MAM TU WIELU PRZYJACIÓŁ


W Częstochowie, podczas koncertu „Wiesław Ochman i jego Goście”, odbywającym się pod patronatem naszej gazety, po raz kolejny wystąpiła Aleksandra Stokłosa, solistka Opery Śląskiej w Bytomiu. Przed koncertem poprosiliśmy artystkę o rozmowę.

– Jest to już czwarty koncert z Pani udziałem. Co sprawia, że tak chętnie odwiedza Pani Częstochowę?
– Są dwa specjalne powody. Pierwszy, to na pewno cel, jaki przyświeca koncertom, czyli działalność Stowarzyszenia „Nasza Częstochowa”. Wspieranie polskiej kultury, zabytków jest na pewno ważne dla każdego Polaka. Ja zdecydowanie czuję się Polką i jeżeli mogę dołożyć swoją cegiełkę do takich inicjatyw – zawsze to czynię. Po wtóre – moja sympatia do Stowarzyszenia. Poza tym, zawsze tu jesteśmy bardzo życzliwie przyjmowani. Widać, że Stowarzyszeniu zależy na podtrzymywaniu idei i kontaktów. W takiej sytuacji następuje sprzężenie zwrotne, chętnie wraca się do tych samych miejsc i ludzi.
– Koncerty w ogromnej części są dziełem Wiesława Ochmana. Wiem, że stale Pani z nim współpracuje.
– To jest kolejny temat. Nie poruszyłam go na początku, ponieważ jesteśmy tu w Częstochowie i to jest priorytetowe. Ale zdecydowanie to ręka Mistrza jest tym znaczącym elementem, sprawiającym, że tu jestem. Przecież to Mistrz, jako pierwszy zaprosił mnie do udziału w koncercie. Dzięki niemu znalazłam się tutaj, a dzięki dwóm powodom, wcześniej wymienionym, powracam do Częstochowy.
– Jak wspomina Pani poprzednie koncerty?
– Wszystkie zawsze sympatycznie. Atmosfera koncertów zawsze jest ciepła i serdeczna. Mam szansę obserwować jak z roku na rok impreza rozwija się, zyskuje coraz szerszy oddźwięk i zainteresowanie mieszkańców. To jest miłe. Tym bardziej czuję słuszność wykonywania rozpoczętej pracy.
– Czy ten koncert będzie się czymś wyróżniał od poprzednich?
– Ponieważ ideą naszych działań jest krzewienie polskiej kultury, na dzisiejszy koncert została specjalnie opracowana wiązanka utworów polskich. Jest to nasz ukłon w stronę „Naszej Częstochowy” i Częstochowy. Wystąpią również nowe, wspaniałe solistki – Joanna Kściuczyk-Jędrusik z Opery Śląskiej w Bytomiu i Elżbieta Pańko z Opery Narodowej w Warszawie.
– A Pani czym nas zaskoczy?
– Jak Pani zauważyła jestem już stałym gościem, a i publiczność jest nam wierna, więc na dzisiejszy koncert przygotowałam dwie nowe arie: Manon Lescaut z opery pod tym samym tytułem Giacomo Pucciniego i arię „ze śmiechem” z operetki „Perichola” J. Offenbacha. Są to moje dwie premiery.
– Czy odwiedza Pani Częstochowę poza koncertami?
– Przyjeżdżam w miarę często, latem byłam parę razy. Ciągną mnie tu moje przyjaźnie i życzliwość. Zawsze podziwiałam osiągnięcia Komozji i jej prezesa pana Aleksandra Mostowskiego, którego wysiłki na rzecz kultury, nie tylko we własnym mieście, są godne podziwu. Wiem, że zawsze mogę tu liczyć na każdą pomoc.
A poza tym sama Częstochowa jest pięknym miastem, no i oczywiście Jasna Góra, bliska każdemu Polakowi. Pamiętam, że podczas pierwszej wizyty w klasztorze doznałam bardzo głębokiego wzruszenia. To są korzenie naszej polskości, o tym zapominać nie można. To wszystko, w połączeniu ze wspomnieniami, bo po każdym koncercie pozostawiam tu kawałek swojej duszy, stwarza w moim sercu taki mały dom, do którego zawsze chętnie wracam.
– Jest Pani w Częstochowie artystką już znaną i cenioną. Proszę jednak, dla przyszłych bywalców Pani koncertów, o krótkie przypomnienie kariery artystycznej.
– Ukończyłam Akademię Muzyczną im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w klasie pani profesor Michaliny Growiec, a wcześniej Średnią Szkołę Muzyczną, pod kierunkiem Danuty Orzechowskiej. Byłam stypendystką Urzędu Miejskiego w Gliwicach, pomagającego młodzieży szczególnie uzdolnionej artystycznie. Pierwszy kontakt z profesjonalną sceną miałam już w czasie studiów. W ówczesnej Operetce Śląskiej zadebiutowałam partią Wandy w „Zamku na Czorsztynie” Karola Kurpińskiego. Podczas studiów, w latach 1994 – 1997 doskonaliłam technikę wokalną na kursach mistrzowskich we Włoszech, pod kierunkiem Katii Ricciarelli. Po studiach kontynuowałam pracę w Teatrze Muzycznym w Gliwicach – Operetka Śląska zmieniła nazwę. Równocześnie w Operze Śląskiej w Bytomiu, partią Don Elwiry w „Don Giovannim” W.A. Mozarta, zadebiutowałam w typowym repertuarze operowym. Po tej realizacji otrzymałam angaż. Brałam udział w „Traviacie”, w „Carewiczu”. W tym czasie udało mi się zaśpiewać prawie ze wszystkimi filharmoniami w Polsce. Były też koncerty zagraniczne: w Kanadzie, USA, Niemczech, na Węgrzech i w Bułgarii. Współpracowałam z panem Maciejem Niesiołowskim przy serii Koncertów Noworocznych. Do zdecydowanie największych moich osiągnięć zaliczyć muszę współpracę z Mistrzem Ochmanem. To szczególny filar w mojej karierze, że osoba tak wielkiego formatu, jak Wiesław Ochman, uwierzyła we mnie, wyciągnęła do mnie rękę.
– Czy koncerty z Mistrzem odbywają się tylko w Częstochowie?
– Nie, w całej Polsce. Obok repertuaru operowego, operetkowego i pieśniarskiego, są również koncerty sakralne, które wykonujemy z panem Robertem Grudniem, wspaniałym polskim organistą. Muszę dodać, iż za moje osiągnięcie poczytuję sobie również to, że nie zawiodłam okazanego mi zaufania. Znaczące są dla mnie powroty do danej miejscowości. Jeżeli zaproszenie jest ponowione, to znaczy, że nie sprawiłam zawodu słuchaczom i organizatorom. Ale najcenniejsze są dla mnie podziękowania wzruszonych lub rozweselonych ludzi, którzy odwiedzają mnie po koncertach. W teatrze wchodzimy w świat magii, bo sztuka jest magią, niezaprzeczalnie. Jeżeli wychodzę z teatru pod jakimś wrażeniem, zarówno, gdy patrzę ze strony sceny czy też widowni, to wiem, że brałam udział w czymś wielkim. To, że zdarzyło mi się parę razy dostrzec jakieś porozumienie i wdzięczność płynące z widowni, że wywołałam czyjś uśmiech czy wzruszenie, to jest dla mnie sedno mojego zawodu. Natomiast to, że osoby z branży proponują mi współpracę jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem i sukcesem.
– Wolą organizatorów koncertu: Stowarzyszenia „Nasza Częstochowa” i Wiesława Ochmana jest wspomożenie Fundacji Na Rzecz Utworzenia Uniwersytetu Częstochowskiego, państwowego. Uczestnicząc w koncercie wspiera Pani tę inicjatywę, za co w imieniu częstochowian dziękuję. Proszę powiedzieć, jaki jest Pani stosunek do tego celu?
– Naród, w którym nauka zajmuje ważne miejsce, to naród, przed którym stoi wielka przyszłość. Nie przeglądałam dokumentacji, nie miałam okazji poznać genezy powołania Uniwersytetu. Ale to, co wiem wystarcza mi, by sądzić, iż cel jest szczytny i wspaniały. Tam, gdzie są ludzie chętni do przekazywania wiedzy młodzieży, gdzie jest i rozwija się idea nauki, tam są rozwój i perspektywy. W każdym miejscu na świecie. Powołanie państwowego Uniwersytetu w Częstochowie, to po prostu świetny pomysł.
– Który warto popierać…
– Warto, naprawdę. Jeżeli będziemy narodem, który przestanie się uczyć, który przestanie mieć głód wiedzy, to zginiemy. To tak, jak z tradycją. Gdy znika, to znika naród z mapy świata.
– Jest Pani rozmiłowaną patriotką…
– Dużo podróżuję po świecie. Za granicą widzę piękne rzeczy, ale to nie zmienia mojego poglądu, że piękna jest również nasza Ojczyzna. Jeżeli my, Polacy, sami nie będziemy podkreślać wartości naszych zabytków, naszej kultury, tradycji, to nikt nas nie będzie szanował. Jeżeli nie będziemy dumni z naszego dorobku, to tak samo będą nas postrzegać inni. Z narodu polskiego wyszło przecież tak wiele talentów, tak wiele nieprzeciętnych osobowości. Mamy się czym szczycić.
– Jaka muzyka Panią najbardziej porusza i fascynuje?
– Na pewno Verdi i Puccini. To są kompozytorzy, którzy w moim odczuciu „grają na strunach duszy”. Będąc jeszcze na studiach pracowałam nad rolą Madame Butterfly. Byłam pod jej ogromnym wrażeniem. Nie zaśpiewałam jej jednak na scenie, ponieważ czuwały nade mną odpowiednie osoby, które przestrzegły mnie przed zbyt wczesnym śpiewaniem tej partii. I miały rację. Głosowo wyśpiewałam wszystko, ale psychicznie byłam jeszcze do tej partii nie dojrzała. Tak, jak dojrzewamy do odpowiedzialności, do miłości, którą z wiekiem inaczej wyrażamy, tak samo jest z muzyką. Trzeba mieć do niej odpowiedni dystans, aby móc wyrazić ją prawdziwie.
– Ile czasu poświęca Pani na codzienne próby?
– Najważniejsza jest systematyczność, tak zwane prześpiewanie nie jest wskazane. Ale godzinę dziennie należy śpiewać. Umiarkowanie, nie zawsze pełnym głosem, ale należy. Praca wzmaga się przed premierami, dlatego później dobrze jest przez tydzień „pomilczeć”, choćby dla higieny głosu
– Czy operowi śpiewacy muszą utrzymywać specjalną dietę?
– Specjalnej diety na głos nie znam. Mit o otyłych dramatycznych divach przeszedł do przeszłości. Jeżeli mamy śpiewać role młodych amantek, to powinnyśmy wyglądem im odpowiadać. Na pewno należy zwracać uwagę na regularne i jakościowe odżywianie. Do śpiewu potrzebna jest energia.
– Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów oraz spełnienia zawodowego.

URSZULA GIŻYŃSKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code