Znajdź:
  
Jedyny tygodnik regionalny z tradycjami. Rok założenia 1909.
Zaloguj się
Nowe konto
Środa, 18 października 2017
Łukasza i Juliana
kultura   aktualności   historia   ekologia   medycyna   turystyka   sport   felieton   wizytówki firm   archiwum(450-479)   sprawy społeczne   zdrowie   gospodarka   edukacja   wiadomości   informacje   publicystyka   GMINY I POWIATY   polityka   wywiady   INFORMACJE CZĘSTOCHOWA   INFORMACJE REGION CZĘSTOCHOWSKI   WYDARZENIA CZĘSTOCHOWA   INTERWENCJE CZĘSTOCHOWA   INTERWENCJE REGION CZĘSTOCHOWSKI   finanse   ubezpieczenia   Rolnictwo   Budownictwo   MOTORYZACJA   ROLNICTWO   Z WOKANDY   Gazeta Częstochowa   

  Nr 42 (1337) 2017-10-19
  W NUMERZE:
» POMOC SPOŁECZNA, Szykuje się strajk w częstochowskim Domu Pomocy Społecznej
»  Orange nie liczy się z polskim obywatelem


r e k l a m a


chemeks rek_in.jpg

Autozamki-2013-11(1x1).jpg

Kulas-internet-2017-3.jpg

autokarowe.jpg

Konstal-2016-01-net.jpg

Kris Sublimacja.jpg

MaxBramy-net.jpg

UmarzanieDlugow.jpg

tartak-int

inter.jpg

styks.jpg

RFG Logo 3 Ainter.jpg

chemex.jpg

wagner.jpg

Robotex-net.jpg

PKS_INTE.jpeg

polontex 2016-04 265x351.jpg

Karol-prawoJazdy-int.jpg







r e k l a m a
sprawy społeczne
„Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”
  wersja do druku            wyślij link znajomemu            inne artykuły tego autora
Aktor Piotr Zelt przeżył załamanie, kiedy w 2012 roku rozwiódł się z żoną, z którą ma córkę. Przy wsparciu rodziny uporał się z pierwszymi objawami depresji. Z czasem związał się z inną kobietą. Ten związek również rozpadł się w bolesnych dla niego okolicznościach. Cztery i pół roku temu zachorował na ciężką depresję. Choroba odebrała mu energię i chęć życia. Mama i siostra namówiły go na wizytę u psychiatry. Aktor po raz pierwszy opowiada krok po kroku, jak uporał się z depresją dzięki wielomiesięcznej terapii i wsparciu rodziny. Od października 2015 roku jest jednym z ambasadorów kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”. Obecnie trwa 5. edycja kampanii poświęcona problemowi depresji wśród mężczyzn.




















Piotr Zelt urodził się w 1968 r. Ukończył łódzką szkołę filmową. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, takich jak: „Trzy kolory. Biały”, „Tato”, „Killer”, „Killer-ów 2-óch”, „Szpilki na giewoncie”, „Show” itd. Największą popularność przyniosła mu rola Arniego w serialu „13 Posterunek” i „13 Posterunek 2”. Ponadto zagrał w serialach telewizyjnej „Jedynki”: „Tygrysy Europy” i „Miasteczko”. Specjalizuje się również w dubbingu. Użyczył swojego głosu m.in. Żółtkowi w bajce „Gdzie jest Nemo?” i Kenowi w „Filmie o pszczołach”. Obecnie jest związany z warszawskim teatrem Capitol.

- Jest pan jednym z ambasadorów ogólnopolskiej kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”. Teraz ruszyła 5. edycja poświęcona depresji wśród mężczyzn. Dlaczego zdecydował się pan mówić o tej chorobie?

- Jeżeli moja historia może uratować komuś życie, powstrzymać go od samobójstwa, od zrujnowania sobie życia przez zapadnięcie się w jakiś niebyt potworny, to ja czuje obowiązek, by mówić o moim doświadczeniu z depresją. W kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.” jestem od początku i biorę udział we wszystkich edycjach. Tym razem jest ona skierowana do mężczyzn. To bardzo ważne, bo choć podobno dwa razy więcej kobiet zapada w Polsce na depresję, to sześć razy więcej mężczyzn z powodu depresji targa się na swoje życie. Dlatego warto jest – drodzy Panowie, żebyście pamiętali, że depresja to nie jest słabość, tylko to jest choroba, z którą można walczyć. Ważne, żebyśmy mieli świadomość i chcieli sobie pomóc. Warto pójść do lekarza. Warto poszukać pomocy. Wtedy ulżymy i sobie i swojemu otoczeniu. Pamiętajcie, że depresja nie dotyka tylko nas, ale również wszystkich ludzi, którzy nas otaczają, często nas kochają i cierpią razem z nami.

- Co było dla pana najtrudniejsze w walce z depresją?

- Najtrudniej było mi spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie prosto w oczy: „Chłopie, nie dasz sobie z tym rady sam”. Moja mama i siostra powtarzały mi: „Masz depresję. Musisz poszukać pomocy. Idź do lekarza, bo jest z tobą coraz gorzej”.

- Co konkretnie zauważyły? Co je zaniepokoiło?

- Moja niechęć do życia nasilająca się, totalne huśtawki nastroju z przewagą „dołów”. One mieszkają w Łodzi, a ja w Warszawie, ale o wszystkim wiedziały. Słyszały smutek w moim głosie. To trudno ukryć na dłuższą metę Przyłapywały mnie na takich stanach, kiedy nie mogłem ruszyć się z domu przez cały dzień, kiedy zaprzestawałem wszystkich czynności, które sobie wcześniej założyłem, a przestały mnie kompletnie interesować. Nie byłem w stanie podjąć najnormalniejszych czynności…

- Jak na przykład wstanie z łóżka?

- Tak, nie mogłem wstać z łóżka, wygrzebać się z domu…

- Bezsenność też pana trapiła?

- Tak. To było nie do zniesienia. Dla mnie chyba największym koszmarem w depresji był – jak ja to nazywam – „sufit”. Z jednej strony byłem potwornie zmęczony, a z drugiej nie mogłem zasnąć tylko godzinami patrzyłem w sufit.

- Co powodowało, że nie mógł pan spać? O czymś konkretnym pan wtedy myślał?

- To było natrętne rozpamiętywanie różnych sekwencji z mojego życia. Powstała taka pętla pewnych wydarzeń, od których nie potrafiłem się odciąć. To było takie wykańczające natręctwo, które nie pozwalało mi odpocząć i odpłynąć w sen. Niezwykłe doświadczenie, bo ja zawsze spałem jak niedźwiedź zimą. Zawsze sobie chwaliłem to, że byłem w stanie na planie filmowym w kąciku przysnąć na piętnaście minut. To mnie regenerowało. Na planie spędza się często bardzo dużo czasu, czekając na nagranie. To wysysa energię. A ja miałem taką zdolność regeneracyjną. I nagle coś, co się zaczęło ze mną dziać, to było niebywałe. Nigdy wcześniej nie miałem problemu z bezsennością.

- Kiedy ten problem się pojawił?

- Trudno mi określić dokładnie, kiedy się to zaczęło. Myślę, że miałem pierwsze objawy depresji, ale jeszcze ich nie byłem w stanie wychwycić i nazwać, kiedy załamywało się moje małżeństwo. To było ponad cztery lata temu. Natomiast nasiliło się to bardzo mocno dwa i pół roku temu. Wtedy nabrało to groźnego charakteru dla mojego funkcjonowania.

- I wtedy poszedł pan do psychiatry?

- Tak, w pewnym momencie poszedłem do psychiatry.

- Wcześniej pan nigdy nie był u psychiatry?

- Wcześniej nie.

- Jak pan wspomina swoją pierwszą wizytę? Od razu się pan otworzył przed lekarzem?

- Nie tak prędko. On słuchał bardzo uważnie. Czekał, żebym się uruchomił i to nie szło za dobrze. Kompletnie się rozlatywałem podczas tego pierwszego spotkania z lekarzem, co dla mnie było strasznie krępujące, że nie jestem w stanie zapanować nad swoim organizmem. Ostatnia rzecz, której bym chciał to, żeby ktoś mnie widział w takim stanie.

- Pojawiły się łzy?

- Łzy, roztrzęsienie, wszystko, komplet. To nie jest fajne dla mężczyzny, z którym coś takiego się dzieje na oczach drugiego mężczyzny. Mój lekarz był akurat przystojnym, postawnym facetem, z takim głębokim, świdrującym, przenikliwym spojrzeniem, a ja też wysoki facet po prostu się przed nim rozleciałem. Byłem rozczarowany swoim organizmem, że nie byłem w stanie nad nim zapanować. To był pierwszy moment, kiedy miałem trudność, żeby się z tym oswoić. Nie myślałem na początku: „Ufff, dobrze, że tu trafiłem”. To wcale ta szybko nie poszło.

- Psychiatra podczas pierwszej wizyty zapisał panu leki antydepresyjne?

- Tak. Od razu podjął decyzję, że trzeba włączyć leczenie farmakologiczne, i zobaczymy, co dalej będzie. Po tym pierwszy spotkaniu dał mi sporo czasu na to, żeby wszystko przemyśleć. Dał nam czas.

- Leki antydepresyjne zadziałały u pana po dwóch tygodniach czy szybciej?

- Na pewno nie szybciej. Trudno mi teraz określić, czy to nie było bliżej miesiąca. Dwa tygodnie to minimum zanim zacząłem odczuwać jakąkolwiek poprawę. Cały czas funkcjonują mity o antydepresantach. W tej chwili te leki są nowoczesne. Powodują odcięcie skrajnych emocji górnych i dolnych, a zostawiają bezpieczny środek, który pozwala na komfortowe funkcjonowanie.

- To nie jest „trampolina do szczęścia”.

- To absolutnie nie jest „trampolina do szczęścia”. Te leki nie powodują euforii i wybuchu szczęścia. One pozwalają na harmonijne, normalne funkcjonowanie, które zostało zachwiane przez depresję.

- Z czasem zbudował pan dobrą relację z psychiatrą i terapia zaczęła przynosić pozytywne efekty?

- Tak. Tylko ten pierwszy moment był dla mnie szokiem. Czułem dyskomfort… Włączyło mi się „trzecie oko”, przez które widziałem z boku, jak wyglądam i do jakiego stanu niejako się doprowadziłem – okoliczności, ale też ja. Czekałem zbyt długo z rozpoczęciem leczenia. Później to było jak „oswojenie demona”. Zacząłem normalnie rozmawiać z lekarzem. Zaczęliśmy analizować zmianę – pewne objawy albo ich ustąpienie. Analizuje się powrót chęci do zrobienia w końcu czegoś, kiedy wracają funkcje życiowe, które wcześniej były czymś normalnym. Także później podczas terapii była już harmonijna współpraca. Mój lekarz był bardzo rzeczowy i konkretny. Żadnego „szamaństwa” nie uprawiał. Mnie to było bardzo potrzebne, żebym nie miał poczucia, że ktoś robi ze mną coś dziwnego. On był zdroworozsądkowy, wyważony i mądry. Cały czas rozmawiał ze mną jak z partnerem, odwołując się do różnych przykładów, przypadków, nawet czasami do swojego życia.

- Jak pan myśli z perspektywy czasu, czy u pana depresja pojawiła się w wyniku trudnych doświadczeń w życiu osobistym, czy w związku z ewentualnymi predyspozycjami rodzinnymi?

- Być może jakieś predyspozycje genetyczne mam. Trudno mi to ocenić jednoznacznie. Natomiast raczej składam to na karb tego, co mnie w życiu spotkało. Nie wiem, czy człowiek na coś takiego może być „uodporniony genetycznie”. Zapewne są ludzie, którzy mają skłonność do popadania w stany depresyjne. Nie sądzę, żebym coś takiego miał. Dostałem od życia trochę po nerach, a trochę sam sobie zafundowałem. Zapadła mi w pamięci wypowiedź mojego lekarza: „Pana depresja to jest „kula śniegowa”, która trwa. To nie jest kwestia tego, co się dzieje w pana życiu w ostatnich miesiącach. To trwa już dwa i pół roku”. On mi to zanalizował. Powiedział, kiedy się zaczęło. I że to jak kula śniegowa się toczyło i robiło się coraz większe.

- Jakie najważniejsze elementy wskazał lekarz na trasie „kuli śniegowej” do depresji?

- Wymieniał wydarzenia w moim życiu - cały fragment, kiedy rozpadało się moje małżeństwo, później historia związana z rozwodem, który jak wiadomo jest traumą. W każdym podręczniku psychiatrii porównuje się ten stan do żałoby po najbliższej osobie. To się zgadza. Później spotkała mnie kolejna historia życiowa, która dobiła ten gwóźdź zardzewiały już na maksa. Z depresją jest podobnie jak z nieleczonym schorzeniem – nakładają się pewne rzeczy. Jeśli nic się nie robi, to budują się kolejne piętra choroby i robi się coraz gorzej. Nie leczony „guz depresji” się rozrasta i ze mną z całą pewnością coś takiego się działo. Myślę, że do depresji też mógł przyczynić się fakt, że uprawiam specyficzny zawód, w którym są wzloty i upadki. Jest straszliwa sinusoida emocjonalna. Są momenty, kiedy pracy jest bardzo dużo, a następnie jej nie ma. To powoduje dygot, niepewność, lęk potworny, doły i na to też zwrócił uwagę mój lekarz.

- Czy widzi pan „gen depresji” w swoim drzewie genealogicznym?

- Mogę podejrzewać coś takiego, ale trudno mi ocenić. W naturalny sposób podeszły wiek jest czynnikiem, który sprzyja depresji. Do tego dochodzą schorzenia. Dowiedziałem się, że depresja może być ubocznym skutkiem usunięcia krwiaka mózgu. Moim najbliżsi są już w wieku podeszłym i myślę, że właśnie w związku z wiekiem pojawia się u nich obniżony nastrój.

- Jakie zachowania bliskich panu osób były ważne, kiedy pojawiła się depresja?

- Dla mnie ważne było to, że moja mama i siostra niestrudzenie okazywały mi wsparcie i troskę. Nie jest dobre pieszczenie się z taką osobą i tolerowanie uporczywej niechęci zrobienia czegoś z tym samemu. Bycie bezwzględnym w traktowaniu osoby chorej, to jest oczywiście bardzo złe. Trzeba być bardzo cierpliwym i wyrozumiałym, ale konsekwentnie egzekwować od tej osoby, żeby poddała się leczeniu. To nie jest kwestia tylko komfortu tej osoby, której to bezpośrednio dotyczy, bo chorobę odczuwa też jej najbliższe otoczenie. Ludzie, którzy się bronią przed terapią, rzadko kiedy biorą pod uwagę to, że nie męczą się tylko oni ze sobą. Oni męczą całe otoczenie – tych ludzi, którzy ich kochają i którym na nich zależy. Nie jesteś w stanie takiego człowieka zostawić, ale nie jesteś w stanie też z nim w jakikolwiek sposób się porozumieć. To jest upiorne, po prostu straszne. Bardzo niedobre jest to, kiedy bliscy odpuszczają. Nie wolno osoby w depresji zostawić samej sobie. Musi czuć życzliwą obecność i troskę, ale nie pobłażanie. Trzeba „pionizować”, dyscyplinować taką osobę na tyle, na ile się da – nie w sposób brutalny tylko mądry, by chorego pobudzić do wzięcia się za siebie. To jest trochę tak jak z uzależnieniami. Człowiek musi sam spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Nie dam rady. Muszę poszukać pomocy”. Moim zdaniem to jest kluczowa sprawa. Mnie to pomogło.

- Dlaczego nadal nie ma pełnej akceptacji dla ludzi chorujących na depresję jak to mam miejsce w przypadku innych chorób?

- Nie chcę mówić nazbyt krytycznie o Polakach, ale muszę, ponieważ jesteśmy pełni uprzedzeń, skłonni do przypinania ludziom "łat" i oceniania tych, których nawet nie znamy i nie rozumiemy kontekstu ich problemów. To wynika też z tego, że jesteśmy wolnym krajem dopiero od 28 lat, a wcześniej w PRL-u były nienormalne relacje. Cały czas w Polsce dzieją się dziwne rzeczy, nasilające się radykalne postawy. U nas brak tolerancji w różnych dziedzinach jest dużo większy niż w innych europejskich krajach. Ten problem dotyka również osoby chore na depresję, dlatego niestrudzenie trzeba oswajać ten temat i walczyć z uprzedzeniami.

- Dziękuję za rozmowę.


Anna Morawska-Borowiec


 Komentarze:
brak komentarzy
Musisz być zalogowany żeby dodawać komentarze do artykułów

o gazecie | redakcja | archiwum | forum | reklama
"Gazeta Częstochowska" - Tygodnik Regionalny. Wydawca: Gazeta Częstochowska sp. z o. o.
Adres redakcji: ul. Równoległa 68, 42-200 Częstochowa tel. (0-34) 366-37-11, fax. 324-65-73,
e-mail: redakcja@gazetacz.com.pl, WWW: http://www.gazetacz.com.pl