. Przez cały okres internowania nigdy nie pojawiło się masło, a kawałek mięsa dostawaliśmy tylko raz w tygodniu. Kiedyś, po bardzo ubogim posiłku, weszłam do pokoju esbecji, żądając, aby wywieszano, ile kalorii zawierają nasze posiłki. Odpowiedzią była kolacja – jedna stołowa łyżka pasty rybnej na cztery osoby. A jak jadała esbecja? Ich stoły, osobno ustawione, pełne były wędlin, ogórków, pomidorów, sałatek. Myślę, że nie było to robione z polecenia władz, ale wynikało z arogancji, pychy i chęci upokorzenia nas przez osoby zarządzające obozem.

Opieka zdrowotna – żadna. Pewnego dnia zasłabłam, upadłam kilka razy na podłogę. Dziewczyny wołały o pomoc, lekarza jak zwykle nie było. Przyszła esbeczka i oznajmiła, że może wezwać pogotowie pod warunkiem, że na piśmie o to poproszę i podsunęła mi świstek papieru. Z całą stanowczością odmówiłam, podkreślając, że to władza mnie zamknęła i władza odpowiada za moje zdrowie. Parę minut trwały przepychanki słowne. Wówczas jedna z koleżanek, nieżyjąca już dziś, znana aktorka Halina Mikołajska, widząc, że naprawdę źle się czuję, wyrwała esbeczce tę kartkę. Podpisała ją i oświadczyła, że to ona wzywa karetkę. Pamiętam również, jak jedna z internowanych w naszym budynku zemdlała. Waliłyśmy w drzwi, krzyczałyśmy. Przyszedł lekarz i wrzucił przez okno krople na uspokojenie, komentując, że do histeryczek nie będzie chodził. Tak to wyglądało.

W trakcie internowania starałyśmy się zachować jakąś normalność. Szanując prywatność, pukałyśmy przed wejściem do drugiego pokoju. Jeżeli chciało się z kimś pogadać lub pobyć samemu, do tego służył korytarz. Siadało się na podłodze, czytało książkę albo rozmawiało.

Z okazji Świąt Wielkanocnych mężczyźni w podeszwach butów zrobili okolicznościowe pieczątki i wbili je do Pisma Świętego, które każdy z nas otrzymał od naszego kapelana. Panowie wykonali również dla wszystkich Legitymację Internowanego. Są to dla mnie najpiękniejsze pamiątki z tamtego okresu.

Pewnego dnia, w maju, wszedł do naszego pokoju naczelnik obozu i oznajmił: pani Błaszczyk, pani jutro wychodzi. Akurat wtedy obcinałam włosy Grażynie Kuroniowej, nazywanej przez nas Gajką. Spojrzałam na niego i bez słowa kontynuowałam swoje zajęcie. On, zdziwiony brakiem mojej reakcji, ponownie powtórzył: pani Błaszczyk, pani jutro wychodzi. Odwróciłam się do naczelnika i ze zniecierpliwieniem w głosie powiedziałam: przecież słyszałam, już pan to mówił. W relacjach z esbecją nie pokazywało się ani smutku, ani nerwów, ani radości. A radości tak naprawdę nie było. Ja wychodzę, ale inni zostają.

Na wieść o zwolnieniu z internowania dziewczyny obdarowały mnie cukierkami, a Halina Mikołajska swoją śliczną spódnicą. Kolega, który również był z Częstochowy poprosił, abym odwiedziła oraz pogłaskała jego dzieci. Poszłam i płakałam, przytulając je do siebie. Przyjaźnimy się do dziś.

Wkrótce okazało się, że tego samego dnia wychodzi także Halina i jeszcze jedna koleżanka. Po opuszczeniu obozu internowania pojechałyśmy do Darłowa podziękować naszemu księdzu, a potem na pociąg. Dla bezpieczeństwa wracałyśmy razem. W przedziale oczywiście jechał z nami tajniak. Nie trudno było zorientować się, kto to taki. Nieudolnie usiłował wciągnąć nas w rozmowę, „litując” się nad nami, że to niby cierpiałyśmy za innych. Odpowiedziałam: siedziałam za siebie, gdyż to ja nie zgadzałam się i nie zgadzam z poczynaniami władz. Halina z uznaniem uścisnęła moją rękę, a on nie próbował już nas zagadywać.

Po dotarciu do Częstochowy zatelefonowałam z kiosku do rodziców, lecz pierwsze kroki skierowałam na Jasną Górę. Z sanktuarium odebrał mnie tata z moim bratem. Ulga, widzę najbliższych, mama zdrowa.

Powrót nie był radością, wszystko mnie denerwowało – to, że ludzie chodzą po ulicach, robią zakupy, jakby nic się nie stało. A tam przecież siedzą niesłusznie zamknięci, pozbawieni kontaktu z najbliższymi.

Rozpoczęłam na nowo pracę. W zakładzie odbyła się rozmowa z dyrekcją. Nie oskarżałam nikogo – wracałam z podniesioną głową. Od kolegów dostałam przepiękny bukiet kwiatów, który zaniosłam na Jasną Górę. Gdy powiedziałam ojcom paulinom, z czym przychodzę, wprowadzili mnie do Kaplicy Matki Bożej, abym sama włożyła je do wazonu.

Życie codzienne i obowiązki. „Solidarność” została zdelegalizowana, ale ja nadal uczestniczyłam we wszystkich marszach i wiecach.

Poszłam kiedyś na Jasną Górę. Odbywały się uroczystości religijne. Plac jasnogórski był przepełniony ludźmi. Na końcu alei Sienkiewicza milicja wytyczyła około dwudziestometrowy kwadrat, na którym postawiła radiowóz i zabroniła wchodzić na ten teren. Byłam oburzona: jeszcze trochę, a władza będzie mi mówić, po której stronie mam stać w kościele! Pełna determinacji, weszłam na środek tego kwadratu, uklęknęłam, złożyłam ręce i udawałam, że się modlę. Dygotałam z nerwów, a także ze strachu. Jednocześnie delikatnie dawałam znaki ludziom, aby przybliżyli się. Pomału przestrzeń wokół mnie została zapełniona. Wówczas milicjanci wsiedli do samochodu i odjechali.

Po przywróceniu w 1989 roku działalności związkowej, w moim zakładzie pracy przeprowadzono wybory. Zostałam ponownie wybrana Przewodniczącą Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Pomagałam także, w miarę swoich możliwości, w pracach Zarządu Regionu. Jedna ze spraw, w której uczestniczyłam, dotyczyła wnioskowanej przez Przedsiębiorstwo Wodociągów znacznej podwyżki cen wody dla mieszkańców miasta. Podwyżkę uzasadniano koniecznością pozyskania dodatkowych funduszy na wzrost płac pracowników. Dowiodłam, ponad wszelką wątpliwość, że Wodociągi mogą zrealizować podniesienie uposażenia załogi bez zwiększania stawek za wodę.

Był to bardzo trudny i niespokojny czas. Kierownicze stanowiska zajmowali ludzie z PZPR. Zaczęło się rozkradanie przedsiębiorstw poprzez zakładanie prywatnych spółek. W mojej firmie, tak jak w wielu innych, trwał proces przejmowania majątku. Wprowadzono Zarząd Komisaryczny, który doprowadził do jej upadku.

Dlaczego dzisiaj mówi się o ludziach „Solidarności” i obchodzi rocznice?

To nasza determinacja w obronie praw pracowniczych, bytowych, wolności prasy i słowa, wymusiła zmiany ustrojowe. Komunizm w Polsce upadł i spowodował lawinę przemian w krajach ościennych. Zwyciężyliśmy, bo strajki poprzedzała Msza Święta. Na marszach szliśmy wprawdzie z zaciśniętymi pięściami, ale do otaczającej nas milicji nie rzucaliśmy cegłówkami, tylko wołaliśmy: „chodźcie z nami”.

Tamte czasy zrodziły poczucie wspólnoty i zaowocowały przyjaźniami, które trwają do dziś. Taka była moja „Solidarność”. Nie żałuję niczego, bo czy można żałować tego, że człowiek zachowuje się przyzwoicie? Czy przyzwoitość należy nazywać bohaterstwem? W ekstremalnych sytuacjach buduje się nasze człowieczeństwo. Nie jestem żadnym bohaterem, ale jestem z siebie dumna.

Opracowała Barbara Szymańska

Fot. 1 Stan wojenny w Polsce. https://pl.wikipedia.org

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.