- Gazeta Częstochowska - https://gazetacz.com.pl -

Bez miłości nie można uprawiać tego zawodu

Rozmowa z Sebastianem Banaszczykiem, aktorem Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie

Od pewnego czasu w pańskiej pracy artystycznej zaczęła dominować muzyka? Znudził się pan trochę teatrem?
– Muzyka jest nieco bardziej nośnym i niezależnym od kręgu kulturowego medium. Łatwiej jej zaistnieć w świecie. Z wykształcenia jestem aktorem. Cała moja dotychczasowa droga zawodowa związana była z teatrem i nie zamierzam z tego rezygnować. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Muzyka pojawiła się później. Chodzi o możliwość jak najszerszej realizacji artystycznej. W moim przypadku jednak te dwie dziedziny nie konkurują ze sobą, wręcz przeciwnie – czasem udaje im się harmonijnie połączyć, gdy tworzę muzykę do przedstawienia teatralnego!

Cóż zatem się wydarzyło?
– Od zawsze interesowałem się muzyką i byłem kolekcjonerem płyt. Potrzeba stworzenia czegoś własnego dojrzewała we mnie i ukonkretniła się jesienią 2006 roku. Impulsem stała się dostępność technologii i moment, gdy przestałem być komputerowym ignorantem.

Pana debiutancki projekt muzyczny: album „Bionulor”, ukazał się w 2009 roku i zaskoczył nowatorskim brzmieniem. Zaprezentował pan własny styl muzyczny.
– Interesuje mnie tworzenie muzyki eksperymentalnej, opartej na technologii preparowania dźwięku. Polska ma na tym polu duże tradycje. W latach 60., 70. ubiegłego wieku studio eksperymentalne Polskiego Radia było jednym z najważniejszych ośrodków na świecie, gdzie taką muzykę tworzono. Na swoje potrzeby, bazując oczywiście na doświadczeniach innych, opracowałem własny sposób tworzenia.

Intrygująca jest nazwa płyty?
– Bionulor to imię rybki akwariowej bohatera jednego z opowiadań Apollinaire ’a.

Wyczytałam, że główną ideą „Bionulor” jest „100 % sound recycling”, czyli opieranie się tylko i wyłącznie na zniszczonych fragmentach starych nagrań. Że w tym stylu mile widziane są niedoskonałości techniczne, takie jak szumy czy trzaski, abstrakcje, hałasy, intensywne drgania… Co się kryje pod taką ideą?
– Współczesny świat jest zbyt sterylny – ten „idealny” obraz w telewizorze, „doskonały” dźwięk w radio, tak skompresowany i głośny… Uciekam od tego. Staram się znaleźć na przeciwnym biegunie, stworzyć coś bardziej ludzkiego, coś co jest nam bliższe, w czym jest element błędu… Nieco na przekór temu „nowemu wspaniałemu światu”.

Oryginalna muzyka, nie mniej nazwy albumów. Skąd czerpie Pan inspiracje muzyczne?
– Zdaję sobie sprawę, że odkrywcą nie jestem, bo wszystko już zostało wymyślone i uprawiamy gry konwencjami i stylistykami, które mają już gdzieś swoje korzenie. Na pewno źródłem jest dla mnie muzyka eksperymentalna lat 50. i 60. i jej kolejne inkarnacje.

Czy są to Pana wewnętrzne retrospekcje, czy umiejętność wykorzystywania techniki i wiedzy?
– Jedno i drugie. Bez pewnej erudycji muzycznej oraz technicznego przygotowania nie dojrzałbym do indywidualnej wypowiedzi. Z jednej strony sferą moich zainteresowań jest muzyka klasyczna, na przykład Bach, z drugiej – najnowsze, najbardziej eksperymentalne, otwarte na nowe technologie nurty. Ale bez własnych przeżyć, własnego wewnętrznego świata, wyobraźni jakakolwiek twórczość – czy to literatura, malarstwo, czy muzyka – jest niemożliwa.

Czy mógłby zdradzić pan, w jaki sposób powstają utwory?
– Korzystam z dźwięków zarejestrowanych już przez kogoś innego, z elementów odnalezionych, z bazy danych naszej cywilizacji – stąd określenie „recykling”. Na podstawie krótkiej próbki – brzmienia instrumentu, fragmentu głosu czy czegokolwiek nagranego – preparuję kolejne dźwięki. Bazując na nich i przerabiając je różnymi technikami niemal w nieskończoność, buduję cały utwór.

To długi proces?
– Myślę, że najlepsze pomysły powstają szybko, czas potrzebny jest, aby dojrzały, bym nabrał do nich dystansu. Odkładam je zatem, a potem wracam do nich i doskonalę. Ten proces coraz bardziej się wydłuża. Moja pierwsza płyta powstawała dwa lata, druga ponad trzy, nad trzecią, która ma się dopiero ukazać, pracuję od 2007 r.

„Sound recycling” to przyszłość?
– Mam nadzieję. Pomysł jest zauważany w środowiskach muzycznych w Polsce i świecie, co daje mojej muzyce możliwość zaistnienia. Bardzo pomagają mi II i III program Polskiego Radia oraz media w Australii, Europie Zachodniej i Północnej Ameryce. Otrzymuję tam przyjazne recenzje, tam jest więcej osób zainteresowanych tego typu stylistyką…

Drugi pana album „Sacred mushroom chant” ukazał się w styczniu 2011 roku.
– Tematem tej płyty jest ludzki głos. Za bazę do stworzenia tych pięciu utworów posłużyły : szamańska pieśń (stąd tytuł płyty), archiwalna piosenka japońska, słowa Neila Armstronga wypowiedziane w momencie, gdy stawiał pierwsze kroki na Księżycu, fragment wywiadu z Marcelem Duchampem oraz mój głos, gdy cytowałem zdanie przypisane Hasanowi ibn Sabbah, legendarnemu przywódcy asasynów – tu uczyniłem wyjątek, nie skorzystałem z archiwaliów dźwiękowych.

Kolejne projekty z pana udziałem, to płyta „A Sound Guide To Warsaw”, która powstała przy współpracy muzyków związanych z Warsaw Electronic Festival i elektroniczna reinterpretacja utworów Chopina.
– To płyty kompilacyjne, na których znalazły się m. in. moje premierowe utwory. W przypadku Chopina wyszedłem od kilku dźwięków jego Ballady nr 2 op. 38, która bardzo mi się podoba, a w „kompilacji warszawskiej” skorzystałem z nagrania terenowego dokonanego przez Łukasza Ciszaka na ul. Kilińskiego w Warszawie.

Muzyka Chopina ujmuje każdego?
– Jak każdy Polak Chopina mam wpisanego w siebie, ale nie ukrywam, że wcześniej nie znałem dobrze jego twórczości… Dopiero, gdy powstał pomysł płyty, odrobiłem zaległości i wówczas świadomie dokonałem wyboru.

Na tym chyba nie koniec, pracuje pan nad trzecią płytą?
– Ukaże się w przyszłym roku. Inspirowana jest postacią i twórczością Erika Satie. Ma już wydawcę. Podobnie jak w przypadku poprzedniej płyty, której oprawę graficzną stworzyła częstochowska artystka, Monika Machnik, i teraz twórcą okładki będzie częstochowianka – Martyna Kowalczyk, studentka II roku ASP w Łodzi.

Dlaczego został pan aktorem?
– Zawsze chciałem uprawiać jakiś zawód, nazwijmy go, „artystyczny”. Teatr po prostu zapukał do mych drzwi. W liceum w Świdnicy, do którego chodziłem, zorganizowano przegląd teatralny i z grupą kolegów przygotowaliśmy nieco ekscentryczny, oparty na tekście Alfreda Jarry, spektakl. Połknąłem bakcyla. W kolejnym roku zrobiliśmy następne przedstawienie, a ponieważ była to już klasa maturalna i trzeba było sprecyzować co dalej, wybrałem szkołę teatralną we Wrocławiu. Na wydział aktorski dostałem się za pierwszym razem. I tak już zostało.

Czym aktorstwo zachwyciło pana?
– Trudno to określić, bo jest to coś, co bardziej się czuje, niż definiuje. W aktorstwie fascynują mnie trzy możliwości : kontakt z literaturą, wcielanie się w inną postać oraz badanie człowieka, które wykracza poza psychologię i sięga materii duchowej.

Nienawidzi pan czasem teatru?
– Oczywiście, bo to trudny zawód, polegający na zmaganiu się ze swoimi słabościami, ograniczeniami, własnym ciałem i umysłem, które zazwyczaj opierają się i odmawiają stuprocentowego posłuszeństwa. Ale z drugiej strony jest to fascynujące. Bez miłości nie można uprawiać tego zawodu.

Jak trafił pan do Częstochowy?
– Od dyrektora Marka Perepeczko otrzymałem propozycję roli, a zaraz potem – stałego etatu. Zacząłem także współpracować z Młodzieżowym Domem Kultury, gdzie prowadzę pracownię teatralną. I zostałem. W Częstochowie jest mi dobrze, mogę realizować się na kilku płaszczyznach.

Wyszkolił pan już kilku aktorów?
– Parę osób studiuje w szkołach teatralnych.

A w naszym teatrze, co najbardziej pan docenia? Różnorodność ról?
– Tak. Teatr, w którym jest różnorodny repertuaru, to bardzo dobra szkoła życia dla aktora. Można sprawdzać się w różnych zadaniach. I choć czasem są one trudne czy obce, a dla mnie obce jest np. śpiewanie piosenek na scenie (śmiech), to tym lepiej. Nabiera się doświadczenia, staje się bardziej elastycznym.

W naszym teatrze pracuje pan już dwanaście lat i zagrał pan ponad 20 ról. Które są te najważniejsze?
– Bardzo lubiłem rolę Doktora/Diabła w „Kordianie” zrealizowanym przez Bożenę Suchocką. Kolejną ulubioną postacią był Anuczkin w „Ożenku” w reżyserii Gabriela Gietzkiego oraz Rak w spektaklu „Patrz, słońce zachodzi”, przygotowanym przez Bronisławę Nowicką. Kreowanie demona czy nowotworu to stwarzanie bytów, a nie ludzi, doświadczenie z pogranicza rzeczywistości i świata duchowego. Takie role są bliższe temu, co mam w środku.

Mnie pana osobowość kojarzy się z mistrzem szpady z książek Dumas…
– Bardzo lubię stylistykę kostiumową w inteligentnej realizacji, dlatego radość sprawia mi również rola Stylisty w sztuce „Mieszczanin szlachcicem”.

Na jakim jest pan etapie zawodowym – czy spełnił się pan aktorsko czy nadal marzy o roli życia?
– Mam nadzieję, że jeszcze przez długi czas będę uprawiał ten zawód i pozostanę na tyle sprawnym aktorem, by móc występować. To jest moje marzenie. Nie mam życzeń co do konkretnych ról. Często jest tak, że rola, która w czytaniu wydaje mi się interesująca, niekoniecznie okazuje się taką podczas pracy; natomiast coś, przed czym początkowo czułem wewnętrzny opór, staje się doświadczeniem o wiele ciekawszym. Dlatego zdałbym się tu na los, na coś, co przyjdzie samo.

Wielcy polscy aktorzy twierdzą, że aktorstwo to bardziej rzemiosło, niż sztuka. Zgadza się pana z tą opinią?
– To prawda. Aktorstwo to rzemiosło i przede wszystkim praca. W przypadku muzyki, teatru, literatury nie do końca wierzę w przypadek, natchnienie, talent, które same załatwią wszystko. Praca jest najważniejsza, talent i natchnienie to dopełnienia nadające ostateczny szlif. Bez trudu nie można wypracować jakiejkolwiek wartości. Tworzymy poprzez pracę, a „talent” nadaje jej wyjątkowy, osobisty charakter.

Nie ma pan parcia na telewizję, ale parę doświadczeń z planem filmowym ma pan na swoim koncie? Jak znajdował się pan przed kamerą?
– Plan telewizyjny to nie jest moje wymarzone miejsce. Lubię spokojny i sensowny sposób pracy. Tak pracuje Bionulor. Praca w teatrze też nierzadko bywa taka, a w telewizji – szybka i niespokojna, dlatego dla osoby wykształconej w „cieplarnianych” warunkach szkoły teatralnej i pracującej w teatrze może być to trochę szokujący przeskok. (śmiech)

Od 2005 roku prowadzi pan pracownię teatralną w Młodzieżowym Domu Kultury. Co do pana życia artystycznego wnoszą zajęcia z młodzieżą?
– Ucząc aktorstwa i realizując przedstawienia z młodymi ludźmi, amatorami w najlepszym tego słowa znaczeniu, bardzo wiele się uczę. Wykorzystuję te doświadczenia w pracy aktorskiej i życiu. Uczę się cierpliwości, tolerancji i tego, jak wygląda dzisiejszy świat, bo mogę go zobaczyć z perspektywy kilkunastolatków. Czerpię też bardzo pozytywną energię, ale i sam również staram się dawać to, co we mnie najlepsze. W częstochowskim MDK mam komfortowe warunki pracy. Sam decyduję o programie zajęć, repertuarze pracowni… To fantastyczna forma realizacji dla mnie i – mam taką nadzieję – moich podopiecznych.

Jakie macie sukcesy?
– Przygotowaliśmy pięć przedstawień: „One trzy”, „Moralność pani Dulskiej”, „Ślepców”, „Ożenek” oraz „Łysą śpiewaczkę”. Czterokrotnie zakwalifikowaliśmy się do etapu wojewódzkiego Przeglądu Szkolnych Zespołów Artystycznych. Uczestniczyliśmy również w międzynarodowym festiwalu teatralnym w niemieckim Pforzheim. W roku 2009 nasz „Ożenek” zajął 3 miejsce na XXXIV Wojewódzkim Przeglądzie Szkolnych Zespołów Artystycznych. „Łysa śpiewaczka” zaś zwyciężyła w X Przeglądzie Zespołów Teatralnych Szkół Średnich zorganizowanym w czerwcu 2010 przez Teatr im. Mickiewicza w Częstochowie. W 2007 wydaliśmy płytę CD z bajkami Małgorzaty Sętowskiej. W 2009 uczestniczyliśmy w VII Dniach Książki z własnym programem „Opowieści dziwnej treści”. W tym roku ukazała się książka z bajkami nagrodzonymi w konkursie literackim koordynowanym przez moją pracownię.

Nagrał pan dwa audiobooki: „Pamiętniki z Powstania Warszawskiego” „Biblijne Opowieści”. To aktorsko ciekawa praca?
– Bardzo. To sfera działalności aktorskiej, lecz bazującej na zupełnie innych środkach wyrazu. Jest w tym coś magicznego, jak praca w radio. Pozostajemy sam na sam z mikrofonem i kreujemy świat, który opiera się na głosie. „Pamiętniki…” zostały nominowane do nagrody „Audiobook Roku” w dziedzinie literatury faktu. Cieszę się, że dostrzeżono tę publikację, aczkolwiek wiem, że jeszcze wiele muszę się nauczyć.

Czy audiobooki to przyszłość? Czy wyprą książki?
– Wolałbym, żeby ludzie obcowali z książkami w formie drukowanej. Książka jest dziełem sztuki, częścią pięknej i bardzo długiej tradycji. Audiobook z kolei to bardzo praktyczne i pożyteczne medium, np. w przypadku osób mających problemy ze wzrokiem, czy w samochodzie… Zastanawiałbym się raczej nie nad konfliktem między tymi dwiema formami egzystencji literatury, a stanem czytelnictwa w naszym kraju w ogóle. Gdy w czerwcu br. prowadziłem w teatrze warsztaty, zadałem pytanie: gdzie dzieje się akcja „Pana Tadeusza”… Z 20-osobowej grupy licealistów nikt tego nie wiedział. Niewiarygodne. Mimo wszystko nie sądzę, by elektroniczne media wyparły książkę. To dwie odmienne jakości. Tak jak MP3 nie pokona nigdy płyty analogowej.

Spotkanie z panem Gustawem Grackim przy okazji nagrywania „Pamiętników..” to chyba nie przypadek? Jaki jest pana stosunek do Powstania Warszawskiego?
– Nagranie audiobooka zaproponował mi Piotr Pogorzelski z firmy wydawniczej Promatek. Rzeczywiście, historia mojej rodziny jest związana z Powstaniem. Mój dziadek też walczył w Powstaniu, jego pierwsza żona zginęła podczas eksplozji czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego. Takie są moje osobiste związki z Powstaniem. Wolałbym jednak powstrzymać się od jego oceny. Mnie wtedy tam nie było. Nie wiem, co bym zrobił. Prawdopodobnie to, co wówczas robili wszyscy młodzi Polacy.

Czego poszukuje pan w swojej drodze zawodowej?
– Sytuacji, w której mógłbym powiedzieć, że nie zmarnowałem żadnej szansy, szczególnie tej, by rozwijać siebie, swoje zainteresowania i wrażliwość. Mam do dyspozycji teatr, muzykę, działalność pedagogiczną. To wiele, i za to dziękuję. Żywię jednak nadzieję, że to nie wszystkie drogi, które będzie dane mi przemierzyć. Dużo zależy ode mnie, bym nie dał się pokonać lenistwu i ograniczeniom. Ale część rzeczy, które nas spotykają, przychodzi z góry. Można powiedzieć, że w każdym działaniu człowiek jest swego rodzaju anteną, która dzięki pracy, skupieniu, wrażliwości odbiera coś, co już gdzieś tam jest i czeka na odkrycie… Istota ludzka jest przekaźnikiem. Chciałbym być kreatywnym przekaźnikiem.

Jakimi ideami kieruje się pan w życiu?
– Nie chciałbym nikomu robić krzywdy. To jest plan minimum. A jeśli będę mógł komuś dostarczyć odrobinę życiowej radości, estetycznej przyjemności, czy czegokolwiek istotnego – to będzie już wiele.

Pana mistrzowie?
– Zawsze jest kilka takich osób… Ale wszystko się zmienia. Życie weryfikuje fascynacje, dojrzewamy… Nie chciałbym przywoływać nikogo konkretnego, bo gdy spotkamy się za jakiś czas, może się okazać, że to już nieaktualne. Dużo czytam, jestem otwarty na innych ludzi, obserwuję. Staram się czerpać inspiracje przede wszystkim z życia codziennego, a nie z serwisów informacyjnych. Moje życie jest tutaj, związane jest ze stawianiem kroków na konkretnych ulicach i spotykania konkretnych ludzi. Na tym staram się budować mój świat.

Który etap swojego bycia w częstochowskim teatrze uważa pan za najbardziej interesujący? Dyrektora Marka Perepeczko, Katarzyny Deszcz czy Roberta Dorosławskiego?
– Praca, gdy dyrektorem był pan Perepeczko, była zupełnie inna. Byłem wówczas młodym, niedoświadczonym człowiekiem, stawiającym pierwsze kroki na deskach. Był to trudny etap konfrontacji „cieplarnianych” warunków szkolnych z prawdziwym życiem w teatrze. Kolejny etap z dyr. Katarzyną Deszcz był niespokojny, ta kadencja artystycznie zaczęła się ciekawie, ale w pewnym momencie coś zaczęło się psuć. To przełożyło się na doświadczenia teatralne. Kadencja obecnego duetu dyrektorskiego : Robert Dorosławski – Piotr Machalica, to czas konstytuowania się mojej dojrzałości jako człowieka i aktora. Niemało już przeżyłem i doświadczyłem, mam więc nadzieję, iż staję się coraz bardziej świadomy siebie…
Dziękuję bardzo.

URSZULA GIŻYŃSKA

Podziel się: