Przykłady pomocy Żydom na terenie Częstochowy i okolic podczas II wojny światowej


Artykuł niniejszy powstał w związku z przypadającym na dzień 24 marca Narodowym Dniem Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

 

Prześladowana przez Niemców ludność żydowska w Polsce w czasie II wojny światowej mogła liczyć na pomoc współobywateli, Polaków. Zarządzenia władz okupacyjnych, a w szczególności Trzecie rozporządzenie Generalnego Gubernatora o ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie z 15 października 1941 roku, przewidywały karę śmierci dla każdego Polaka, który udzieli schronienia Żydowi lub pomoże mu w inny sposób. Rozporządzenie to będzie cytowane, by pokazać, w jaki prosty sposób przychodziło Niemcom wydawanie barbarzyńskich, ludobójczych aktów prawnych. Dokument ten składa się tylko z dwóch artykułów: „Artykuł 1. (1). Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim Żydom świadomie dają kryjówkę. (2) Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany karany będzie jak czyn dokonany. W lżejszych wypadkach można orzec ciężkie więzienie lub więzienie. (3) Zawyrokowanie następuje przez Sądy Specjalne. Artykuł 2. Rozporządzenie niniejsze wchodzi w życie z dniem ogłoszenia. Generalny Gubernator Hans Frank”.

W praktyce wachlarz kar stosowanych wobec Polaków pomagających Żydom był szeroki, obejmował grzywnę, konfiskatę mienia, pobicie, uwięzienie, zesłanie do obozu koncentracyjnego i karę śmierci. W związku ze stosowaną przez okupantów zasadą odpowiedzialności zbiorowej ofiarą represji padały rodziny opiekunów, a niekiedy także całe lokalne społeczności. Należy pamiętać, że mimo represji i grożącej karze śmierci, wzajemne kontakty nie ustawały; m.in. w Częstochowie i okolicy doszło do powstania zorganizowanej pomocy dla ludności żydowskiej. Przebiegała ona wielotorowo.

Ksiądz Bolesław Wróblewski, proboszcz parafii katedralnej pod wezwaniem św. Rodziny w Częstochowie roztoczył opiekę nad dziećmi żydowskimi pozostającymi poza gettem. Na tę działalność zareagowali Niemcy. W 1944 roku przeprowadzili rewizję na parafii sędziwego, 77-letniego kapłana Niemcy pobili, pobito też jego rodzoną siostrę mieszkającą na terenie parafii katedralnej, która po kilku dniach zmarła.

Wiele żydowskich dzieci udało się uratować dzięki zakonom męskim i żeńskim, które w swoich placówkach pod opieką Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Częstochowie prowadziły domy dziecka, sierocińce i ochronki. W Żeńskim Zakładzie Wychowawczym dla Sierot przy ul. Paulińskiej 12 w Częstochowie schronienie znalazły cztery dziewczynki żydowskie. Zatrudniono tam też matkę jednej z dziewczynek jako furtiankę.

Tadeusz Mutke, dowódca plutonu Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej zorganizował w maju 1943 roku ucieczkę Żydów z „małego getta”. Wpadł przypadkowo, ranny, został zamordowany podczas śledztwa prowadzonego przez gestapo w Częstochowie. Marian Burst majster w hucie Raków, udzielał pomocy, dostarczając żywność i leki Żydom w przyfabrycznym obozie, przenosił grypsy. Zatrzymany przez Niemców, gdy miał przy sobie przesyłki dla Żydów, usiłował uciec. Niemcy postrzelili go, zmarł w szpitalu 21 kwietnia 1944 roku. Za ukrywanie i żywienie Żydów Jakuba i Józefę Szmaciarskich najpierw aresztowano 17 sierpnia 1943 roku i uwięziono w więzieniu na Zawodziu w Częstochowie, potem wywieziono do Oświęcimia. Tam Jakub zginął w październiku 1943 roku, jego żona w styczniu 1944 roku. Ukrywanych Żydów Niemcy rozstrzelali na miejscu.

Pomoc dla Żydów udzielana była nie tylko w Częstochowie, ale także w okolicznych miejscowościach. Wytworzyła się technika przechowywania Żydów, podwójne ściany w domach, system piwnic i kryjówek uzupełniał system. Znalezienie przez Niemców ukrywających się Żydów zawsze kończyło się tragedią zarówno dla ukrywających się jak i tych, którzy ich ukrywali.

Przykładem jest rodzina Józefa Sowy z Wierzchowiska. Józef Sowa był rolnikiem, ale również stolarzem i kołodziejem. W czasie okupacji niemieckiej dorabiał w getcie w Częstochowie. Poznał tam osoby pochodzenia żydowskiego, które zwróciły się do niego z prośbą o pomoc. Jesienią 1942 roku, w czasie likwidowania dużego getta w Częstochowie, ukrył w swoim gospodarstwie osoby żydowskiego pochodzenia. Schronienie znalazły tam osoby, którym Józef pomógł wydostać się z częstochowskiego getta: cukiernik Henryk Cukrowski vel Hersz Cukrowski z żoną, złotnik Marian Cukrowski, nieznany z nazwiska krawiec Leon oraz nauczycielka Pola. Przygotował dla nich kryjówkę ziemną w stajni pod żłobem konia, powietrza dostarczała rurka wentylacyjna. W nocy z 1 na 2 września 1943 roku w tej ziemiance ukrył się także partyzant Józef Zyskowski. Po latach Józef Sowa, syn Józefa, wówczas 10-letni chłopiec odtwarzał krwawe wydarzenia. Pobiwszy ojca rodziny, wyprowadzono rodzinę na podwórze. Początkowo zmuszali dzieci: 15-letniego Eugeniusza 12-letnią Irenę, 10-letniego Józefa, 7-letnią Janinę i 2-letniego Piotra, do wydania ukrywanych, kiedy niczego się nie dowiedzieli, zaczęli je bić. Do upodlonych mierzono pistoletem. Wreszcie w ciało głowy rodziny wbili pręt, jego ciężarną z szóstym dzieckiem, uciekającą żonę zbito, i rzucono na ciało męża. Następnie Niemcy ograbili i podpalili dom, od domu palić zaczęła się obora. Po przeszukaniu obory Niemcy znaleźli kryjówkę. Wymusili na ukrywających Żydach wyjście. Od nich dowiedzieli się, że w kryjówce jest jeszcze jedna osoba, partyzant. Został on zabity. Wyprowadzonych Żydów bito, wreszcie zabito, tak samo jak ukrywające ich małżeństwo. Polskie małżeństwo było tak skatowane, że nawet nie byli w stanie przyjąć śmierci na stojąco, wsparli się jedynie rękoma o ziemię. Bracia Eugeniusz z Józefem i małym Piotrem byli w tym czasie zakuci w kajdanki i siedzieli w niemieckim samochodzie. Przez okno widzieli egzekucję rodziców i ukrywających się. Zamordowanych wrzucono do dołu po wapnie, by ciała rozpuściły się i aby zatrzeć ślady ludobójstwa. „Słychać było plusk, plusk i widać było tylko, jak dymek szedł. Wiadomo, wapno pali momentalnie. Tym bardziej, że niektóre osoby były już porozbierane”, opowiadał Pan Józef Sowa.

Osierocone dzieci po kilkunastu dniach zostały wywiezione do Niemiec i rozdzielone, 7-letnią Janinę przekazano organizacji niemieckiej Lebensborn eingetragener Verein (w tłumaczeniu: „Źródło życia” stowarzyszenie zarejestrowane, była to organizacja, która m.in. porwane dzieci z terenów okupowanych przez Niemcy przygotowywała do zniemczenia) i oddano rodzinie niemieckiej, która ją adoptowała i wychowała jak swoją córkę. Rodzeństwo nie miało z Janiną kontaktu aż do 1963 roku, kiedy brat Józef odnalazł ją w Hanowerze. Żyła pod zmienionym imieniem i nazwiskiem Anita Digenthal, była zgermanizowana. Nie pamiętała skąd pochodzi, nie pamiętała swoich rodziców, jej rodziną byli niemieccy rodzice, którzy ją wychowali, jej mąż Niemiec i syn. Brat Józef Sowa przypominał Anicie o rodzicach, wydarzeniach z roku 1943 i rodzeństwie żyjącym w Polsce. Przypadek małżonków Sowa z Wierzchowiska nie jest znany powszechnie, ich kaźń i śmierć powinna być pamiętana i przypominana, jakich bestialstw dopuścili się Niemcy w okresie II wojny światowej i jakie ofiary ponosili Polacy, którzy mimo groźby śmierci zdecydowali się na ludzki odruch-pomocy na śmierć skazanym Żydom, zabijanym tylko dlatego, że należeli do tego Narodu. Śmierć małżeństwa Sowa była też symboliczna, w takiej chwili, tylko ziemia ich godnie, w obliczu śmierci, podtrzymała.

Dopiero po 77 latach od tego miejsca kaźni w Wierzchowisku 16 czerwca 2020 roku, po uroczystej mszy świętej w kościele pod wezwaniem Jezusa Chrystusa Dobrego Pasterza w Wierzchowisku miało miejsce odsłonięcie tablicy upamiętniającej Franciszka i Józefę Sowów. W uroczystości będącej częścią projektu Instytutu Pileckiego „Zawołani po imieniu” wzięła udział wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego Magdalena Gawin. Tablica stanęła przy polnej mogile zabitych z rodziny Sowów i zabitych z nimi Żydów, niedaleko ich całkowicie spalonego domostwa. Na uroczystość przybyło trzech synów państwa Sowów wraz z rodzinami, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Magdalena Gawin, dyrektor Instytutu Pileckiego dr Wojciech Kozłowski, wicewojewoda śląski Robert Magdziarz, który jednocześnie reprezentował wiceministra rolnictwa i rozwoju wsi Szymona Giżyńskiego, starosta powiatu częstochowskiego Krzysztof Smela, wójt gminy Mykanów Dariusz Pomada, dowódca 13 Śląskiej Brygady Obrony Terytorialnej płk Tomasz Białas oraz mieszkańcy gminy Mykanów i Wierzchowiska.

Inicjatywa Instytutu Pileckiego „Zawołani po imieniu” jest ważna i cenna, by po następnych 77 latach nikt więcej nigdy nie zamieniał katów w ofiary i odwrotnie. By nasi potomni nie dowiedzieli się kiedyś, że w okresie II wojny światowej naród niemiecki został podbity przez legendarny i zapomniany już lud Nazistów, którzy okupowali Niemcy i całą Europę w okresie II wojny światowej, organizując bestialstwa na terenie Polski i tam, gdzie sięgała władza tego tajemniczego, nieznanego i niepamiętanego już narodu. Przypomnieniu inicjatywy Instytutu Pileckiego i „zawołaniu po imieniu” heroicznych ludzi walczących z niemieckim bestialstwem służy także ten artykuł.

Robert Sikorski

 

Franciszkę i Józefa Sowów oraz ukrywanych przez nich Żydów zamordowali Niemcy. Państwo Sowowie osierocili pięcioro dzieci. Na zdjęciu Józef i Franciszka Sowowie z córką Ireną

 

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *