Utopia
Mieli wszystko. Byli silni, przystojni, weseli. Uśmiechnięci i mili.
Dla siebie niezwykle życzliwi.
Życie dostatnie i urozmaicone. W urządzeniach swych i systemach
doprowadzone do doskonałości.
Nie było Wieży Babel. Porozumiewali się, gdy chcieli, myślami,
stosownie do zasobu słów.
Cenne chwile życia płynęły im bez wysiłku, bez wytrwałości.
I prób. Nie dźwigali się, bo nie byli powaleni.
Panowało tu ciągle słoneczne i łagodne lato.
Jedyną bolączką, jaka nękała ludzi był brak kłopotów i zmartwień.
Jak trwanie w sytuacji przymusowej.
I tak bardzo tęsknili do kogoś, kogo mogliby czcić, kogoś większego od siebie,
kto by ich przekraczał i nadawał ich życiu sens,
że nie mogąc już dłużej wytrzymać w swoim szczęśliwym świecie,
wymyślili szlachetną torturę. Proroka przymocowanego
do wolno obracającego się koła. Zrozumieli, co znaczy udręka.
Cohen
Spełniło się marzenie o domu.
Ciepło życia rodzinnego.
Układanie synka do snu.
Spacery brzegiem morza.
Cisza potrzebna do pracy.
Miłość kobiety.
Nie mógł tak żyć.
Spakował się.
Wybrał inferno.
W parę lat później
padł na kolana przed szalejącym tłumem,
płakał i śpiewał: „Och, Marianne!”
Kornaty
Ziemia sucha, spalona, spopielała.
Ostre, rzadkie trawy. Stadka owiec,
które żyją tu, mimo braku wody.
Kamienne miedze – murki dzielące pastwiska.
Z rzadka domki rybackie rozsiane po wyspach.
W osłoniętych zatokach malutkie mariny.
Organizuje się tu małe robinsonady,
obozy przetrwania.
Raj dla przesyconych życiem śmiałków;
żeglarzy, nurków, turystów.
Dla zakosztowania zmagań życia.
By poznać samego siebie, nowy rodzaj strachu,
pozaludzkiej samotności.
Przeżyć coś, czego nie da się później wykreślić z pamięci.
***
Wpadłyśmy tu przeczekać ten deszcz,
a to szczelna, nieustępliwa ulewa.
Ściana wody za oknem.
Właściciel restauracji popatruje w niebo.
Któryś z rzędu kubek gorącej herbaty.
***
Świat nie ma początku ni końca,
tylko ten deszcz i deszcz.
Potop zalewający świat.
Ulicami szoruje woda
i podpływają taksówki.
