TOWAR ZWANY MARZENIEM


Kontra w centrum

Kiedy w dzieciństwie mieszkałem na Starym Rynku, naprzeciw mojego okna w sypialni świeciła latarnia. Blisko, nie dalej niż dwa metry od szyby. Podobnie jak skrzypiąca, trzydrzwiowa szafa i kaflowy piec o złotym sercu, była jak domowy mebel.
Nigdy nie spałem w całkowitych ciemnościach, bo przez całą noc, pokój wypełniało blade, niebieskie światło. Kiedy się ułożyło książkę pod odpowiednim kątem, można było czytać. Czyniłem tak, ale ostrożnie. Rodzice przedkładali dobro mojego wzroku nad brawurowe oświecanie umysłu i mogłem narazić się na tzw. baciory. Z wrodzonym dla rodziców konserwatyzmem, uważali, że najlepszą porą do czytania jest dzień albo domowy wieczór wypełniony jasnym światłem z żyrandola. Czytanie nocą, bezszelestne przekładanie kartek, smakowało jak owoc zakazany. Jeśli do tego czytało się „Tomka na Czarnym Lądzie”, a jednocześnie za oknem słychać było porykiwania lwów i słoni, robiło się całkiem ekscytująco i magicznie. Te porykiwania były rzeczywiste. Tam gdzie dziś stoi dom handlowy „Puchatek” i kilka bloków, był wielki, pusty plac, ulubione miejsce cyrków, które przyjeżdżały z bogatym inwentarzem zwierząt egzotycznych.
Wystarczyło przymknąć oczy, żeby nie wiedzieć na pewno, czy to Stary Rynek czy Serengeti. Gdyby dziś jakaś firma, przy pomocy kunsztownych łączy wirtualnych, mogła mnie przenieść w tamten czas realnie i dotykalnie, pewnie zapłaciłbym niezłą cenę, nawet gdybym miał wziąć kredyt w banku albo zastawić rower i frak. Piszę o tym nie dlatego, żeby przynudzać wspomnieniami albo łzawić nad nieuchronnym upływem czasu, ale dlatego, że każdy z nas ma takie wspomnienia z raju utraconego. Każdy ma takie marzenia, pod warunkiem, że osiągnął odpowiedni wiek, rzecz jasna. Dziatwa i młodzież właśnie w tym raju żyją, tyle, że tego nie wiedzą, bo wiedzieć nie mogą. Taka jest kolej rzeczy. Piszę o tym, również dlatego, że marzenia stały się ostatnio towarem wielce chodliwym i dochodowym. Marzenia albo perspektywa ich realizacji, to jest towar nie tylko bardziej zyskowny niż handel drobiem czy tekstyliami, ale nawet przewyższa pod tym względem handel samogonem w latach prohibicji. To jest nie gorszy interes niż handel narkotykami, a jednocześnie mniej szkodliwy. Z jednej strony mamy imperium Hollywoodu i przemysłu filmowego, gdzie sprzedaje nam się sny i wizje cudze, których potrzebujemy, żeby przenieść się w nierealność i trochę odpocząć.
Oferta jest pełna. Od tysiąca wersji Kopciuszka po koszmary senne i marzenia erotyczne. Z drugiej strony na marzeniach opiera się imperium Toto- Lotka, różnych gier losowych, loterii i nieprzeliczonych konkursów. W tym przypadku otrzymujemy ofertę zdobycia wielkiej fortuny. Ale fortuna sama w sobie, to tylko ogniwo pośrednie, środek do realizacji dowolnych marzeń. Obojętne, czy będzie to budowa willi na Rivierze, najnowszy model Mercedesa czy wycieczka na Księżyc. Tak czy inaczej, marzenia są motorem, który napędza lwią część wolnego rynku. I dlatego ogromną troską napełnia mnie fakt, że tak istotny element naszej gospodarki jak marzenia, nie został dotąd opodatkowany. Ja nie wiem, czy przy obecnym stanie finansów publicznych możemy sobie na taki luksus – nie opodatkowania marzeń – pozwolić?
Oczywiście, zarówno rodzaj takiego podatku, jak i sposób jego egzekwowania, to rzeczy do ustalenia. Można tu np. zastosować podatek VAT, zróżnicowany, zależnie od rodzaju i wagi marzenia. Marzenie o własnym domku byłoby kwalifikowane jako budowlane i obciążone tym samym 7-procentowym podatkiem, zaś marzenie o Safari albo o kolii z brylantów byłoby marzeniem luksusowym, a zatem opatrzone VAT-em 22%. Obywatele sporządzaliby listę marzeń w sprawozdaniach rocznych albo biegli do fiskusa ad hoc, od razu jak marzenie przyjdzie im do głowy, aby tam wpisać je do specjalnej Księgi Rejestrów Marzeń i pozwolić na zbadanie przez ekspertów. Niezależnie od zastrzyku energii do budżetu, taka rejestracja byłaby wielce korzystna dla władzy. Rząd, który wie dokładnie o czym marzy rządzone społeczeństwo uzyskuje dodatkową szansę, żeby szybko te marzenia spełniać. I jak uczy nas doświadczenie, niezwłoczne to czyni. Jednak środki uzyskane z podatku od marzeń poszłyby na załatanie dziury budżetowej. Jako praworządnemu obywatelowi ta dziura nie daje mi spokoju. Zaczynam bać się nieoświetlonych korytarzy, tuneli kolejowych, śnią mi się otchłanie, nawet dziury w serze napełniają mnie lękiem.
Dlatego już najwyższy czas, żeby coś z tym wszystkim zrobić i w ogóle…
Dan 15.10 2001

ANDRZEJ BŁASZCZYK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code